W środowej serii gier kolejny krok w kierunku mistrzostwa ligi wykonała drużyna CTO Volley, która wygrała za komplet punktów z Merkurym. Swoje mecze wygrały również niepokonane drużyny DSGSA oraz Chilli Amigos. Zapraszamy na podsumowanie!
Chilli Amigos – ACTIVNI Gdańsk 2-1 (21-13; 21-10; 12-21)
W zapowiedziach przedmeczowych zwróciliśmy uwagę na niekorzystny dla Chilli Amigos bilans bezpośrednich spotkań. Choć w ostatnim czasie ‘Papryczki’ uznawani są za lepszą drużynę i takie też miejsca w ligowej tabeli zajmują, to jednak kiedy dochodziło do spotkań z drużyną Artura Kurkowskiego, szło im bardzo przeciętnie. Wczoraj wieczorem ‘Amigos’ przełamali trwający od pewnego czasu impas i wygrali spotkanie. Ok – nie odbyło się to pewnie na zasadach, które team by chciał. Strata punktu sprawiła, że gracze Chilli Amigos nie wykorzystali szansy na to, by zrównać się liczbą punktów z Remediosem oraz Tiger Team. Niemniej jednak – i tu ukłony, Chilli Amigos pozostają w obecnym sezonie niepokonaną drużyną. Pierwszy set środowego starcia rozpoczął się lepiej dla faworyta. Już na początku meczu bardzo aktywnym graczem był Mateusz Sypniewski, po którego skutecznych atakach Chilli objęli prowadzenie 13-9 i w dalszej części seta nie mieli problemu z udowodnieniem swojej wyższości (21-13). Środkowa partia wyglądała bardzo podobnie. Choć do pewnego momentu seta ACTIVNI wyglądali nieźle i nic nie wskazywało na to, że ich gra się tak posypie. Druga część seta to jednak miażdżąca przewaga zespołu w czerwonych trykotach, którzy zdobywali punkty taśmowo i w konsekwencji wygrali seta do 10. Jak po dwóch takich setach można zagrać jednocześnie tak w finałowej partii? Do dzisiaj tego nie rozumiemy, a trochę spotkań już obejrzeliśmy. Po bloku oraz kiwce grającego na nietypowej dla siebie pozycji rozgrywającego – Kuby Koniecznego, ACTIVNI rozpoczęli od prowadzenia 9-3. W dalszej części seta przewaga ACTIVNYCH jeszcze się powiększyła i w konsekwencji wygrali oni seta do 12, co pokazuje, że co nieco jednak potrafią. Z ich perspektywy szkoda jednak, że są to raczej epizody bądź sety, a nie całe mecze. Środowe starcie było bowiem już szóstą porażką w sezonie Wiosna’26.
TKKF Flota – Aqua Volley 2-1 (21-13; 13-21; 21-19)
No i fajnie. Oczywiście nie z perspektywy drużyny Aqua Volley, która jest dla nas tak dużą zagadką, że nie potrafimy jej rozgryźć. To jednak temat na inny czas. Niemniej jednak – Aqua Volley była w naszych oczach dość wyraźnym faworytem starcia. Ba, postawiliśmy nawet na scenariusz, w którym zainkasują oni trzy punkty. Sami nie wiemy, co nam strzeliło do głowy, ale ok. Już na początku spotkania zdaliśmy sobie sprawę, jak duży błąd popełniliśmy. Użyliśmy już kiedyś tego porównania, ale gracze Aqua przypominali nam… muchy, które wpadają w zwisający z sufitu lep. Niby jakieś oznaki życia jeszcze daje, ale no wiadomo, że nic już z tego nie będzie. Rany, ileż zawstydzających piłek, kiwek, plasów im wpadało. Gra w obronie w pierwszej odsłonie