Za nami dwudziesty drugi dzień meczowy w sezonie Wiosna’26. We wtorek sensacyjnie swoje pierwsze spotkanie przegrała ekipa Remedios Sopot Ortopedia. Świetną serię kontynuują za to gracze CTO Volley, Chilli Amigos oraz Crafveny. Zapraszamy na podsumowanie!
Hapag-Lloyd – Chilli Amigos 0-3 (16-21; 14-21; 20-22)
Na mecz z drużyną Hapag-Lloyd sympatycy Chilli Amigos mogą i z pewnością spoglądają z dwóch różnych perspektyw. Pierwsza, ta przyjemniejsza, wygląda tak, że ‘Amigos’ zgarnęli we wtorkowy wieczór komplet punktów. Biorąc pod uwagę to, że tego samego dnia punkty pogubił lider, Remedios Sopot Ortopedia, sprawia, że wszystko zdaje się być perfekcyjne. Z drugiej strony nie sposób nie wspomnieć o tym, że styl gry ‘Amigos’ we wtorkowy wieczór pozostawiał wiele do życzenia. Owszem – trzy punkty były, ale każdy, kto oglądał spotkanie, wie, że gracze Pawła Kalety mieli problem z tym, by stłamsić ostatnią drużynę w ligowej tabeli. Jakby tego było mało, w trzecim secie rywalizacji było dosłownie o włos od tego, by to ‘Logistycy’ cieszyli się ze zwycięstwa. Do tego jednak jeszcze wrócimy. Początek rywalizacji układał się dla ‘Amigos’ bardzo dobrze. Po ataku Piotra Kławsiucia team w czerwonych trykotach prowadził 13-8 i nic nie wskazywało na to, że rywal mógłby im realnie zagrozić. Po chwili Hapag-Lloyd się jednak rozkręcił, w czym spory udział miał nowy gracz w obozie ‘Logistyków’ – Tomasz Lis (14-13). Tym razem skończyło się jednak wyłącznie na ostrzeżeniu – w dalszej części gracze Chilli podkręcili tempo i wygrali seta do 16. Środkowa partia rozpoczęła się od czegoś, czego nie do końca spodziewali się gracze ‘Amigos’. Po sporej niedokładności u niepokonanej jak do tej pory drużyny, underdog wysunął się na prowadzenie 9-6. Dalsza część to jednak skuteczna gra w polu serwisowym graczy w czerwonych trykotach, po której wysunęli się oni na prowadzenie 12-11. Z czasem oglądaliśmy już jednostronną grę, w której faworyt wygrał do 14. Ostatni set to zdecydowanie najciekawsza partia w meczu. Od samego początku gracze Chilli nie mieli kompletnie pomysłu na sforsowanie zasieków rywali. Ba – po bardzo dobrej grze to gracze w pomarańczowych trykotach byli bliżsi zwycięstwa. Pod koniec prowadzili nawet 20-18, ale kilka błędów w końcówce sprawiło, że cztery oczka zdobył faworyt, który mimo presji podołał zadaniu i wygrał seta do 20.
Remedios Sopot Ortopedia – Feniks Gdańsk 1-2 (16-21; 20-22; 24-22)
To samo pisaliśmy dwa tygodnie w kontekście drużyny Challengers. Wówczas wydawało nam się bardzo mało prawdopodobne, żeby to właśnie oni wykruszyli się z grona niepokonanych drużyn w pierwszej kolejności. Kolejnym ‘murem, którego w teorii nie dało się skruszyć’ była ekipa Remedios Sopot Ortopedia, której w zapowiedzi przedmeczowej zdążyliśmy gratulować awansu do trzeciej ligi. Parafrazując słynne powiedzonko – ‘myślał Remedios o niedzieli, a w sobotę łeb mu ścieli’. Oj, kapitan Remediosu – Maciej Kot miau (hehe) we wtorkowy wieczór nietęgą minę. Ledwie kilka dni wcześniej wraz z prowadzoną przez siebie drużyną Only Spikes zdołał ograć Feniksa. Wczoraj miało być tak samo, tyle tylko, że za komplet punktów. I wiecie co? Feniks udowodnił, że rozdawanie punktów przed meczem jest strasznym błędem. Od początku spotkania to oni prowadzili grę i po bardzo dobrej grze w bloku, objęli prowadzenie 14-8. W dalszej części seta nie było próby gonienia wyniku. Było podjęcie próby tego, by się nie skompromitować. Choć pod koniec było już 20-11 dla drużyny Łukasza Dubickiego, to mieli oni problem z wykończeniem rywala, co finalnie udało im się dopiero po pięciu kolejnych piłkach (21-16). Środkowa partia zdawała się być wielkim powrotem Remediosu, który po akcjach Michała Niewiadomskiego, objął prowadzenie 14-9. Zamiast jednak pójść za ciosem jak zrobił to w pierwszej części Feniks, ci dopuścili rywala do głosu. Końcówka seta? Kryminał w wykonaniu lidera czwartej ligi. Choć gracze w biało-złotych strojach prowadzili 20-17 to…pięć kolejnych punktów zdobył Feniks, który stał się pierwszą drużyną w sezonie, która zdołała ograć lidera (22-20). Co ciekawe – zespół Łukasza Dubickiego nie nasycił się dwoma punktami. Zamiast tego – parł po trzeci punkt. Pod koniec meczu byli bardzo bliscy realizacji celu. Choć prowadzili 20-18, to po skutecznych atakach Macieja Kota, sytuacja uległa w końcówce zmianie, co pozwoliło Remediosowi utrzymać fotel lidera czwartej ligi. A Feniks? Wow – to było coś naprawdę wielkiego, gratulacje!
