MATCHDAY #36

Za nami poniedziałkowe granie, w którym bardzo duży krok w kierunku historycznego mistrzostwa wykonała drużyna AiP. O włos od wygrania swoich lig są również MPS Volley oraz Sharks, którzy wczoraj odnieśli bardzo ważne zwycięstwa. W poniedziałek poznaliśmy także drużynę, która spadła z trzeciej ligi. Zapraszamy na podsumowanie!

ACTIVNI Gdańsk – Feniks Gdańsk 0-3 (12-21; 15-21; 17-21)

Jak zapowiadali – tak zrobili. Wiele razy zdarza się, że team, który przed meczem mówi głośno o problemach kadrowych – stawia się na mecz pełnym składem. Tu tak nie było i ACTIVNI po raz pierwszy w sezonie wystąpili w pięciu graczy. To w sposób oczywisty uniemożliwiło im podjęcie walki z rywalem. Co ciekawe – przez swoją niewiedzę mecz o mały włos nie zakończyłby się walkowerem. Tak się bowiem składa, że ‘Mityczny Ptak’ chciał dopisać do meczu nowego gracza, a jak wiadomo – na tym etapie rozgrywek jest to zabronione. Tak czy siak – poniedziałkowe starcie rozpoczęło się od bardzo dużej przewagi Feniksa, którzy nie dość, że grali o wiele lepiej niż rywale, to na dodatek bezwzględnie wykorzystywali ich błędy (12-4). Z czasem team Artura Kurkowskiego poprawił jakość gry, ale o korzystnym wyniku nie mogło być rzecz jasna mowy (21-12). Środkowa odsłona zapowiadała się na powtórkę premierowej partii (9-4). Z czasem Feniks dał się jednak wciągnąć w grę ACTIVNYCH i tym razem to oni popełnili kilka błędów, po których ich przewaga stopniała do jednego punktu (11-10). Na korzyść ACTIVNYCH warto wspomnieć tu również o bardzo dobrej zagrywce Miłosza Kitowskiego. Z czasem Feniksowi udało się jednak zrobić przejście, po którym nie mieli problemów z udowodnieniem swojej wyższości, wygrywając finalnie do 15. Ostatni set rywalizacji to wysokie prowadzenie Feniksa (17-11), po którym… nastąpiła świetna seria na zagrywce wspomnianego wcześniej – Miłosza Kitowskiego. Niestety dla ACTIVNYCH, ale przewaga rywali była zbyt wysoka i jedyne, na co było ACTIVNYCH stać, to podreperowanie małych punktów (21-17). Cóż – szkoda, bo w pełnych składach mecz mógłby być naprawdę ciekawy.

Chilli Amigos – Hapag-Lloyd 3-0 (21-9; 21-11; 21-14)

Wiecie, czego mogą żałować gracze Chilli Amigos? Tego, że sezon Jesień’25 dobiega końca. Tak się bowiem składa, że team Pawła Kalety złapał rewelacyjną formę i w czasie, gdy po innych drużynach widać już sporą zadyszkę – ‘Amigos’ zdają się dopiero rozkręcać. Jak to mówią? Prawdziwą drużynę poznaje się po tym, jak kończy, a nie zaczyna? Początek sezonu był jaki był. Chilli przegrali wówczas trzy spotkania z rzędu. Od pewnego czasu to jednak top forma, w której Chilli może pochwalić się serią pięciu zwycięstw z rzędu – brawo. Wczoraj czerwony walec napotkał na swojej drodze Hapag-Lloyd i jak możecie się domyślić – nie było żadnej taryfy ulgowej. Już w pierwszym secie rywalizacji gracze w czerwonych trykotach wyraźnie zaznaczyli, która z drużyn uznawana jest za faworyta spotkania. Po kilku punktach Piotra Kławsiucia Chilli objęło prowadzenie 10-4. Gracze w pomarańczowych strojach nie pomagali sobie z pewnością tym, że mieli widoczny problem z przyjęciem zagrywki rywali. Bez tego, jak wiadomo, ani rusz (21-9). Środkowy set dawał pewną nadzieję na bardziej wyrównane granie. Po dwóch punktach Mateusza Siwko strata Hapag-Lloyd do faworyzowanego rywala wynosiła zaledwie dwa oczka (11-9). Z czasem jednak duet Krzysztof Horeczy – Filip Kosewski wybili rywalom nadzieję z głów (21-11). Ostatni set to partia, w której w pewnym momencie było 8-8. Niestety dla widowiska, gra Hapag-Lloyd falowała i jeśli już tracili punkty, to taśmowo. Po jednej z takich serii Chilli Amigos wysunęli się na prowadzenie 13-8, by po chwili zgarnąć trzeci punkt w meczu (21-14).