pozostawiała wiele do życzenia, choć prawdę mówiąc – moglibyśmy napisać bardziej dosadnie. Niemniej jednak – TKKF Flota wykorzystała słabości rywali i tu – chwała im za to. Środkowa odsłona to wreszcie partia, w której ktoś odkręcił wreszcie kurek, a rywala swoimi atakami oraz skuteczną grą zalała Aqua. Serio, nie można tak było od początku? Po problemach w przyjęciu ‘Flociarzy’, faworyzowana drużyna wysunęła się na prowadzenie 14-8 i po chwili zapewniła sobie wyrównanie w meczu (21-13). Wówczas wydawało się, że to, co najgorsze, jest już za nimi. Nic bardziej mylnego. Trzeci set? Przecież to jest historia na osobny mini-rozdział w książce o historii Inter Marine SL3. Sądzimy, że tych ‘smaczków’ nie zna 95% składu TKKF Floty. Do połowy seta mieliśmy remis po 8. W dalszej części seta – na prowadzenie Flotę kilkoma punktami wyprowadził Kamil Zieliński. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wspomniany gracz rozpoczynał granie w lidze w 2024 r. w składzie z kilkoma graczami, z którymi w środowy wieczór spotkał się po przeciwnej stronie siatki. To jeszcze nic – kilka tygodni temu kapitan Aqua Volley chciał zgłosić wspomnianego gracza do swojej drużyny. Transfer był jednak niemożliwy, bo wybrał on TKKF Flotę. Tak czy inaczej – po tym, gdy Flota osiągnęła dużą przewagę (20-13), to w końcówce zaczęła się niemiłosiernie mylić i byli już o włos od ósmej porażki w sezonie. Ostatecznie los się jednak do nich uśmiechnął i wygrali oni partię do 19 – brawo!
BL Volley – Inter Marine Masters 0-3 (14-21; 17-21; 10-21)
Jeśli ktoś w środowy wieczór zechciał doświadczyć cudu i przypadkiem wstukał w nawigację Ergo Arenę, musiał się srogo rozczarować. Nie było ani cudu, ani sensacji, ani nawet małej niespodzianki. Trudno nie odnieść wrażenia, że już na długo przed pierwszym gwizdkiem sędziego znany był wynik środowego spotkania. Mimo że ‘Mastersi’ byli wyraźnym i niekwestionowanym faworytem meczu, to też nie uniknęli błędów. Po serii pomyłek w premierowej partii BL Volley trzymał się faworyzowanego rywala dość kurczowo (13-11). Dopiero w drugiej części seta, w dużej mierze za sprawą dobrej gry środkowego Stanisława Płochockiego, gracze Inter Marine zapewnili sobie pierwszy punkt w meczu. Jeśli chodzi o underdoga – to ten najwyżej poprzeczkę zawiesił w środkowej partii. Po bardzo dobrym fragmencie, nie wiemy czy nie najlepszym w obecnym sezonie, zespół Wojciecha Strychalskiego objął prowadzenie 17-16. Niestety dla siebie – po chwili wrócili jednak do ustawień fabrycznych i już po chwili, po kilku błędach z rzędu, z drugiego punktu w meczu cieszyli się gracze Inter Marine Masters (21-17). W trzecim secie sił drużynie BL Volley wystarczyło tylko do stanu 6-5. Co ciekawe – w tym momencie o czas poprosili gracze Inter Marine Masters. Jak się po chwili okazało, był to strzał w dziesiątkę. Od wspomnianego momentu ‘Mastersi’ zdobyli piętnaście punktów, pozwalając jednocześnie rywalom na pięć oczek. Oj, tak – to był prawdziwy walec.