VB Inter-Grahen Sulmin – Craftvena 1-2 (12-21; 21-15; 19-21)
To co ważniejsze z perspektywy VB Inter-Grahen Sulmin niż to, co działo się we wtorkowy wieczór na parkiecie Ergo Areny, działo się… w kuluarach. Z informacji, do których dotarła Redakcja, jasno wynika, że z ekipą z Sulmina dzieje się coś bardzo niepokojącego, a problemy kadrowe nie były we wtorek przypadkiem. Tematem drużyna żyła przed oraz po samym meczu. Co więcej – nie jest to przypadek odosobniony, bo z tego co wiemy, frekwencja na treningach również w ostatnim czasie nie powala. W skrócie – dzieje się źle, a drużyna zdaje się powoli pękać od środka. Ok – spodziewamy się elementu wyparcia, zaprzeczeń, tupania nogami, ale my już podobnych historii kilka przerabialiśmy. Co więcej – rzadko które z tych historii kończyły się happy-endem. Ciekawe jak będzie w tym przypadku. Sytuacji drużyny z Sulmina nie poprawia również fakt, że we wtorek przegrali oni kolejne spotkanie. Ok – jakieś pozytywne aspekty były, przy odrobinie szczęścia mogło to się potoczyć nawet inaczej. Jest jednak jak jest i to ‘Rzemieślnicy’ wygrali, co jest już pewną normą – a jakże, po podziale punktów. W obecnej kampanii team Bartosza Zakrzewskiego rozegrał osiem spotkań i za każdym razem mecz kończył się ich zwycięstwem w stosunku 2-1. Co ciekawe – doborowe towarzystwo się nam ostatnio kruszy. Na tę chwilę Craftvena pozostaje w elitarnym gronie ośmiu drużyn, które nie przegrały jeszcze spotkania. Wow, gratulacje!
Tufi Team – CTO Volley 1-2 (21-15; 15-21; 15-21)
Po raz ostatni gracze CTO Volley przegrali 24 września 2025 r. Niewiarygodne. Co ciekawe – wówczas przegrali z drużyną Volley Gdańsk, który z czasem okazała się spadkowiczem z najwyższej klasy rozgrywkowej. Żeby nie było – nie twierdzimy, że gracze Tufi Team spadną do niższej ligi. Już teraz wiadomo jednak, że będą oni walczyć o utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej. Wobec tego oraz kolejnego już razu, gdy team w pomarańczowych barwach miał problemy kadrowe, można było się zastanawiać, czy kapitalna seria dobiegnie we wtorek końca. Co ciekawe – te obawy dla graczy CTO były podlewane kanistrem z benzyną od samego początku spotkania. Wtorkowe spotkanie rozpoczęło się bowiem od stanu 7-1 dla Tufi. W dalszej części seta CTO się nieco odkręciło, ale o wygranej nie mogło być już mowy (21-15). Środkowa partia do połowy seta to wyrównana gra. W obecnym sezonie oglądaliśmy ten obrazek już kilkukrotnie i jest to aspekt, nad którym ‘Tuffiki’ muszą się pochylić. Mianowicie – w pewnym momencie z nie do końca wyjaśnionych przyczyn ich odcina. W drugim secie gracze CTO moment zawahania rywala wykorzystali perfekcyjnie i w konsekwencji wygrali seta do 15. Ostatni set to już tryb, w którym gracze CTO zamieniają się w Super Saiyanina. Rany, co to była za świetna gra w obronie. Po tym jak ‘Tuffikom’ było trudno dobić się do parkietu, ‘Pomarańczowi’ wysunęli się na prowadzenie 15-9 i po chwili zapewnili sobie szesnastą (!) wygraną z rzędu. Niewiarygodne. Warto tu podkreślić, że choć tytuł MVP przypadł Adamowi Sobstylowi, to należy pochwalić środkowego – Szymona Rachwalskiego, który wobec absencji kapitana i nominalnego sypacza podjął się zadania z gatunku mission impossible i zagrał na rozegraniu. Imponujące, brawo!