Tiger Team – Aqua Volley 3-0 (21-16; 21-10; 21-14)

‘Niby kibic Aqua wiedzioł, a jednak się łudził’. Parafrazując latające po necie memy, można doskonale oddać sytuację drużyny Mateusza Drężka, która w poniedziałkowy wieczór spadła do czwartej klasy rozgrywkowej. Czy jesteśmy zaskoczeni? Dokładnie tak samo, jak w momencie, kiedy oglądając TVP1, klikamy następną stację, a tam – cóż za zaskoczenie – wskakuje TVP2! Wiecie, jak to z Redakcją – niby z każdym kolejnym meczem pisaliśmy, że to mecz ostatniej szansy, że jak nie teraz, to kiedy, że team ciuła punkciki, ale musi przyspieszyć. Pierdu pierdu, dla podtrzymania drużyny na duchu. Zachowanie niczym lekarz, który nie mówi rodzinie najgorszego, by ci się nie podłamali. Jesteśmy dziwnie przekonani, że… czytający to gracze Tiger Team myślą sobie teraz coś na zasadzie – ‘o cholera, czy aby na pewno to nie o nas’? Tu sytuacja wygląda jednak nieco inaczej, bo ‘Tygrysy’ zrealizowali plan na poniedziałkowy wieczór z nawiązką. Prawdę mówiąc, nie sądziliśmy, że uda im się zgarnąć komplet oczek. Przypomnijmy, że z Aqua Volley trzech punktów nie udało się wywalczyć choćby drużynie Dream Volley czy BL Volley, które walczą obecnie o awans do drugiej ligi. Tak czy siak – dzięki trzem punktom Tiger Team wskakuje nad Port Gdańsk i przed nimi dwa najważniejsze mecze od niepamiętnych czasów. W naszej opinii nie stoją w nich na straconej pozycji. Niezależnie jednak od tego, jaki będzie epilog tej historii – szacunek dla Tigera za walkę do samego końca, brawo!

Siatkersi – Craftvena 2-1 (22-20; 15-21; 21-18)

W zapowiedziach przedmeczowych forsowaliśmy narrację, z której wynikało, że to Craftvena będzie faworytem starcia. Nasze odczucia zostały spotęgowane, kiedy kilka minut przed rozpoczęciem spotkania dowiedzieliśmy się o poważnych problemach kadrowych Siatkersów. Każdy z nas zna jednak powiedzenie – ‘im jest biedniej, tym jest lepiej’. W naszym odczuciu wkleja się ono idealnie w sytuację Siatkersów z dwóch ostatnich spotkań. Tak czy siak – początek meczu na to nie wskazywał, bo umówmy się, gracze w niebieskich trykotach rozpoczęli dramatycznie i po atakach Michała Markiewicza przegrywali już 3-9. Choć po ataku i asie serwisowym Macieja Tyryłło Craftvena prowadziła 14-8, to z czasem zaczęła popełniać mnóstwo błędów, po których Siatkersi doprowadzili do wyrównania po 16. W dalszej części seta uwypukliły się również ich problemy z przyjęciem zagrywki rywali, a biorąc to do kupy – mieliśmy gotową receptę na porażkę (22-20). Środkowa odsłona to partia, w której ‘Rzemieślnicy’ się obudzili. Lepiej rozpoczęli co prawda Siatkersi, którzy po skutecznym bloku Darka Suchwałko objęli prowadzenie 7-3. Z czasem popełnili oni jednak dwa grzechy, które pozbawiły Craftvenę zwycięstwa w pierwszym secie. Kompilacja błędów i problemów w przyjęciu siała w poniedziałkowy wieczór spustoszenie i nie inaczej było tym razem (21-15). Ostatni set to najbardziej wyrównana partia, w której obyło się bez anomalii. Oczywiście – co do jakości gry po obu stronach siatki można było mieć pretensje, ale koniec końców dla Siatkersów liczyła się wygrana, obojętnie w jakim stylu. Po równej grze do stanu (15-15) to oni wykazali się w końcówce większą determinacją, wygrywając finalnie do 18, a cały mecz 2-1!