MiszMasz – DSGSA 1-2 (14-21; 18-21; 21-17)
Ostatnio dziwiliśmy się, co te DSGSA tak uczepiło się Pani Agnieszki. Że nigdy nie trafia z typem? Chyba faktycznie coś w tym jest. Kiedy zobaczyliśmy, że Pani Ekspert wskazała na komplet punktów DSGSA, zaniemówiliśmy. Rany, przecież to była taka oczywistość, że trudno wyobrazić nam sobie równie jaskrawy przykład. Wiecie – to był taki pewniak jak to, że oglądając TVP1 i dając plusik, wskoczy nam ‘dwójka’. Nie dość, że DSGSA wygrywa ciągle 2-1, to na dodatek – MiszMasz przegrywa 1-2. Pierwszy set rywalizacji to wyraźna przewaga graczy w bordowych strojach. Po kilku punktach zapomnianego przez nas w zapowiedzi, gdzie wymienialiśmy ex-graczy MiszMaszu – Wiktora Trojanowskiego, zespół w bordowych strojach wysunął się na prowadzenie 12-9. W dalszej części było jeszcze lepiej i finalnie faworyt wygrał tę partię do 14. Nieco większy opór gracze DSGSA napotkali w środkowej odsłonie. Warto przy tym zauważyć, że pod koniec seta team Michała Farona prowadził 17-12 i dopiero w końcówce zaczęli oddawać punkty rywalom. Tym razem obyło się jeszcze bez konsekwencji, o czym przekonali się później gracze w bordowych strojach. Nie było to jednak oczywiste (21-18). Finałowa partia zdawała się zmierzać w kierunku poważnych zmian dla obu drużyn. W przypadku DSGSA miała to być wreszcie wygrana za komplet oczek. W połowie seta po ataku Jakuba Święcickiego beniaminek trzeciej ligi prowadził już 11-7. Myślicie, że nie da się tego zepsuć? Oczywiście, że się da. Po kilku punktach Mateusza Berbeki oraz Antona Kliosa MiszMasz wysunął się na prowadzenie 14-13, a po chwili poszedł za ciosem, wygrywając finalnie do 17.
ME Sulmin Volley – Siatkersi 1-2 (18-21; 21-12; 19-21)
Kilka udanych w ostatnim czasie spotkań wystarczyły do tego aby Redakcja uznała, że Siatkersi są gotowi by w rywalizacji z underdogiem spotkania, wygrywać i to na dodatek za komplet punktów. Do pewnego momentu meczu, wszystko na to wskazywało. Ok, pierwszy set rywalizacji nie był bynajmniej czymś w rodzaju ‘spacerku’. Na początku seta mieliśmy bowiem remis 7-7. Po kilku atakach Filipa SIlwanowicza, Siatkersi wysunęli się na prowadzenie 14-8 i choć po skutecznej grze Kacpra Menczykowskiego gra się z czasem wyrównała (16-15), to końcówka należała już do faworyta (21-18). Środkowa partia to jednak obraz gry, którego się absolutnie nie spodziewaliśmy. Zaskoczeni i to wyraźnie byli również gracze w niebieskich trykotach, którzy rozpoczęli seta…w koszmarny sposób. Chwilę po półmetku i punktach duetu Menczykowski – Bzówka, ME Sulmin Volley prowadził…17-7! Dalsza część seta to walka faworyta meczu o to, by udało im się uzyskać dwucyfrowy wynik punktowy. Ostatecznie po punktach Ryszarda Rakowicza, Siatkersi skończyli z dwunastoma oczkami na koncie oraz poczuciem delikatnego wstydu. Oj tak, to było te mroczne wydanie Siatkersów z obecnego sezonu. W decydującym o zwycięstwie secie, nieznaczną przewagę osiągnęli gracze w niebieskich strojach. Po ataku Ryszarda Rakowicza, prowadzili oni 14-12. Pod koniec seta Siatkersi zadbali jednak o odpowiednie emocje. Po jedenastym już punkcie Kacpra Menczykowskiego, czarna tablica wyników wskazywała remis 19-19. Ostatnie dwa punkty dające jednocześnie w meczu zdobyli gracze Sebastiana Wilmy. Tak jak wspomnieliśmy, nie była to jednak łatwa przeprawa.
