’Przez ciernie do gwiazd’. Choć próżno szukać powodów do hurraoptymizmu, to jednak w obecnym tygodniu gracze Fuxa Pępowo wykonali gigantyczną pracę, by utrzymać się w lidze. O tym będziemy jeszcze rozmawiać, póki co dajmy im się nacieszyć. Do niedawna zespół z Pępowa miał arcytrudny terminarz. Już wtedy pisaliśmy jednak o tym, że jeśli Fux wytrzyma ten okres, to z czasem stanie się beneficjentem takiego, a nie innego kalendarza. W obecnym tygodniu gracze Fuxa Pępowo najpierw ograli Tufi Team, a następnie wczoraj wieczorem Szach-Mat. Dość wymownym obrazkiem po meczu był ten, gdy gracze w zielono-czarnych strojach przesadnie się nie cieszyli. W czwartkowy wieczór stanęli oni przed ogromną szansą na komplet punktów i ostatecznie to im się nie udało. Z drugiej strony – wygraną powinno się szanować jak Matkę. Początek spotkania należał bowiem do 'Szachistów’, którzy wykorzystali mnóstwo błędów rywali i objęli prowadzenie 8-3. Z czasem – co już charakterystyczne dla 'Szachistów’ – to oni zaczęli się mylić, co w połączeniu z coraz lepszą grą rywali dało punkt tym drugim. Warto przy tym podkreślić, że końcówka seta mogła się podobać i równie dobrze to Szach-Mat mógł wygrać. Z drugiej strony obecna kampania to pasmo niepowodzeń, niedociągnięć oraz nieporozumień. Aktualnie to, co broni drużynę, to wciąż fakt, że są oni teamem również poza boiskiem. Wyniki sprawiają jednak, że budowana latami tama zaczyna gdzieniegdzie przeciekać. Środkowa odsłona to wyraźna przewaga Fuxa, który po dwóch punktach Maksymiliana Pilarskiego zapewnił sobie drugi punkt w meczu. W trzecim secie rywalizacji 'Koniczynki’ podjęły próbę zdobycia kompletu oczek. Ostatecznie była to próba nieudana, a nagrodę pocieszenia w postaci punktu zdobyli gracze Szach-Matu. Patrząc jednak na smutek, który panował po meczu w szatni – problem zaczyna robić się bardzo poważny. Nie chcemy tu mówić o satysfakcji, to nie to, ale już od kilku tygodni podkreślamy, że Szach-Mat jest w naszym odczuciu aktualnie najsłabszą drużyną w pierwszej lidze. Cóż – podtrzymujemy to.
Dzień: 2026-04-09
Team Spontan – Speedway AWKS
Czwartkowy wieczór ułożył się dla Team Spontan w wymarzony sposób. Nadrabiając ligowe zaległości, zespół ma świadomość, ile musi zdobyć punktów, by dogonić rywala. Czy to dobrze, czy źle – trudno nam powiedzieć. Choć nie mieliśmy wątpliwości, która ze stron będzie faworytem, to jednak Spontan… potrafił spłatać historycznie figla. Ileż razy tracili punkty tam, gdzie nie mogło się to wydarzyć. W czwartkowy wieczór – przy odrobinie szczęścia AWKS-u – do takiej sytuacji mogło dojść w pierwszym secie rywalizacji. Choć rozpoczął się on świetnie dla faworyta (12-6), to z czasem ta przewaga nieco uśpiła faworyzowaną drużynę. Tu plus dla AWKS, że mimo bardzo niekorzystnego wyniku i obrazu gry zespół się nie poddawał i pod koniec zdołał doprowadzić do wyrównania po 18. Choć w obozie 'Spontanicznych’ zrobiło się nieco nerwowo, ciężar na swoje barki wziął Michał Maliszewski, po którego atakach faworyt cieszył się z wygranej pierwszego seta. Środkowa odsłona? Takiego obrazu gry gracze Speedway AWKS nie wyobrażali sobie chyba w żadnej przedmeczowej projekcji. Tego nie było po prostu w scenariuszu. Zespół w żółto-czarnych barwach był w tej partii absolutnie bezbronny oraz bezzębny. Pisząc dosadniej i trzymając się konwencji – był po prostu beznadziejny (21-8). Trzeci set? PRAWDZIWE SCENY. To właśnie tu doszło do dwóch z trzech sytuacji w meczu, gdy drużyna traci punkt za błąd ustawienia. Tego jeszcze w lidze nie było. Raz? Maksymalnie dwa, ale cóż – Speedway też chciał zapisać się na kartach historii. Całe szczęście, że nie zapisali się również w rozmiarach porażki w trzecim secie. Choć było słabo – uciułali dziesięć oczek. Finalnie przegrali jednak spotkanie w stosunku 0-3.