DSGSA – Sharks 1-2 (16-21; 13-21; 21-15)

Po poniedziałkowym spotkaniu dowiedzieliśmy się trzech rzeczy. Pierwsza sprawa to fakt, że Sharksi zapewnili sobie awans do trzeciej ligi. Druga to fakt, że choć nastąpi to na 99,9%, to na radość z mistrzowskiego tytułu team Pavlo Kudinova musi jeszcze poczekać. Trzecia sprawa to fakt, że DSGSA dzięki wygraniu trzeciego seta zrównali się punktami z drużyną Speedway AWKS i walka o bezpośredni awans zapowiada się… genialnie. Czego natomiast nie wiemy? Tego, która z ekip na tle ‘Rekinów’ wypadła lepiej, bo w tej kwestii gracze lidera czwartej ligi również mieli wątpliwości. Początek spotkania to miażdżąca przewaga graczy zza naszej wschodniej granicy, którzy wysunęli się na prowadzenie 8-4. Dalsza część seta to kontynuacja dominacji, na co z pewnością wpływ miała bardzo dobra gra w bloku ‘Rekinów’, którzy raz po raz tłamsili pewność siebie rywali, wygrywając finalnie do 16. Jeszcze lepiej świeżo upieczony trzecioligowiec poradził sobie w środkowej partii, choć trzeba przyznać, że na początku absolutnie nic na to nie wskazywało. Gracze w bordowych strojach prowadzili z faworyzowanym rywalem wyrównaną grę, po której mieliśmy remis 8-8. W dalszej części seta team Michała Farona został jednak złamany i nie potrafił poradzić sobie z ofensywą przeciwnika, która wyprowadziła ‘Rekinów’ na prowadzenie (17-13), a w konsekwencji na zwycięstwo do 13. Ostatni set to partia, w której ktoś przestawił wajchę i w efekcie oglądaliśmy dość nieoczekiwany zwrot akcji, po którym gracze DSGSA cieszyli się z nagrody pocieszenia w postaci jednego punktu. Ten może jednak okazać się kluczowy w walce o drugie miejsce w tabeli, bo wszystko wskazuje na to, że o awansie zadecyduje bezpośredni mecz ze Speedway AWKS. Warto do niego podejść bez straty punktów. Co innego z takim rywalem wygrać 2-1, a co innego – musieć wygrać za komplet oczek.

Speednet 2 – Old Boys 2-1 (21-19; 14-21; 21-18)

