Czytając zapowiedzi przedmeczowe, ‘Wataha’ mogła jechać na halę Ergo Arena nieco przestraszona. Wszystko za sprawą tego, że zdążyliśmy wspomnieć o ich problemach kadrowych, a na dodatek podkreślić, że bardzo duża część ligowców to właśnie ich uważa za jednego z kandydatów do spadku. Cóż – pierwszy mecz, a raczej wynik spotkania się w tę narrację wpisywał. Z samą grą nie było jednak tak źle, o czym za chwilę. Kiedyś już o tym wspominaliśmy, ale gdybanie ma to do siebie, że jest niemierzalne. No więc, idąc tym tropem – gdyby nie przespany początek pierwszego seta, ‘Wolves Volley’ mogliby się pokusić o co najmniej jeden punkt. Mecz zaczął się bowiem wybornie dla MiszMaszu, który po ataku Mateusza Berbeki prowadził już 11-6. Z czasem Wolves się odkręcili i zdołali doprowadzić do stanu po 20. W końcówce więcej szczęścia mieli jednak gracze MiszMaszu, którzy po asie serwisowym powracającego do składu Macieja Siacha – wygrali do 21. Mecz miał to do siebie, że im dłużej trwał, tym mniejsze budził emocje. W pierwszym było najciekawiej, a w trzecim najnudniej. Druga odsłona była czymś pośrednim i przez długi fragment podobnym do pierwszej odsłony. Zaczęło się od mocnego uderzenia MiszMaszu, po którym team Michała Grymuzy miał przewagę ośmiu punktów (15-7). Choć w dalszej części MiszMasz usilnie próbował popsuć to, co udało im się zbudować, to finalnie wygrali tę partię do 18. W trzecim secie emocji jak na grzybobraniu. Choć Wolves Volley zaczęli seta od prowadzenia 10-8, to w dalszej części ex-trzecioligowiec się spiął i finalnie wygrał seta do 16, a cały mecz 3-0.
Liga: Trzecia Liga - Jesień 2024
Osada Truso – Tiger Team
Choć w naszym odczuciu miało to być spotkanie, w którym dysproporcja pomiędzy drużynami będzie ogromna, to w rzeczywistości różnice te się dość mocno zatarły. Premierowa odsłona rozpoczęła się co prawda dość szablonowo – od wysokiego prowadzenia ‘Osadników’. Po atakach Grzegorza Myślińskiego oraz Dawida Strzyżewskiego, prowadzili oni 13-6 i po chwili cieszyli się z pierwszego punktu w meczu (21-17). Drugi set to dobra dyspozycja Tigera, który na półmetku seta prowadził równorzędną walkę z przeciwnikiem. Kto wie, jak potoczyłyby się losy tej partii, gdyby drużyna zamiast na grze nie musiała skupiać się na niesnaskach wewnątrz drużyny, których byliśmy świadkami. Tak czy siak, Tiger trzymał się dzielnie do momentu, w którym na tablicy wyników było po 16. Końcówka seta to jednak turbodoładowanie Osady, która podobnie jak w pierwszym secie, wygrała do 17. Zdecydowanie najwięcej działo się jednak w ostatniej partii. Po atakach największego kota w drużynie Tiger Team – Tadeusza Jakubczyka, zespół ‘Tygrysów’ objął wysokie prowadzenie (11-6). Od połowy seta Osada rzuciła się do odrabiania strat i choć Tiger dzielnie się bronił, to zespoły zrównały się liczbą punktów przy stanie po 19. W końcówce Tiger miał co prawda piłkę setową, ale finalnie Osada wyszła z opresji obronną ręką. Nie zmienia to jednak postaci rzeczy, że spodziewaliśmy się nieco innego obrazu gry.