Challengers – Flota TGD Team
Lubimy niekiedy tworzyć pewne narracje, nawet gdy z czasem okazują się niegodziwością. W czwartkowy wieczór na parkiecie numer 3 spodziewaliśmy się jednak, że 22 punkty to będzie miał Mariusz Kuczko, a nie Ivan Groźny Mialik. Symboliczne przekazanie pałeczki? Oczywiście jest na to o około 1000 punktów w SL3 zbyt wcześnie. Mimo wszystko – tak to tylko zostawimy. Faktem jest jednak to, że wspomniany osiemnastolatek zagrał spotkanie wybitne i walnie przyczynił się do zwycięstwa Floty z faworyzowanym rywalem. Skoro o nich mowa, to zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie są oni przypadkiem 'papierowym tygrysem’ trzeciej ligi. Miał być szybki powrót do zaplecza elity, a tymczasem mamy spektakularne obniżenie lotów. Już teraz – po sześciu rozegranych meczach – sytuacja Challengersów w kontekście awansu skomplikowała się bardzo. Wracając jednak do meczu – kiedy Flota TGD Team prowadziła 9-7, Challengersi zdawali się być nieco zaskoczeni. Jednocześnie wyglądali na takich, którzy wierzą, że zaraz wszystko wróci do normy. Przecież miało być tak dobrze, prawda? Cóż mogło się złego stać? Flota po chwili połapała się, że ten rywal to może i mocny, ale tylko na papierze. W dalszej części podkręcili tempo i finalnie wygrali do 11 – wow. Środkowa partia to ewidentne przebudzenie Challengersów. Sami wpadliśmy w pułapkę i pomyśleliśmy – ok, przegrany set jak zawsze, teraz będzie już znacznie lepiej. Finalnie team Wojtka Lewińskiego wygrał seta do 13 i doprowadził do wyrównania w setach. Finałowa partia rozpoczęła się świetnie dla ex-drugoligowca. Po kilku błędach rywali objęli oni prowadzenie 10-7. Cóż jednak z tego, skoro na kolejne dwa swoje punkty rywale zdobyli aż siedem (14-12). Kiedy Flociarze poczuli krew – swojej szansy nie zaprzepaścili, wygrywając finalnie do 16, a cały mecz 2-1, brawo!
Speednet – MPS Volley
Wracamy do narracji, którą wszyscy już znamy. Po awansie do wyższej ligi, MPS stał się z marszu jednym z najpoważniejszych kandydatów do mistrzostwa. Mimo to początek sezonu w ich wykonaniu nie był zbyt mocny. Niewiele osób zwróciło na to uwagę, ale po raz ostatni Miłośnicy Piłki Siatkowej za komplet punktów wygrali… w połowie listopada. Wczoraj wieczorem sytuacja, która od jakiegoś czasu ich uwierała, się jednak zmieniła. Już na początku spotkania zespół Jakuba Nowaka prezentował się bardzo dobrze, popełniając zaledwie trzy błędy przez całą pierwszą odsłonę. Z tak grającym rywalem gra się po prostu bardzo trudno i wynik premierowej odsłony (21-15) nie mógł przesadnie dziwić. Zdecydowanie ciekawiej zrobiło się w środkowej partii, w której przez większość czasu to Speednet prowadził grę. Na półmetku seta zespół Macieja Miścickiego prowadził już 10-7. Z czasem po atakach Igora Ciemachowskiego MPS odrobił stratę, a nawet sam zdołał odskoczyć rywalom na dwa punkty (13-11). Mimo to 'Programiści’ nie ustępowali i choć byli bardzo bliscy wyrównania w setach (18-17), to po długiej wymianie punkt za punkt górą był beniaminek pierwszej ligi (25-23). Wygrana dwóch setów uskrzydliła jednych i niestety dla widowiska – zdemotywowała drugich. Po świetnej serii na zagrywce Igora Ciemachowskiego MPS rozpoczął partię od prowadzenia 8-2, po czym stało się jasne, że krzywda im się już nie stanie. Dzięki wygranej za komplet punktów MPS wskakuje z szóstego na trzecie miejsce w tabeli i nos nam podpowiada, że grupy mistrzowskiej już raczej nie wypuszczą.