BEemka Volley – Szach-Mat 3-0 (24-22; 21-15; 21-15)
Jak nie idzie, to nie idzie. W Szach-Macie oglądamy ostatnio desperackie próby odmienienia swojej nieciekawej sytuacji. Roszady, zmiany, przesuwanie poszczególnych figur po całej planszy. Kojarzycie filmik, w którym nastoletni Magnus Carlsen nudzi się pojedynkiem z Garrim Kasparowem? No – to tak wyglądają pojedynki drużyny Dawida Kołodzieja. W skrócie – ci się główkują, robią wszystko to, o czym napisaliśmy w pierwszym zdaniu, a niecno znudzony rywal ich ogrywa. Sposób na opędzlowanie Szach-Matu znalazł dziś już chyba każdy. Tu nie rozliczamy drużyny za wczorajszą porażkę. Ok – z BEemką może się zdarzyć. Mówimy o przykrym całokształcie, który nieuchronnie kieruje drużynę do drugiej ligi. Wracając jednak do meczu – Szach-Mat rozpoczął mecz naprawdę obiecująco. Po odważnej grze, w której Szach-Mat nie kalkulował, wysunęli się oni na prowadzenie 17-14. To BEemka była wówczas pod ścianą, ale mimo kryzysowego momentu zdołali doprowadzić do wyrównania po 20. Co więcej – zyskali również pewność siebie, a kiedy to się stało, wiedzieliśmy już, jaki będzie epilog tej historii (24-22). Choć początek drugiego seta BEemka miała dość niemrawy, to oni rośli z każdą kolejną minutą meczu. Tak było w pierwszym, drugim oraz trzecim secie rywalizacji. Na półmetku środkowej partii team Daniela Podgórskiego wysunął się na prowadzenie 10-7. Z czasem po serii błędów ‘Szachistów’ BEemka wysunęła się na prowadzenie 18-13 i po chwili cieszyli się z drugiego punktu w meczu (21-15). W finałowym secie świetną robotę dającą przewagę BEemce dał na zagrywce Dorian Walentynowicz. Albo zdobywał on asa, albo odrzucał rywala od siatki, albo zmuszał do freeballi (13-9). Ostatecznie BEemka wygrała seta do 15, a cały mecz 3-0. Co ciekawe – choć był to ósmy mecz obu drużyn, BEemka wygrała dopiero po raz trzeci. Co więcej – za komplet punktów wygrała drugi raz. Pierwszy raz taka sytuacja miała miejsce ponad trzy lata temu – 20 marca 2023 r.
Merkury – CTO Volley 0-3 (16-21; 28-30; 18-21)
Nie oszukujmy się. Drogi obu drużyn nam się w ostatnim czasie rozjechały. Choć sami nie wiemy, kiedy to wszystko minęło, wczorajsze spotkanie było już piętnastym meczem obu drużyn w rozgrywkach Inter Marine SL3. O ile do niedawna bilans obu ekip był na wyrównanym poziomie, to trzy ostatnie mecze, w których wygrywali gracze CTO, sprawiły, że to ‘Pomarańczowi’ są górą. Po wczorajszym meczu jest to 9 zwycięstw CTO oraz 6 Merkurego. Taka ciekawostka. Po raz ostatni i jedyny w historii Merkury wygrał z CTO za komplet punktów 16 października 2023 r. A CTO z Merkurym? Cóż – poza wczorajszym meczem, również w przedostatnim. Ok – będąc całkowicie uczciwym należy przyznać, że Merkury był bardzo bliski tego, żeby zdobyć choć jeden punkt w meczu. Wówczas ich sytuacja w kontekście gry w grupie mistrzowskiej byłaby zupełnie inna. Mimo prowadzenia 17-14 oraz kilku piłek setowych, ‘Granatowi’ nie zdołali zamknąć seta na swoją korzyść. Ostatecznie po bardzo długiej grze na przewagi z punktu cieszyła się drużyna CTO. Jako że był to ich drugi wygrany set w środowym spotkaniu, mogli oni cieszyć się jednocześnie z siedemnastego zwycięstwa w meczu, grubo. W ogóle to, co robi ogólnie CTO Volley, przypomina nam nieco grę na playstation, którą team CTO już dawno przeszedł. Po dotarciu do mety wybrał jednak opcję NOWA GRA PLUS. W takich przypadkach często bywa jednak tak, że rywale są jeszcze mocniejsi niż w standardowym wydaniu. Akurat ten element nam się nie zgadza.