Osada Truso – Kraken
Kiedy w środowy poranek na stronę sl3.com.pl wrzucaliśmy zapowiedzi przedmeczowe, to nie mieliśmy wiedzy na temat problemów, z którymi będą borykać się gracze Osady Truso. Wiemy, że nie dotyczy to stricte wydarzeń związanych z SL3, ale warto zaznaczyć, że dwóch zawodników Osady pojechało na południe Polski, pomagać w trudnej sytuacji związanej z powodzią. Szacuneczek. W związku z tym, Osada musiała nieco poimprowizować. A to dodali dwóch graczy do składu (Łukasz Nejdrowski oraz Igor Skibiak), a to pozamieniali się pozycjami. Tak czy siak, drużynie z Elbląga nie przeszkodziło to w rozegraniu dobrego pierwszego seta i w konsekwencji ogrania dobrze zorganizowanego rywala. Ważnym momentem pierwszej partii były trzy skuteczne ataki Kamila Dobosza, po których Osada odskoczyła rywalom na pięć oczek (12-7). Mimo, że z czasem Kraken zdołał doprowadzić do wyrównania po 16, to końcowa faza należała już do drużyny występującej w delegacji, która po atakach Grzegorza Myślińskiego oraz Jakuba Chabrosa, wygrała do 17. Środkowa odsłona to najciekawsza partia w meczu. Przez długi czas to Kraken miał inicjatywę i po dwóch punktach Aliaksandra Trushyna, prowadzili 14-9. Z czasem w dobre tryby Krakena wdarł się jednak piasek i dobrze pracująca maszyna zaczęła szwankować (16-16). Końcowa faza seta to wyrównana gra obu drużyn, choć trzeba uczciwie przyznać, że był to fragment, gdzie obserwowaliśmy sporo błędów po obu stronach siatki. Finalnie, w końcówce więcej zimnej krwi zachowali gracze z Elbląga, którzy wygrali do 20. W trzeciej odsłonie wydawało się, że Osada idzie po pełną pulę. Po dobrym fragmencie przyjmujących, prowadzili bowiem 10-6. Po chwili cały zespół zaczął popełniać taśmowo błędy i po chwili na prowadzeniu byli już gracze zza wschodniej granicy (17-14), którzy swojej szansy już nie zmarnowali (21-16).
Oliwa Team – BL Volley
Dawno nie mieliśmy takiego problemu z tym, by wskazać faworyta poniedziałkowego starcia pomiędzy Oliwą, a BL Volley. Tak się bowiem składa, że zarówno za jednymi, jak i drugimi przemawiało sporo rzeczowych argumentów. Ostatecznie, mimo trzech porażek na inaugurację, uznaliśmy, że to BL Volley jest faworytem meczu. Od pierwszego gwizdka sędziego, kibice na trybunach oraz widzowie na transmisji live nie mogli zbytnio narzekać. Obserwowaliśmy bowiem wyrównaną i dość dobrą jakościową siatkówkę. Warto podkreślić, że pierwsza część seta przebiegała w myśl zasady: ‘kto przyjmuje, ten punktuje’ (12-12). Jako pierwsi swojego rywala ‘przełamali’ gracze BL Volley, którzy bardziej szanowali każdą z piłek. W Oliwie było z kolei zbyt dużo nonszalancji, a to z kolei sprawiło, że team Wojciecha Strychalskiego wygrał tę partię do 17. Środkowa odsłona to do pewnego momentu, bardzo podobny obraz gry. Na półmetku tej partii było bowiem po 10. W odróżnieniu od premierowego seta, tym razem to Oliwa Team stanęła na wysokości zadania i gracze Adama Wyrzykowskiego wykorzystali problemy w przyjęciu swoich rywali, wygrywając finalnie do 14. O zwycięstwie musiał zadecydować trzeci set, który umówmy się – wybitnym widowiskiem nie był. Chaos, który mogliśmy obserwować przez niemal całą partię, zaprowadził nas do stanu po 17. W końcówce trzy błędy z rzędu popełnili gracze Oliwy, a to z kolei sprawiło, że BL cieszył się z pierwszej wygranej w sezonie Jesień’24.