Hapag-Lloyd – ACTIVNI Gdańsk
W ostatnim czasie na obie drużyny wylała się fala krytyki. Prawdę mówiąc – nie mamy do siebie o to żalu. Nie mamy również poczucia, że chcielibyśmy odwinąć taśmę, by to odkręcić. No bo powiedzmy sobie szczerze. Czy ACTIVNI nie mają sobie nic do zarzucenia? Czy Hapag-Lloyd ma poczucie, że ostatnie mecze były dobre? No chyba nie. Krzysztof Krawczyk śpiewał kiedyś o 'nadziei iskra błyśnie w nas i zgaśnie w nas’. Tak to mniej więcej widzimy, bo początek sezonu był bardzo obiecujący. Wówczas wydawało się, że kolejne punkty są na wyciągnięcie ręki. Jak się okazało – Inter Marine SL3 uczy pokory i cierpliwości. Z drugiej strony, czy w pierwszym i trzecim secie było naprawdę daleko do punktu? No niezbyt. Po atakach Mateusza Siwko oraz Hasana Tolgi Kaya gracze w pomarańczowych strojach prowadzili 16-14. W końcówce zabrakło im nieco cierpliwości i chłodnej głowy. Zamiast tego była 'podnietka’, która została błyskawicznie spacyfikowana (21-17). O środkowej odsłonie to nie ma co szczególnie pisać. ACTIVNI wygrali w tej partii tak, jak powinni byli to zrobić w dwóch pozostałych. Hapag-Lloyd? OMG. Skandaliczna gra 'Logistyków’ w przyjęciu. Set zaczął się od stanu 14-4 dla ACTIVNYCH i Hapag-Lloyd nie walczył już o korzystny wynik. To było niemożliwe. Oni walczyli o to, by uniknąć kompromitacji i finalnie to im się udało (21-11). Nie ma takiego lania, które złamałoby Hapag-Lloyd. To akurat niewątpliwy plus drużyny, która do perfekcji opanowała 'sztukę przegrywania’. Piszemy całkiem serio – rzadko kto to potrafi. Skoro przy słowie kluczu jesteśmy – Hapag-Lloyd potrafi postawić się faworyzowanym rywalom. Podobnie jak w premierowej odsłonie – tu również prowadzili 16-15 i co ciekawe – po ataku tego samego gracza (Hasana Tolgi Kaya). To jak wiadomo nie był jednak prognostyk. Ostatecznie partię, podobnie jak cały mecz, wygrali ACTIVNI. Choć trudno krytykować drużynę po zwycięstwie w stosunku 3-0, trudno nie odnieść wrażenia, że w drużynie są rezerwy. Kolejne spostrzeżenie? Po raz kolejny ACTIVNI ani razu nie dali się zaskoczyć zagrywką rywali – brawo!
