No… i skończyło się ‘Krakenowanie’. Ledwie dzień wcześniej nie mogliśmy się nachwalić drużyny Roberta Skwiercza. Team ograł na inaugurację faworyzowanego rywala – Team Spontan. Jakby tego było mało – po poprzednim sezonie pozostawił po sobie bardzo dobre wrażenie. Wrażenie na tyle dobre, że uznaliśmy, że nie będą oni mieli problemu z ograniem beniaminka trzeciej ligi – drużyny DSGSA. Wiecie jak jest – gdyby pierwszy set potoczył się nieco inaczej, to i narracja byłaby zupełnie inna. Jest jednak jak jest, a zespół DSGSA jest jednym z największych wygranych pierwszego tygodnia rozgrywek i naturalnym kandydatem do miana ‘drużyny tygodnia’. Samo spotkanie mogło się podobać. Najwięcej działo się w pierwszym secie rywalizacji, który od samego początku był niezwykle wyrównany (9-9). Jako pierwsi nieliczną zaliczkę wypracowali sobie gracze Michała Farona, którzy po ataku Tymoteusza Zawadzkiego objęli prowadzenie 16-13. Z czasem Kraken doprowadził do wyrównania po 20, ale to było wszystko, na co było ich stać w premierowej odsłonie. Ostateczny cios zadał skutecznym blokiem Wiktor Trojanowski (23-21). Środkowa partia to set, w którym ‘Bordowi’ pokazali prawdziwe serducho do walki. Choć przegrywali już 5-9, to po świetnej zagrywce Piotra Pawlewicza doprowadzili do wyrównania po 10, a następnie po wyrównanym fragmencie – ponownie przechylili szale zwycięstwa na swoją stronę, wygrywając do 17! Przed ostatnim setem Kraken wyciągnął wnioski i nie dał już sobie wydrzeć zwycięstwa z rąk przy swoim prowadzeniu (10-6). Ostatecznie ‘Bestia’ wygrała seta do 17, ale w ostatecznym rozrachunku została poskromiona przez ‘Bordowych’ – brawo!
Dzień: 2026-03-04
Challengers – Sharks
Każda – nawet najpiękniejsza seria ma swój kres. Po trzynastu wygranych z rzędu, zespół Rekinów wkroczył na nieznane dla siebie wody. W środowy wieczór team Pavlo Kudinova rywalizował z Challengersami, którzy jeszcze chwilę temu rywalizowali w drugiej klasie rozgrywkowej. W naszym odczuciu to właśnie team Wojciecha Lewińskiego był faworytem spotkania, na co wpływ miał również powrót do składu najskuteczniejszego zawodnika poprzedniego sezonu, bez podziału na ligi. Środowe spotkanie lepiej rozpoczęli faworyci, którzy na samym początku spotkania dali prawdziwy popis gry blok‑obrona. Nim się obejrzeliśmy, Challengersi prowadzili już 12-6 i co tu dużo mówić – dawali lekcję gry swoim młodszym kolegom. Ostatecznie wynik pierwszego seta do 21-14, choć to i tak najniższy wymiar kary. Ku naszemu zaskoczeniu – początek drugiego seta przyniósł jednak zwrot akcji. Tym razem to Sharksi wyglądali znacznie lepiej i już na początku seta wypracowali sobie kilkupunktową zaliczkę (6-2). To co warto podkreślić, to fakt, że w grze ‘Rekinów’ nie brakowało kombinacyjnej gry, a nowy rozgrywający – Maksymilian Borowy stosunkowo często ‘uruchamiał’ grę środkiem. Na półmetku seta zespół składający się w większości z graczy zza naszej wschodniej granicy prowadził już 10-4 i w dalszej części seta – nie dał już sobie zrobić krzywdy (21-15). Finałowa partia była wyrównanym widowiskiem mniej więcej do połowy (10-9). Im dłużej trwał set, tym bardziej zarysowywała się przewaga drużyny w niebiesko‑różowych strojach (16-12). Choć po punktach aktywnego w środowy wieczór Mateusza Siwaka Sharksi zbliżyli się z czasem do rywala na dwa punkty, to w końcówce team popełnił jednak kilka błędów, które wybiły im z głowy myśl o wygraniu spotkania. Niemniej – mecz oglądało się naprawdę przyjemnie.