Bayer Gdańsk – Czerepachy Volley
Oj, poniedziałkowy wieczór był tym, w którym faworyci zawodzili. Tak było z pięciokrotnym Mistrzem SL3 – Merkurym, który niespodziewanie przegrał mecz z beniaminkiem – Szach-Matem. Tak było również w meczu ex-pierwszoligowca – MPS Volley w konfrontacji ze Złomowcem Gdańsk. Nie inaczej było w starciu, w którym Challengers rozbili za komplet punktów Volley Gdańsk. Piszemy o tym teraz, ponieważ Czerepachy Volley mają to wszystko w nosie. Kiedy trzeba opędzlować rywala to to robią i dodatkowo – nie męczą przy tym buły. Z drugiej strony trzeba uczciwie przyznać, że emocji w tych spotkaniach nie ma jednak zbyt dużo. Oczywiście nie jest to wina ‘Żółwi’, ale cóż – weryfikacja przyjdzie dopiero w drugiej lidze. A sam mecz? Połowa pierwszego seta to całkiem niezła dyspozycja ‘Aptekarzy’, którzy tracili do swoich rywali tylko dwa oczka (11-9). Z czasem machina obecnego na trybunach Dawida Gałki ruszyła i Czerepachy odskoczyli na kilka punktów, wygrywając spokojnie do 14. Jeszcze lepiej faworyzowana ekipa zaprezentowała się w środkowej odsłonie, gdzie faworyci wygrali do 11. W trzecim secie Bayer przestał wierzyć w dobry wynik. Partia ta rozpoczęła się od prowadzenia ‘Żółwi’ 6-1, po którym ‘Aptekarze’ się już nie podnieśli. Podsumowując – trzy mecze, dziewięć punktów. Kierunek na mistrza obrany!
BL Volley – Kraken
Po nieudanym meczu ze Spontanem, BL Volley przystępował do co najmniej tak samo trudnego pojedynku, co chwilę wcześniej. Tym razem rywalem ekipy Wojciecha Strychalskiego była ekipa, która w poprzednim sezonie zajęła wyższe miejsce niż Spontan i była o włos od awansu do drugiej klasy rozgrywkowej. To, że team z Ukrainy radzi sobie bardzo dobrze zobaczyliśmy już od pierwszych minut spotkania. ‘Bestia’ na półmetku premierowego seta wypracowała sobie bowiem pięciopunktową zaliczkę (12-7). Z czasem zespół Jurija Charczuka nie zwalniał i po kilku skutecznych akcjach Aliaksandra Trushyna, Kraken wygrał do 13. W drugim secie byliśmy świadkami przebudzenia zespołu ‘Tygrysów’, który nie dość, że imponował w obronie, to na dodatek sam kąsał swoich rywali skuteczną zagrywką. Choć na początku seta lepiej wiodło się Krakenowi (12-8), to elementy, o których wspomnieliśmy sprawiły, że po ataku Damiana Chojnackiego, to gracze w biało-pomarańczowych barwach cieszyli się z wygranej seta (21-18). Ostatni rozdział czwartkowego spotkania to wyraźnie lepsza gra Krakena, który po asie serwisowym specjalisty w tym zakresie – Antona Hukasova, objęli prowadzenie 10-6. W dalszej części mieliśmy powtórkę tego, co oglądaliśmy w pierwszej odsłonie. Kilka punktów bardzo dobrze dysponowanego Aliaksandra Trushyna, która dała Krakenowi pewną wygraną do 15, a całego meczu 2-1. Dzięki zwycięstwu Kraken wspiął się w górę ligowej układanki. A BL Volley? Cóż, po trzech spotkaniach mają trzy porażki. To o zaledwie jedną mniej niż przez cały poprzedni sezon, a przecież nie mamy jeszcze połowy września.