Choć w obecnej kampanii gracze Old Boys miewali przebłyski, w których ich gra wyglądała bardzo dobrze, to jednak nie dajemy się już tak łatwo nabrać. Rywalizując ze Speednetem 2, postawiliśmy na zespół Marka Ogonowskiego, który jest bez wątpienia jedną z największych rewelacji obecnego sezonu, bez podziału na ligi. Po wczorajszym spotkaniu mamy zresztą konkluzję, że gdyby tylko Speednet w tej kampanii częściej wygrywał za komplet, a nie po podziale punktów, to dziś byłby bardzo bliski awansu do elity. Kto wie – być może nastąpi to już na wiosnę? Pierwszy set rywalizacji z Old Boys rozpoczął się dla Speednetu 2 idealnie. Po dobrej grze oraz kilku błędach rywali w białych trykotach Speednet wysunął się na prowadzenie 9-5. Choć pod koniec seta Old Boysi zanotowali jeszcze zryw i zniwelowali stratę do jednego oczka (18-17), to ostatnie słowo należało do Speednetu, który po atakach Kacpra Kowalewskiego oraz Jędrzeja Zielińskiego zapewnił sobie pierwszy punkt w meczu (21-19). Środkowa odsłona rozpoczęła się od problemów w przyjęciu Speednetu, który rozpoczął seta od stanu 1-5. W dalszej części partii Old Boysi nie zdejmowali nogi z gazu, wychodząc na prowadzenie 9-3, a następnie 18-12. Tak duża przewaga sprawiła, że po chwili team Bartłomieja Kniecia cieszył się z wyrównania stanu rywalizacji (21-14). O zwycięstwie w meczu musiał zadecydować trzeci set. Po odrzuceniu rywali od siatki Speednet objął w tej partii prowadzenie 10-8. Po chwili kolejnymi punktami popisał się Jędrzej Zieliński, a Speednet prowadził już 15-10. Mimo że w końcówce Old Boysi próbowali odwrócić jeszcze losy rywalizacji, to Speednet po chwili cieszył się z kolejnego zwycięstwa w rewelacyjnym dla nich sezonie – brawo!

MPS Volley – EKO-HURT 2-1 (13-21; 21-13; 23-21)

Do poniedziałkowego wieczoru Eko-Hurt mógł wierzyć w awans do elity. Po meczu z MPS-em team Pawła Dawczaka wciąż ma na to szansę, ale powiedzmy sobie szczerze – stało się to naprawdę mało prawdopodobne. Sytuacji nie zmienia tu bynajmniej fakt, że po wczorajszym meczu Eko-Hurt wskoczył na drugie miejsce w ligowej tabeli. Niestety dla nich zarówno Fux Pępowo, jak i Flota Active Team rozegrały po dwa spotkania mniej i gracze Eko-Hurtu nie zdążą zjeść trzech obiadów, a przestaną być wiceliderem. Prawdę mówiąc, ten wieczór mógł potoczyć się dla nich inaczej. Lepiej. Wskazywały na to choćby okoliczności pierwszego seta, którego ‘Hurtownicy’ wygrali dość gładko – do 13. Mimo niekorzystnego wyniku i nieciekawej gry Miłośnicy Piłki Siatkowej przypomnieli sobie, że wciąż są liderem drugiej ligi i nie mogą sobie pozwolić na takie granie. Już na początku środkowej odsłony MPS wykorzystał problemy rywali w przyjęciu i wysunął się na prowadzenie 5-1. Próby odrabiania strat przez Eko-Hurt okazały się daremne. Już po chwili lider drugiej ligi prowadził 15-7 i zasadniczo – był to koniec emocji w środkowej odsłonie (21-13). Zdecydowanie najwięcej działo się w finałowej partii, w której nie brakowało szalonych zwrotów akcji. Lepiej rozpoczęli ‘Hurtownicy’, którzy objęli prowadzenie 7-4. Po gorszym fragmencie to MPS przejął inicjatywę i wysunął się na prowadzenie 15-13, które – jak możecie się domyślić – po chwili roztrwonił. Kiedy pod koniec seta było 19-17 dla Eko-Hurtu, uznaliśmy, że już więcej zwrotów akcji nie będzie. Cóż, był, ten jeden – ostatni. Po skutecznych atakach Adriana Wieleby oraz Michała Kraski MPS doprowadził do wyrównania po 19, a po chwili poszedł za ciosem, ogrywając rywala do 21 i gwarantując sobie podium rozgrywek. Jest jednak oczywiste, że jedyny ‘słuszny’ plan zakłada, że będą to medale z najcenniejszego kruszcu.