Old Boys – Flota Active Team
Troszkę w dzisiejszych podsumowaniach hejtujemy. Oberwało się zarówno Handluwie, jak i Feniksowi Gdańsk. Przez chwilę się zastanawialiśmy, czy i Old Boysom się należy. Ci oberwali przecież w zapowiedziach przedmeczowych. Z drugiej strony – a co nam tam, przecież się nie obrażą. Bo wiecie – wy naprawdę nie graliście dzisiaj źle. Ba – oglądało Was się naprawdę spoko. Fakty są jednak takie, że gdy weźmiemy pod uwagę dziesięć ostatnich spotkań, to wychodzi czarno na białym, że wygraliście tylko trzy razy. Przecież dla takiej drużyny jak Wy to bilans, po którym powinniście chodzić po Pruszczu Gdańskim w kominiarkach, tak aby nikt Was przypadkiem nie rozpoznał. A Flota? Flocie oberwało się na przestrzeni wielu sezonów tak, że w obronę graczy musieli stawać ich sympatycy. Dziś jednak nie jest czas na krytykę, a na chwalenie. Tak się bowiem składa, że team Karoliny Kirszensztein w tych samych dziesięciu meczach – wygrał osiem spotkań. DETALE. Oczywiście jest zdecydowanie za wcześnie na wydawanie wyroków, ale sądzimy, że w obecnej kampanii Flota może pokusić się o kolejne już podium rozgrywek. Wczoraj zrobili bardzo trudny krok, bo choć rywal jest w dołku, to jednak jest również bardzo groźny. Dodatkowo – to oni musieli gonić. Po pierwszym bardzo dobrym secie, a rewelacyjnym w wykonaniu Mikołaja Boguckiego – to Flota miała problem. Mimo to zdołali oni odwrócić losy rywalizacji i dwie kolejne – bardzo zacięte sety przechylili na swoją stronę. Oj – fajne drugoligowe granko, bawiliśmy się naprawdę nieźle.
HANDLUWA – Hydra Volleyball Team
Sympatycy Hydry Volleyball Team zastanawiają się pewnie, kiedy dojdzie do momentu, w którym ich drużynę opuści wreszcie pech. Z powodów zdrowotnych występy w środowy wieczór kapitana – Sławomira Kudyby oraz MVP poprzedniego sezonu – Remigiusza Maczana były wykluczone. Dodatkowo w trakcie meczu kontuzji nabawił się inny rozgrywający – Wojciech Łuczków. Jakby tego było mało, na słupku sędziowskim miał stać były gracz Hydry – Jakub Jarosz, ale to również zostało zmienione. Mimo tych wszystkich kłód Hydra ogrywa ex‑pierwszoligowca i zgarnia przy tym komplet punktów. Aj, cóż to było za lanie Handluwy. Skoro jest okazja uderzyć w bęben i nawiązać do tego ‘handelku’, to przyznamy, że do dziś myśleliśmy, że ten dotyczy raczej zakupów w ekskluzywnych butikach, a koniec końców okazało się, że to handel samogonem w jakiejś melinie. Oj – Handluwa wyglądała naprawdę kiepsko, a pierwszy set rywalizacji był sportowym kryminałem. 6 asów rywali tylko w PIERWSZYM SECIE rywalizacji? Ach, szkoda strzępić, naprawdę (21-10). W środkowej odsłonie gracze Dawida Gałki wyraźnie poprawili przyjęcie, a to było budulcem i zalążkiem tego stawiania oporu przed przeciwnikiem. Ostatecznie Hydra wygrała tę partię do 16. Kiedy jednak ‘Bestia’ zobaczyła, że rywal chwieje się w środowy wieczór na nogach, postanowiła uderzyć po raz kolejny. Ku ich zaskoczeniu to rywal rozpoczął jednak lepiej (5-1). Kiedy ten jednak się ‘wyptrztykał’ z całej amunicji, Hydra na spokoju ruszyła do kolejnych ataków, by cieszyć się po chwili z kompletu punktów. Na koniec warto nadmienić, że najlepszym graczem meczu został Michał Doroz, który wrócił do drużyny po kilku latach przerwy. Cóż – życie w Hydrze chyba mu sprzyja.