BL Volley – Team Spontan
Po świetnej inauguracji sezonu, Team Spontan przystępował do trzeciego spotkania w edycji Jesień’24. Tym razem rywalem ekipy Piotra Raczyńskiego była czwarta drużyna grupy A w poprzednim sezonie. Choć w naszych oczach to Spontan był faworytem, to spotkanie rozpoczęło się zdecydowanie lepiej dla zespołu Wojciecha Strychalskiego. Nim się obejrzeliśmy ‘Tygrysy’ po ataku Bartosza Zdunka, prowadzili już 10-4! To, co mogło się podobać w grze biało-pomarańczowych to dobra gra w obronie i asekuracji, a to z kolei sprawiało, że Spontan miał problemy z tym by wbić się w parkiet (14-9). Choć z czasem ‘Spontaniczni’ wzięli się do roboty i zniwelowali stratę do dwóch punktów (15-13), to ostatnie słowo należało już do zespołu Wojciecha Strychalskiego (21-17). Środkowa odsłona to zupełny zwrot akcji. Choć partia ta rozpoczęła się od wyrównanej gry (6-6), to w dalszej części seta gracze BL zaczęli popełniać mnóstwo błędów, po których ich gra posypała się jak domek z kart. W ostatnim secie emocji niestety jak na lekarstwo. Nie jest to rzecz jasna zarzut do Spontana, bo po przespanym początku złapali oni wiatr w żagle. Zarzut jest bardziej do ekipy BEZ LIPY, bo niestety lipy było i to mnóstwo. Co ciekawe, kiedy BL przegrywał już kilkoma punktami to zarówno w drugim, jak i trzecim secie nie podjęli nawet prób odwrócenia losów rywalizacji. Ech, nie wyglądało to zbyt dobrze. Powtórzenie wyniku z poprzedniego sezonu wydaje się być zadaniem arcytrudnym.
ACTIVNI Gdańsk – Czerepachy Volley
Cóż, obstawienie wyniku tego spotkania nie było zadaniem przesadnie trudnym. Ostatnio podobnie mocno główkowaliśmy się w momencie, kiedy dodawaliśmy 2+2. Pisząc precyzyjniej – wynik zawodów był znany dla wszystkich, łącznie z największymi szaleńcami i wyznawcami teorii spiskowych. Miało być 3-0, no i było. Miała być wyraźna przewaga, no i była. To, co nas jednak zaskoczyło to fakt, że ACTIVNI tak słabo radzili sobie w przyjęciu. Poza jakimiś ekstremalnymi przypadkami jak Pekabex w poprzednim sezonie, to nie przypominamy sobie meczu, w którym na którejś z drużyn, inna robi 14 asów serwisowych. Niebywałe. Dla porównania o jakiej przepaści mówimy podamy tylko, że ACTIVNI nie mieli ani jednego asa. W innych elementach też to ‘żółwie’ mieli wyraźną przewagę. Pierwszy set? Bez historii podobnie zresztą jak drugi. Wygrała po prostu drużyna, która dominowała na każdej płaszczyźnie. W trzecim secie mieliśmy wreszcie namiastkę ‘normalnego meczu’. Do połowy seta ACTIVNI dotrzymywali tempa swoim rywalom, którzy prowadzili zaledwie dwoma oczkami. Dalsza część seta to jednak scenariusz, w którym Czerepachy miały wyraźną przewagę, która finalnie dała im wygraną do 16. Słówko pocieszenia dla ACTIVNYCH? Najgorsze mają już chyba za sobą. A co do ekipy w zielonych strojach, wszystko idzie zgodnie z planem. Niedługo widzimy się w drugiej lidze.