Inter Marine Masters – DHP Oliwa 1-2 (20-22; 21-15; 19-21)
W narracji budowanej w zapowiedziach podkreślaliśmy, że DHP Oliwa ma z ‘Mastersami’ rachunki do wyrównania. Odkąd obie drużyny spotykają się w rozgrywkach Inter Marine SL3, trudno jest narzekać na nudę. Nie inaczej było i we wtorkowy wieczór, gdzie gracze DHP Oliwy przełamali trwający od 7 października 2024 r. impas w spotkaniach z ‘Mastersami’. Warto przy tym podkreślić, że o zwycięstwo nie było łatwo. Od samego początku spotkania oglądaliśmy bowiem bardzo wyrównaną grę. Na półmetku premierowej partii mieliśmy remis po 12. Z czasem zdecydowanie bliżej zwycięstwa byli gracze w niebieskich trykotach. Pod koniec seta po skutecznym ataku Stanisława Płochockiego prowadzili oni już 19-16. Choć do zakończenia seta było tak blisko, DHP Oliwa miała nieco inny plan. Po kapitalnym fragmencie Jakuba Jeżewskiego, który okazał się maszyną nie do zatrzymania, ‘Oliwiacy’ odrobili straty, a następnie wygrali seta do 20. Niewykorzystana szansa była czymś, co utkwiło z pewnością ‘Mastersom’ w głowach. Początkowo pomyśleliśmy, że zadziała to jak kotwica, która w kolejnych partiach nie pozwoli im ruszyć do przodu. Nic bardziej mylnego. W branży morskiej nie z takimi problemami sobie radzą i Inter Marine rozpoczęło tę partię od prawdziwej kanonady na zagrywce, po której wysunęli się na prowadzenie 10-2. Tak wysokie prowadzenie musiało ustawić dalszą część seta i istotnie tak było. ‘Mastersi’ nie dali sobie już zrobić krzywdy i w konsekwencji doprowadzili do wyrównania stanu rywalizacji (21-15). To oznaczało, że trzeci set zapowiadał nam się wręcz wybornie. W finałowej partii żadna z ekip nie chciała dopuścić do sytuacji, w której ich rywal zdołałby się ‘zerwać’. Walka punkt za punkt trwała od samego początku aż do stanu po 15. Końcówka seta? To był prawdziwy flashback wydarzeń z premierowej odsłony. Najpierw na prowadzenie wysunęli się ‘Mastersi’, ale nieustępliwa Oliwa nie dawała za wygraną. Determinacja sprawiła, że dwa punkty trafiły do ‘Oliwiaków’ – brawo!