Czerepachy Volley – Szach-Mat 1-2 (23-21; 19-21; 15-21)

Dobra – plan zrealizowany. Czerepachy Volley zdobyli w poniedziałek szósty punkt i oficjalnie nie będą jedną z najgorszych drużyn w pierwszej lidze w historii. Co ciekawe, połowę tego dorobku gracze w zielonych barwach zdobyli w trzech ostatnich meczach. Wcześniej na taki wynik pracowali dziewięć kolejek. Miłośnicy matematyki dostrzegają zapewne, że idąc tym tokiem myślenia, w ostatnim meczu ze Speednetem powinni zgarnąć trzy punkty. Gdyby tak się stało, byłaby to ich pierwsza wygrana w obecnej edycji. Prawda jest jednak taka, że o triumf blisko było już w poniedziałkowy wieczór. Oj, jak było blisko. Już na początku rywalizacji gracze w zielonych barwach pokazali przeciwnikom, że nie będzie to łatwa przeprawa. Mimo to z czasem ‘Szachiści’ zdołali opanować sytuację i objąć prowadzenie 15-12. Jak się po chwili okazało – było to tylko złudne wrażenie, bo w dalszej części seta ‘Żółwie’ doprowadzili do wyrównania po 20, a w końcówce, po skutecznym ataku Pawła Shylina, zapewnili sobie pierwszy punkt w meczu (23-21). To właśnie team w zielonych barwach lepiej rozpoczął środkową partię (9-6). Mimo że jeszcze pod koniec prowadzili 19-18, to finalnie nie wytrzymali próby nerwów i moment braku pewności siebie wykorzystali rywale, którzy wygrywając do 19, doprowadzili do wyrównania w setach. Ostatnia odsłona nie przyniosła już większych emocji, a Szach-Mat zagrał wreszcie tak, jak powinien był zagrać od początku meczu. W konsekwencji team ‘Szachistów’ wygrał tę partię do 15, a cały mecz 2-1. Nie oznacza to bynajmniej, że kwestia utrzymania została już rozstrzygnięta – na to ‘Szachiści’ muszą jeszcze poczekać.

AIP – Bossman Team 3-0 (21-16; 21-13; 21-19)

Niespełna 24 godziny temu w zapowiedzi przedmeczowej przekonywaliśmy, że ostatnie porażki AiP mogą nie nieść za sobą przykrych konsekwencji. Wszystko, co trzeba było zrobić, to odkuć się w poniedziałkowy wieczór w rywalizacji z Bossmanem. W tej samej zapowiedzi przewidywaliśmy jednak, że AiP nie zdoła wygrywać za każdym razem za komplet punktów. Cóż – nie tym razem. Początek spotkania rozpoczął się świetnie dla graczy w biało-fioletowych barwach (8-5). Z czasem team Adriana Ossowskiego wpadł jednak w dołek, po którym rywale wysunęli się na prowadzenie 13-11. Choć z perspektywy graczy i sympatyków AiP zaczynało się robić nieprzyjemnie, brązowi medaliści sprzed roku zdołali przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę (21-16). Środkowa partia to brzydki obraz gry Bossmana, który popełniał dużo błędów na zagrywce, w komunikacji i asekuracji. Prawdę mówiąc, mało co im wychodziło, a rywal walczący o złoto nie mógł takiego prezentu nie wykorzystać. Ostatecznie team AiP wygrał środkową partię dość gładko – do trzynastu. Zdecydowanie wyżej Bossman zawiesił poprzeczkę rywalom w finałowej partii. Po niezłej grze, ale i dużej liczbie zepsutych zagrywek po stronie zespołu Adiego i Przyjaciół, Bossman wysunął się na prowadzenie 15-13. Podobnie jak w pierwszej odsłonie i tym razem faworyzowana drużyna zdołała odwrócić losy seta, finalnie wygrywając tę partię do 19. Nasza konkluzja po meczu jest taka, że skuteczna pogoń charakteryzuje bardzo zdeterminowane drużyny, a dziś AiP z pewnością do takich należy. Po poniedziałkowym starciu team Adriana Ossowskiego ma w naszym odczuciu bardzo duże szanse na złoto – brawo! Teraz to inni muszą głowić się, jak wyprzedzić AiP na ostatnim ligowym wirażu.

Start a Conversation

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.