ACTIVNI Gdańsk – Kraken
Czas jest czymś bardzo ważnym w sporcie. Czas na zaleczenie ran po odejściu ponad połowy składu w ACTIVNYCH. Czas na zgranie z nowymi zawodnikami, których pozostała część zespołu poznała tuż przed meczem. No i wreszcie czas na lepsze wyniki, które pewnie przyjdą, ale na nie będzie trzeba jeszcze poczekać. Tak jak pisaliśmy w zapowiedziach – to Kraken był faworytem spotkania. W naszych oczach mieli oni wystarczająco dużo czasu by się doskonale zgrać i wyznaczyć wspólny kierunek. Pokazał to pierwszy set, w którym organizacja gry stała zdecydowanie po stronie ‘Bestii’. Jeśli chodzi o ACTIVNYCH, to może nie był to chaos, ale nieład był zauważalny gołym okiem. Wynik nie mógł być zatem inny (21-13). Środkowa odsłona to set, w którym Kraken nie zamierzał zwalniać nogi z pedału gazu. Widząc, że ACTIVNI mają dużo problemów na wielu płaszczyznach, rozpoczęli od mocnego uderzenia i po atakach Maksima Miklashevicha, objęli prowadzenie 8-2. Dalsza część seta to kontynuacja mordobicia, w którym po asach serwisowych Dmytro Hurtovyia było 19-8! Kiedy zanosiło się na to, że ACTIVNI nie wyjdą ‘z dyszki’, zespół Artura Kurkowskiego się nieco ogarnął i skończył z dorobkiem 14 punktów. Ostatni set to zwrot akcji, którego się nie spodziewaliśmy. Po ataku Jakuba Kwiatkowskiego, ACTIVNI prowadzili 10-7. Mimo to, Kraken zdołał doprowadzić do wyrównania po 12 i walka punkt za punkt trwała do stanu po 17. Ostatnie słowo w secie należało do drużyny Artura Kurkowskiego, która zdobyła cztery ostatnie punkty w tej odsłonie i zgarnęła ‘nagrodę pocieszenia’.
MiszMasz – Maritex
Napisać, że był to dziwny mecz to nic nie napisać. No bo jak wytłumaczyć to, że Maritex wygrywa pierwszego seta do 13, drugiego przegrywa do 11, a trzeciego ponownie wygrywa do 12? To samo, tyle, że na odwrót można napisać o MiszMaszu. Cóż – trzecia liga – styl życia. Tak jak wspominaliśmy w zapowiedziach, niegdyś obie ekipy rywalizowały w drugiej lidze. Dobre czasy się jednak skończyły i oba teamy wpadły do trzecioligowego piekiełka. Do bezpośredniego spotkania, w lepszych nastrojach przystępowali gracze MiszMaszu, którzy wygrali za komplet punktów z Tiger Team. Wiecie jak to jest, jak się świętuje zbyt długo i zbyt hucznie to po pewnym czasie jest się niemrawym, a na dodatek boli głowa. Oj tak, MiszMasz wyglądał w pierwszym secie, jakby grał na giga-kacu. Choć zaczęło się dość niewinnie (8-6), to po gwoździu Jakuba Wierzejskiego, Maritex prowadził już 17-9 i po chwili cieszył się z pierwszego punktu w meczu. Tym razem to oni się zbyt mocno podjarali, bo parafrazując słowa Felka Andrzejczaka – Maritex nie był już sobą, o nie. MiszMasz zagrał z kolei lepiej w obronie, nie popełniał durnych błędów, miał lepszą skuteczność w ataku i w konsekwencji wygrał do 11. Trzeci set dziwacznego spotkania to ponowne ‘przełożenie wajchy’ na korzyść teamu Michała Pietrasika. Wracając do tego, co napisaliśmy. Mecz był dziwaczny również z tego względu, że w trzeciej partii, gracze Michała Grymuzy postanowili zabawić się w chowanego. Szło im to na tyle dobrze, że serio – bardzo często nie widzieliśmy ich obecności na parkiecie. Ostatecznie partia ta zakończyła się zwycięstwem Maritexu do 12, a całego meczu 2-1.