VB Sulmin – EKO-HURT 1-2 (15-21; 21-13; 12-21)
Jak zauważono w ostatnim ‘tygodniku kibica’, po raz ostatni kiedy w zapowiedzi napisaliśmy tekst ‘od miasta do miasta, po mistrzostwo i basta’ – faworyt wówczas zawiódł, przegrał mecz i jak możecie się domyślić – awansu również nie było. Prawdę mówiąc, po tym jak ‘Hurtownicy’ bez większego problemu wygrali pierwszą partię do 15, to w środkowym secie – w ich grze coś się ewidentnie zacięło. Już w pierwszej części środkowego seta faworyzowany Eko-Hurt zanotował spory przestój, a tego rywale nie mogli nie wykorzystać. Po skutecznym bloku Damiana Kolki, po którym wspomniany gracz doznał kontuzji palca, VB wysunął się na prowadzenie 11-8. Z czasem z perspektywy Eko-Hurtu było już coraz gorzej. Team zaczął popełniać koszmarne błędy, tak jak wówczas, gdy przebijali palcami piłkę prosto w siatkę. Swoje dołożyli oczywiście również gracze z Sulmina, którzy wskoczyli na wysoki poziom i finalnie wygrali tę odsłonę do 13. To właśnie w tym momencie przeszło nam przez myśl, czy Eko-Hurt nie przegra przypadkiem pierwszego spotkania w sezonie. Trzeci set rywalizacji to jednak świetny start drużyny Pawła Dawczaka. Już w początkowej fazie seta gracze z Sulmina musieli wykorzystać dwa przysługujące im ‘czasy’. To, jak się po chwili okazało, nic im nie dało. Po świetnej zagrywce Konrada Gawrewicza oraz atakach Pawła Dawczaka Eko-Hurt cieszył się z wygranej do 12, a całego meczu 2-1. Niestety z ich perspektywy nie udało im się zrównać liczbą punktów z liderem – Volleyem Gdańsk.
Inter Marine Masters 2 – Only Spikes 1-2 (19-21; 19-21; 21-14)
‘oops! they did it again’. W czwartej lidze nie ma już dla drużyny Only Spikes jakichś świętości. Nie ma drużyny, przed którą zespół Patryka Łabędzia by się kładł jeszcze przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Inter Marine Masters 2 byli faworytem spotkania? No i co z tego, gramy swoje! Początek wtorkowego spotkania rozpoczął się kapitalnie dla graczy w żółtych trykotach. Po ataku najlepszego gracza poprzedniego tygodnia bez podziału na ligi – Adriana Schramki, zespół Only Spikes wysunął się na prowadzenie 12-9. Z czasem rywale nie dawali jednak za wygraną i pościg udał im się pod koniec seta, kiedy team w niebieskich trykotach doprowadził do wyrównania po 19. Choć karta zdawała się odwracać, to po jednym błędzie oraz punkcie kapitana drużyny przeciwnej, z wygranej pierwszego seta cieszyli się gracze Only Spikes (21-19). Środkowa odsłona to kapitalna gra drużyny Only Spikes, szczególnie w obronie. Rany, ileż potu musieli wylać gracze Inter Marine Masters 2, by dobić się we wtorkowy wieczór do parkietu (15-12). W końcowej fazie seta ‘Mastersi’ znowu gonili, znowu byli bliscy, ale podobnie jak wcześniej – znowu przegrali i znowu po atakach tego samego zawodnika – Patryka Łabędzia (21-19). Ostatni set rywalizacji to partia, w której gracze Only Spikes zdawali się być… nasyceni. To pierwszy taki obrazek w ich historii. Wyglądało to tak, jakby sama wygrana była już osiągnięta i w teamie nie było przesadnej presji na wygraną za komplet oczek. Oczywiście poprawiła się również sama gra ‘Mastersów’, którzy wygrali seta do 14, ale próżno tu było mówić o jakimkolwiek szczęściu. Bądź co bądź – we wtorkowy wieczór zawiedli.
Kraken – MiszMasz 2-1 (21-19; 21-19; 14-21)
Całkiem poważnie zastanawiamy się, czy da się utrzymać w lidze, przegrywając wszystkie spotkania w stosunku 1-2. Ok – jakieś odstępstwo od tego było. Nie tak dawno zespół Rafała Wróblewskiego wygrał przecież, a jakże – po podziale punktów z drużyną Stay Win. Wtorkowe spotkanie z Krakenem to jednak już szósta porażka w sezonie MiszMaszu i co ciekawe – kiedy ci przegrywali, za każdym razem odbywało się to na tych samych zasadach – w stosunku 1-2. Warto przy tym zauważyć, że w meczu było stosunkowo blisko niespodzianki. Od samego początku MiszMasz podszedł bowiem do spotkania z faworyzowanym rywalem bez jakichkolwiek kompleksów. Na półmetku pierwszego seta mieliśmy remis po 13. Kraken dopiero po chwili ‘przełamał’ przeciwnika i po atakach Volodymyra Krolenko wysunął się na dwupunktowe prowadzenie (16-14), które w ostatecznym rozrachunku zapewniło im pierwszy punkt w meczu (21-19). Choć wynik środkowej partii był taki sam, to jednak obraz gry się istotnie różnił. Po dwóch skutecznych atakach Igora Kopcia to gracze w zielonych strojach zdawali się mieć autostradę do wygrania środkowej partii. Pod koniec seta prowadzili bowiem 18-16. Niestety dla siebie – po chwili popełnili dwa niewymuszone błędy, po których Kraken odzyskał swoje ‘momentum’ i finalnie zdołał sprzątnąć punkt rywalom sprzed nosa (21-19). To, co nie udało się MiszMaszowi w dwóch pierwszych odsłonach, udało się wreszcie w finałowej partii. Choć lepiej rozpoczął Kraken (9-7), to po punktach duetu Anton Klios oraz Andrzej Lubański MiszMasz wysunął się na pięciopunktowe prowadzenie (16-11), które z czasem jeszcze powiększył (21-14). Zdobyty jeden punkt nie zmienia jednak postaci rzeczy, że MiszMasz może czuć po tym meczu pewien niedosyt.