Tiger Team – Feniks Gdańsk
‘Mając w lidze Tygrysa, nie spodziewajcie się po nim lamusa’. Serio – drużynę Tiger Team trzeba szanować. Sądzimy, że naprawdę sporo osób zapomniało w jakich okolicznościach team Marcina Kwidzińskiego pożegnał się z trzecią klasą rozgrywkową. To nie był spadek z pochyloną głową. Choć to nie to zwierzę to spadek Tigera był jak spadek w przepaść Mufasy w Królu Lwie. Precyzując – wszystkim było go szkoda. Mimo dobrego granka, Tiger nie był przez wiele osób wymienianych w roli top faworyta do podium rozgrywek. Fakty są jednak takie, że na ‘dzień dobry’, Tiger ograł zarówno Siatkersów jak i przemeblowaną drużynę Feniksa Gdańsk. Owszem – ci drudzy nie dowożą takiego poziomu jaki można się było po nich spodziewać, ale wciąż jest tam spory potencjał. Bo prawdę mówiąc – ‘Mityczny Ptak’ to może i grał nieźle, ale tylko w pierwszej odsłonie. W partii ‘na zapoznanie się z rywalem’. Kiedy rywale się niejako ‘obwąchiwali’. Kiedy jednak Tiger zrozumiał, że rywal ma świeżo przycięte pazury – zaatakował i to skutecznie. Pierwszego seta wygrali do 19, a druga i trzecia odsłona to już prawdziwa deklasacja. My to się w zasadzie zastanawiamy czemu ktoś w obozie Feniksa wpadł na taką nazwę drużyny. W mitologii jest przecież jasno napisane, że mityczny ptak odradzał się 3 dni po spaleniu. Cóż…może licznik został właśnie wyzerowany, bo zespół Łukasza Dubickiego faktycznie się wczoraj spalił, ale ze wstydu po wynikach z drugiego i trzeciego seta? Cóż – przekonamy się już w przyszłym tygodniu, ale przeczucie podpowiada nam, że znowu źle zinterpretują te słowa. Zamiast odradzać się trzeci raz, to dostaną trzeci raz w łeb. Tym razem od Siatkersów.
DNV Volley Gdańsk – Bayer Gdańsk
Speedway AWKS z zazdrością spogląda na to, co dzieje się aktualnie wokół drużyny DSGSA. Nie tak dawno obie ekipy rywalizowały ze sobą w czwartej lidze i do samego końca nie było wiadomo, która z nich wywalczy sobie bezpośredni awans do trzeciej ligi. Niemniej – potencjał obu drużyn ocenialiśmy wówczas na zbliżonym poziomie. Choć minął dopiero pierwszy tydzień rozgrywek, to trudno nie odnieść wrażenia, że zaczyna nam się to wszystko rozjeżdżać. Podczas gdy DSGSA wygrało dwa mecze – Speedway AWKS przegrał z Dream Volley w stosunku 0-3. Owszem – z ‘Marzycielami’ nie jest wstydem przegrać, ale poza pewnymi fragmentami ‘żółto-czarni’ nie zaprezentowali się zbyt dobrze. Najlepiej graczom Mateusza Bojke poszło w pierwszym secie rywalizacji, gdzie do połowy seta oglądaliśmy bardzo wyrównaną grę (9-9). Taki stan utrzymał się do końcówki (16-15), ale kiedy trzeba było – ‘Marzyciele’ podkręcili tempo i wygrali do 17. Prawdę mówiąc – to by było na tyle. W drugim secie rywalizacji gracze AWKS niby się starali, niby wciąż byli ‘pod prądem’ (8-7), ale gdy tylko Speedway znajdował się na pierwszym wirażu (hehe), to zamiast skręcić – jechał prosto w bandę i na jeden swój punkt rywale zdobywali aż osiem (16-8 → 21-13). Ostatni set tego bądź co bądź nierównego starcia to konsekwentnie budowana przewaga przez graczy w niebieskich trykotach. Gdy na czarnej tablicy wyników było 16-9, to stało się jasne, że włos ‘Marzycielom’ z głowy już nie spadnie. W końcówce team Mateusza Dobrzyńskiego pozwolił sobie nawet na małe rozprężenie, ale prawdę mówiąc było ich na to stać. Mogli sobie na to pozwolić.
MiszMasz – Audiofon Karczemki
Spotkanie pomiędzy MiszMaszem a Audiofonem miało być w naszym odczuciu jednym z najciekawszych wydarzeń środowej serii gier. Czy jednak na pewno tak było? Cóż – mamy wątpliwości, bo prawdę mówiąc – żaden z setów nie był wyrównany. Początek rywalizacji to wyraźna przewaga zespołu z Karczemek, który po punktach Marka Bobkowskiego oraz nowego nabytku – Romana Grzelaka wysunął się na prowadzenie 9-3. Choć MiszMaszowi naprawdę nie szło, to w dalszej części seta drużyna nie potrafiła zareagować na kryzys i finalnie dwunasta siła poprzedniego sezonu wygrała tę partię do 10. Jeśli wydaje Wam się, że tak miażdżąca przewaga to preludium do wygrania kolejnej partii, to jesteście w błędzie. W przerwie pomiędzy setami drużyny wymieniły się prawdopodobnie koszulkami, a przynajmniej takie odnieśliśmy wrażenie. W drugim secie role się całkowicie odwróciły, a MiszMasz po trzech atakach Andrzeja Lubańskiego wysunął się na prowadzenie 11-3. Tak dużej przewagi po prostu nie da się odrobić i gra ‘punkt za punkt’ w dalszej części seta nie jest zbyt dobrym pomysłem (21-11). W trzecim secie wyrównaną walkę mieliśmy tylko do stanu 5-5. Z czasem po punktach nowego nabytku Audiofonu – Mateusza Rysia ‘biało‑czerwoni’ wysunęli się na prowadzenie 10-6. Choć MiszMasz podjął jeszcze próbę ratowania wyniku, to finalnie na nic się to zdało i team Pawła Urbaniaka zanotował pierwsze, jakże ważne zwycięstwo w sezonie.