Wolves Volley – MiszMasz
MiszMasz wrócił do ustawień fabrycznych z obecnego sezonu. Poza jednym wyjątkiem od reguły team Rafała Wróblewskiego przegrał w obecnej kampanii pięć spotkań i w każdym ze wspomnianych meczów kończyło się wynikiem 1-2. Prawdę mówiąc – wczoraj było stosunkowo blisko, aby sytuacja potoczyła się inaczej, a zespół Rafała Wróblewskiego wygrał drugi mecz z rzędu. Po kilku punktach Mateusza Berbeki w końcowej fazie pierwszego seta MiszMasz wysunął się na prowadzenie 19-16 i był już o włos od wygranej seta. Niestety dla nich końcówka to przebudzenie 'Wilków’, którzy najpierw doprowadzili do wyrównania po 20, a następnie po dwóch atakach Szymona Merskiego cieszyli się z pierwszego punktu w meczu. Oj, strata punktu w takich okolicznościach musi boleć. Środkowa odsłona to kolejna próba MiszMaszu na punkty, które są im aktualnie potrzebne jak tlen do życia. Tym razem sytuacja wyglądała nieco inaczej. To gracze Wolves Volley posiadali nieznaczną przewagę, a MiszMasz wcielił się w rolę tego goniącego (16-13 → 19-19). Niestety dla graczy w zielonych strojach po raz kolejny nie 'dowieźli’ oni w końcówce, a z wygranej seta cieszyła się 'Wataha’. To, co MiszMaszowi nie udało się w dwóch pierwszych setach, udało się finalnie w ostatnim. Po serii błędów w ataku 'Wilków’ MiszMasz wysunął się na prowadzenie 8-4. Z czasem team Rafała Wróblewskiego zbudował sobie jeszcze większą zaliczkę i z ich perspektywy było to coś bardzo dobrego (15-8). Pod koniec seta w ich szeregi wkradło się bowiem bardzo dużo niedokładności, po których rywal zdołał się zbliżyć na dwa oczka. Koniec końców po ataku Michała Balceraka MiszMasz dopiął finalnie swego, wygrywając seta do 18.
Volley Gdańsk – Hydra Volleyball Team
Po trzech spotkaniach z rzędu, w których Volley Gdańsk wygrywał po podziale punktów, w obozie 'żółto-czarnych’ coraz bardziej rosło zniecierpliwienie i team chciał wreszcie wygrać za komplet punktów. Z jednej strony okazja zdawała się być do tego idealna – rywalem Volleya była bowiem Hydra Volleyball Team, czyli drużyna, z którą jeszcze do niedawna dzieliły ich dwie klasy rozgrywkowe. Z drugiej strony ta sama Hydra przystępowała do meczu jako drużyna tygodnia i lekceważenie rywali nie było zbyt dobrym pomysłem. Początek spotkania to bardzo dobra gra 'Bestii’, która po ataku Michała Doroza wysunęła się na zaskakujące prowadzenie 9-6. To, co można powiedzieć o trzykrotnych Mistrzach Inter Marine SL3 – Volleyu Gdańsk – to z pewnością fakt, że są oni ekipą, która się absolutnie nie podpala, a czasami wygląda, jakby w ogóle nie spoglądała na tablicę wyników. Ma to oczywiście mnóstwo plusów – po konsekwentnej i dobrej grze zdołali doprowadzić po chwili do wyrównania, a niesieni na fali objęli z czasem prowadzenie 18-13. To oznaczało z kolei, że punktu Hydra musiała szukać w kolejnych setach (21-16). Sztuka ta graczom Sławomira Kudyby prawie udała się w środkowej partii, choć trzeba przyznać, że 'Bestia’ nie zaczęła seta zbyt dobrze. Już na początku aktualny lider drugiej ligi objął kilkupunktowe prowadzenie (9-5), a dalsza część seta to szalona pogoń Hydry. Ostatecznie gracze Sławomira Kudyby zdołali zbliżyć się do rywala na jeden punkt, ale po wziętym w porę czasie Piotr Ścięgosz zapewnił swojej drużynie drugi punkt w meczu. Finałowa odsłona rozpoczęła się od kilku zmarnowanych ataków Hydry, po których faworyt wysunął się na prowadzenie 9-5. Choć z czasem 'Bestia’ zdołała zniwelować nieco straty, to w końcówce faworyt postawił na swoim, zgarniając siódme zwycięstwo z rzędu i przy okazji – koszulkę lidera drugiej ligi, brawo!