Stay Win – Team Spontan 1-2 (22-24; 22-24; 21-19)
Już na przedmeczowej rozgrzewce zorientowaliśmy się, że nie będzie to ‘standardowe spotkanie’. W szeregach Spontana brakowało bowiem dwóch kluczowych graczy – Mateusza Skwarca oraz Damiana Urbanowicza. O ile przed spotkaniem byliśmy pewni, że ‘Spontaniczni’ zgarną trzy oczka, tak z czasem ta pewność ewoluowała w wielką wątpliwość. Ta została spotęgowana już na początku spotkania, gdzie Stay Win na tle renomowanego rywala, prezentował się bardzo dobrze. Ależ to była gra, ależ to była walka. Wielokrotnie w obecnym sezonie podkreślaliśmy, że Stay Win ma w obecnej kampanii mniej punktów, niż na to zasługuje. Serio – team Tomka Bobcowa gra w naszym odczuciu wyraźnie lepiej niż w poprzedniej edycji. Cóż jednak z tego, gdy brakuje im odrobiny szczęścia? Pod koniec premierowej partii ‘Hotelarze’ prowadzili 20-19, ale po punktach środkowego – Mikołaja Temczyka oraz Krzysztofa Lepera, z premierowego punktu cieszyli się ‘Spontaniczni’ (24-22). Co więcej – pech nie opuszczał ekipy Stay Win, która po świetnej grze, prowadziła w środkowej partii 15-11. Dalsza część seta to jednak przebudzenie faworyta meczu, który po raz kolejny sprzątnął rywalom wygraną sprzed nosa. Szczególnie szkoda z perspektywy ‘Hotelarzy’ końcówki seta, gdzie mieli w górze sytuacyjną piłkę, ale zachowali się zbyt asekuracyjnie. Finalnie zamiast punktu – musieli oglądać przez siatkę jak z wygranej cieszyli się rywale. Niewiarygodne. Trzeci set to kolejna już próba Stay Win. Co ciekawe – w naszym odczuciu szansa na powodzenie była tu najmniejsza. Tym razem to ‘Spontaniczni’ prowadzili grę i prowadzili 16-14. Po świetnych atakach Tomasza Bobcowa w końcówce seta, Stay Win dopiął finalnie swego i zgarnął punkt z faworyzowanym rywalem. Mimo to do domu wracali oni z poczuciem niedosytu. Z tej cytryny można było wycisnąć znacznie więcej soku.
Wszystkich z 4. ligi, którym zostały do zagrania mecze z Hapagami przestrzegam, że to nie jest już stary Hapag, który (sorry) był przede wszystkim drużyną do nabijania łatwych punkcików (małych, bo duże były oczywistością). Wczoraj się z nimi męczyliśmy i mało brakowało, a stracilibyśmy seta nie dlatego, że nam zapłacili, zjedliśmy 5-dniowe kanapki lub była zła faza księżyca. Oni po prostu grali znacznie lepiej niż zwykle. Głównie dzięki dwumetrowemu ex-pierwszoligowcowi (15 punktów), ale przecież on sam sobie wystaw nie zrobił, sam nie odbierał wszystkich serwów i ataków itd.
Po trzecim secie mieliśmy w Chilli jedno wielkie uff.
Hapagi, dzięki za dobry mecz, powodzenia w reszcie sezonu.
Dzięki!!!
Powodzenia w utrzymaniu tytułu Niepokonanych w tym sezonie 😉
Hapag to najlepsza ekipa 4 ligi.