Stay Win – Kraken
Dużej rzeszy Typerów wydawało się, że ekipa Stay Win skazana jest w środowy wieczór na pożarcie. Owszem – to Kraken był faworytem i to nawet zdecydowanym. Faktem natomiast jest to, że historycznie Stay Win (wcześniej Port) sprawiał Krakenowi niejednokrotnie problemy. Nie inaczej było i w środowy wieczór. Choć Kraken rozpoczął spotkanie ‘na swoich zasadach’ i w konsekwencji wysunął się na prowadzenie 10-5, z czasem coraz lepiej radzili sobie gracze Stay Win. ‘Hotelarze’ doprowadzili do wyrównania przy stanie 16-16. Dalsza część najciekawszego seta w meczu to wyrównana walka obu stron i swoista ‘próba nerwów’. Tę lepiej wytrzymali gracze Tomasza Bobcowa, którzy po skutecznych akcjach Andreya Oknova cieszyli się z wygranej seta do 20. Słyszeliście kiedyś o ‘sportowej złości’? No to właśnie w taki sposób wyglądał drugi set rywalizacji. Podobnie jak w pierwszym secie, Kraken na półmetku objął 4-5-punktowe prowadzenie (10-6). Różnica była taka, że tym razem się już nie mylili, a rywale również przesadnie się nie wysilali. Efekt? Wynik 21-11 dla faworyta, co oznaczało, że o zwycięstwie zadecyduje trzeci set. Finałowa partia zapowiadała się naprawdę kozacko. Od samego początku aż do stanu 15-15 mieliśmy walkę punkt za punkt, w której żadna ze stron nie chciała odpuścić. Kluczowym momentem było przełamanie – dwa punkty środkowego Artura Maksimova, po których Kraken wysunął się na prowadzenie 17-15, którego nie wypuścił już do końca (21-17). Po spotkaniu w obozie ‘Bestii’ brakowało jednak celebracji wyniku. W odczuciu członków tej drużyny – w środę stracili oni jedno oczko, a nie dwa zyskali.
Dream Volley – Speedway AWKS
Speedway AWKS z zazdrością spogląda na to, co dzieje się aktualnie wokół drużyny DSGSA. Nie tak dawno obie ekipy rywalizowały ze sobą w czwartej lidze i do samego końca nie było wiadomo, która z nich wywalczy sobie bezpośredni awans do trzeciej ligi. Niemniej – potencjał obu drużyn ocenialiśmy wówczas na zbliżonym poziomie. Choć minął dopiero pierwszy tydzień rozgrywek, to trudno nie odnieść wrażenia, że zaczyna nam się to wszystko rozjeżdżać. Podczas gdy DSGSA wygrało dwa mecze – Speedway AWKS przegrał z Dream Volley w stosunku 0-3. Owszem – z ‘Marzycielami’ nie jest wstydem przegrać, ale poza pewnymi fragmentami ‘żółto-czarni’ nie zaprezentowali się zbyt dobrze. Najlepiej graczom Mateusza Bojke poszło w pierwszym secie rywalizacji, gdzie do połowy seta oglądaliśmy bardzo wyrównaną grę (9-9). Taki stan utrzymał się do końcówki (16-15), ale kiedy trzeba było – ‘Marzyciele’ podkręcili tempo i wygrali do 17. Prawdę mówiąc – to by było na tyle. W drugim secie rywalizacji gracze AWKS niby się starali, niby wciąż byli ‘pod prądem’ (8-7), ale gdy tylko Speedway znajdował się na pierwszym wirażu (hehe), to zamiast skręcić – jechał prosto w bandę i na jeden swój punkt rywale zdobywali aż osiem (16-8 → 21-13). Ostatni set tego bądź co bądź nierównego starcia to konsekwentnie budowana przewaga przez graczy w niebieskich trykotach. Gdy na czarnej tablicy wyników było 16-9, to stało się jasne, że włos ‘Marzycielom’ z głowy już nie spadnie. W końcówce team Mateusza Dobrzyńskiego pozwolił sobie nawet na małe rozprężenie, ale prawdę mówiąc było ich na to stać. Mogli sobie na to pozwolić.