Tufi Team – Bossman Team 1-2 (17-21; 24-22; 15-21)
Po kilkunastu dniach przerwy Bossman Team wrócił na parkiety Inter Marine SL3. Ich rywalem w środowy wieczór była ekipa Tufi Team, która w obecnej edycji nie radzi sobie najlepiej. Już przed meczem pisaliśmy, że zestawiając ze sobą obie ekipy, Bossman Team zdaje się być wyraźnym faworytem starcia. Potencjalną wygraną gracze Jakuba Kłobuckiego mieli zrobić olbrzymi krok w kierunku grupy mistrzowskiej. Początek rywalizacji pokazał jednak, że nie będzie to łatwa przeprawa dla srebrnych medalistów z sezonu Jesień’24. To gracze Tufi Team rozpoczęli bowiem lepiej i chwilę po półmetku seta wysunęli się na prowadzenie 12-10. W dalszej części seta Bossman prezentował się jednak kapitalnie w obronie, co w ogólnym rozrachunku zmieniło układ sił i zapewniło im pierwszy punkt w meczu (21-17). Środkowa partia to jednak zwrot akcji. Początkowo wszystko szło po myśli faworyta, który zdołał zbudować sobie trzypunktową zaliczkę (14-11). Z czasem Tufi Team nie dawało jednak za wygraną i po kilku punktach wracającego po kontuzji Mateusza Osieckiego w końcówce doprowadzili do wyrównania po 20. Finał seta to bardzo wyrównana gra i walka punkt za punkt. Minimalną przewagę posiadali jednak gracze Tufi, którzy nie pozwolili rywalom na przełamanie. Ostatecznie po punktach Karola Sitkowskiego oraz Mateusza Osieckiego cieszyli się oni z doprowadzenia do wyrównania (24-22). Co ciekawe, wzbudziło to w szeregach Bossmana sporo nerwowości, a to nie jest jednak zbyt częsty widok w ich wykonaniu. Ostatni set to partia, w której zespół Tufi Team absolutnie siadł, a w ich szeregach nie było ani przyjęcia, ani ataku. Nie było po prostu niczego (10-3). Końcówka seta to już lajtowe granie, które nie mogło zmienić oblicza spotkania (21-15).
HANDLUWA – Bayer Gdańsk 0-3 (17-21; 16-21; 19-21)
Oj, nie miała Handluwa w ostatnim czasie ‘dobrej prasy’. Nie ukrywamy, że w stosunku do ex-pierwszoligowca nam się nieco ‘ulewało’. Z drugiej strony – gracze Dawida Gałki z zaskakującą regularnością dostarczali nam contentu. No nie da się czasem nie strzelić do pustej bramki. O ile Redakcja miała mały ubaw, graczom Dawida Gałki nie jest do śmiechu. Już pal licho, które spotkanie wczoraj przegrali. Faktem jest jednak to, że po raz kolejny nie mają oni powodów do optymizmu. Ok – z całą pewnością zagrali wyraźnie lepiej. Ba, można pokusić się nawet o tezę, że ‘grali pięknie jak nigdy, a przegrali jak zawsze’. W pierwszej odsłonie Handluwa prowadziła z faworyzowanym rywalem wyrównaną grę niemal przez całego seta (17-16). Kiedy jednak trzeba było, Bayer podkręcił wyraźnie tempo i finalnie to oni zdobyli cztery ostatnie punkty w secie, którego wygrali do 16. Środkowa odsłona to kolejna całkiem spora szansa Handluwy na punkt. Po skutecznym ataku Macieja Manisty ex-pierwszoligowiec wysunął się na prowadzenie 9-6. Niestety po chwili kilka razy na lewym skrzydle pomylił się kapitan – Dawid Gałka. Tuż po tym Bayer wysunął się na prowadzenie, którego już nie wypuścił (21-16). Ostatni set przez długi czas zdawał się być tym, w którym Bayer uniknie nerwówki i dość szybko upora się z przeciwnikiem. Pomimo prowadzenia 16-9 zaczęli w końcówce popełniać sporo błędów, co w połączeniu z punktami Dominika Jakubowskiego sprawiło, że pod koniec Bayer prowadził zaledwie jednym punktem (20-19). Końcówka to jednak błąd w polu serwisowym, który dał trzeci punkt w meczu ‘Aptekarzom’. Podsumowując – choć wynik nas nie zdziwił, to jednak przebieg gry już trochę tak. Nie był to bynajmniej tak jednostronny mecz, jak wydawało nam się przed jego rozpoczęciem.
Tufi- mam nadzieję na przełamanie w kolejnym meczu!