Feniks Gdańsk – Only Spikes
Kojarzycie tego mema, gdzie małpka 'zapuszcza żurawia’ w prawą stronę? No – to poczuliśmy się tak po raz pierwszy w historii ligi. No bo wiecie – ileż to czasu poświęcaliśmy drużynie Only Spikes. Ochy, achy, no normalnie drużyna weltklasse, która zaraz wygra seta z drużyną gdzie gra Alex Nasevich (a nie, czekaj). Wiecie – totalna podnietka. Tymczasem to, co widzieliśmy w pierwszym secie rywalizacji, było całkowitym zaprzeczeniem naszych słów. Było po prostu słabo, a Feniks tak dysponowanego rywala musiał po prostu zmasakrować. W pewnym momencie myśleliśmy nawet, że środkowy Feniksa – Olek Chapovskyi – swoimi bardzo mocnymi atakami wyrządzi za chwilę krzywdę rywalom. Nie no – to było starcie aktorskie pomiędzy Robertem De Niro a Piotrem Cyrwusem (21-10). Środkowa odsłona? Takie partie lubimy. Chwilę po półmetku seta wydawało się, że pojedynek wygra De Niro. Wszyscy na boisku, wokół niego oraz na facebookowej relacji zapomnieli chyba, że Rysiek z Klanu to po prostu legenda, która potrafi się odgryźć. Po kilku świetnych atakach Adriana Schramki Only Spikes doprowadzili po chwili do wyrównania po 17, a następnie – to oni byli o krok przed rywalem. Jak wyliczył 'Tygodnik Kibica SL3′, w końcówce mieli pięć piłek setowych, a ostatecznie sztuka ogrania rywala udała im się za szóstym razem. Szóstka – to również ocena szkolna za trzeciego seta rywalizacji, gdzie gracze w żółtych strojach ograli bądź co bądź faworyta meczu. Świetny początek, po którym Only Spikes kontrolowali przebieg gry od pierwszego do ostatniego gwizdka w secie. Znak czasów. Znak jakości Only Spikes. Rany, jakie to są koty.
Energa Trefl Gdańsk – Eko-Hurt
W wywiadzie przedmeczowym Kacper Kania odkrył karty, a raczej powiedział coś, co każdy wiedział od dawna. Celem Eko-Hurtu na obecną kampanię jest zapewnienie sobie bezpośredniego awansu do elity. Na drodze 'Hurtowników’ w czwartkowy wieczór stanęła najmłodsza drużyna w lidze – Energa Trefl Gdańsk. W pierwszym secie rywalizacji 'gdańskie lwy’ mogły się jednak uczyć od świetnie dysponowanych graczy Pawła Dawczaka. Po naprawdę bardzo dobrej jakościowo siatkówce Eko-Hurt wysunął się na prowadzenie 14-8. Warto podkreślić, że w ich grze nie brakowało kombinacyjnych i bardzo ładnych dla oka akcji. Wynik 21-13 był przy tym 'wisienką na torcie’. Cóż – trudno grać tak dobrze przez całe spotkanie. Wraz z rozpoczęciem drugiej części spotkania obie drużyny wyglądały tak, jakby chwilę wcześniej zamieniły się koszulkami. Tym razem to Energa Trefl Gdańsk prowadziła grę, a Eko-Hurt się sporo mylił. Dodatkowo najmłodsza drużyna w lidze prezentowała się świetnie w obronie i kontrze, co na półmetku seta dało im prowadzenie 11-6. Wypracowana zaliczka pozwoliła graczom Ariela Fijoła na spokojne dowiezienie wyniku do końca (21-14). W trzeci set za sprawą Rafała Pączka – Trefl wszedł w wymarzony sposób (4-1). Już po chwili popełnili oni jednak trzy błędy z rzędu. Jakby problemów graczy w żółtych trykotach było mało, po chwili znaleźli się w poważnych tarapatach, nie mogąc przyjąć bardzo mocnej i siłowej zagrywki rywali (10-7). Dodatkowo w końcowej fazie seta nie mieli pomysłu, jak odkręcić niekorzystną dla siebie sytuację (21-16).