Sezon: Wiosna 2024

Craftvena – Team Spontan

Nie będziemy Was czarować. W naszym odczuciu Craftvena ani przez chwilę nie była w naszych oczach faworytem starcia. Cóż. Rozważamy czy nie wygryźć z interesu wróżkę z sopockiego monciaka. Było dokładnie tak, jak się spodziewaliśmy. Chwilę po pierwszym gwizdku sędziego, gracze w pomarańczowych strojach udowodnili, że stawianie ich w roli faworyta nie było błędem. Po skutecznym bloku powracającego do składu Janka Kostrowickiego, Team Spontan objął prowadzenie 7-3. W dalszej części, co tu dużo mówić – emocji było jak na lekarstwo i po serii bloków oraz ataków Piota Skowrońskiego, stało się jasne, która z drużyn wygra seta (17-11). Środkowa odsłona zaczęła się od dość nieoczekiwanego zwrotu akcji, w którym to Craftvena rozdawała karty. Po dwóch błędach z rzędu, gracze w czarnych strojach odskoczyli na 10-6 i byli na dobrej drodze do wygrania partii. Spontanowi można zarzucić sporo grzechów, ale na pewno nie to, że nie próbują odwrócić nieciekawej sytuacji. W połowie seta, zespół Piotra Raczyńskiego się ogarnął i to oni prowadzili po chwilę 13-12. Dalsza część partii to kompletny przestój Craftveny, która finalnie ugrała w tej odsłonie piętnaście oczek. Trzeci set rozpoczął się dramatycznie. Kiedy uznaliśmy, że limit pecha na obecny sezon się wyczerpał, przyjmujący Craftveny – Krzysztof Lewandowski upadł niefortunnie i miało to konsekwencje w postaci kontuzji stawu skokowego. Mimo tej dramaturgii, w dalszej części seta, Craftvena prezentowała się naprawdę solidnie i w połowie partii traciła do faworyzowanego rywala zaledwie jedno oczko (10-9). Dalsza część to jednak przewaga ‘Spontanicznych’ i wygrana seta do 16, a całego meczu w stosunku 3-0.

Challengers – Volley Surprise

Wiecie co jest najbardziej przerażające w drużynie Volley Surprise? Nie, nie chodzi o wyniki. Nie chodzi nawet o spadek z drugiej do trzeciej ligi i ryzyko dalszego regresu. Najgorsze i najsmutniejsze jest to, że z drużyny Macieja Siacha uleciała radość gry. Możecie w to wierzyć lub nie, ale niegdyś będąc na boisku numer 1, każdy wiedział, że na boisku nr 3 Volley zdobył punkt. Radość, pasja, zabawa, integracja. Tak właśnie było. Tak już nie jest. Czy jeszcze będzie? Cóż, miejmy nadzieje. Co do samego spotkania to zaskoczeń nie było. Rozpędzona ekipa Challengers nie dała najmniejszych szans swoim rywalom i wygrała poszczególne sety do 11, ponownie 11 oraz 13. Warto podkreślić fakt, że w całym spotkaniu nie było ani jednego momentu, w którym przeszła nam myśl, że mogłoby być inaczej. Swoją moc czuła również ekipa Challengers, która imponowała w każdym elemencie siatkarskiego rzemiosła. Przewaga w ataku, zagrywce czy bloku. Niezliczona liczba obron i skutecznych kontr. Po wygranej za komplet punktów, team w granatowo-różowych strojach ma komplet 18 punktów i co ciekawe pozostają jedyną drużyną spośród 46 ekip w lidze, która jak do tej pory nie przegrała ani jednego seta. Jest naprawdę doskonale. Oj, nie możemy doczekać się spotkań z wielkimi rywalami. Te zbliżają się nieubłaganie.

Hapag-Lloyd – APV Gdańsk

Zestawienie ze sobą obu drużyn sprawiło, że liczba zespołów bez zwycięstw na koncie musiała siłą rzeczy stopnieć o jedną ekipę. W naszych oczach faworytem spotkania była drużyna APV i sytuacji nie zmieniał tu fakt ich niezbyt dobrej formy w ostatnim okresie. Wątpliwości co do dyspozycji teamu Grzegorza Żyły-Stawarskiego mieli również typerzy w aplikacji SL3, którzy w bardzo dużej części wskazywali na to, że Hapag-Lloyd zdobędzie pierwszy punkt w sezonie. Pomysł ten spodobał się graczom w pomarańczowych trykotach, którzy na półmetku pierwszego seta przegrywali z rywalami zaledwie jednym punktem (11-10). Niestety – im dalej w las, tym było gorzej. Po dość szarpanym fragmencie gry, w którym obie drużyny popełniały sporo błędów, APV w kryzysowej sytuacji zareagowali wyraźnie lepiej i pod koniec seta prowadzili 18-13. Pięciopunktowa zaliczka pozwoliła im po chwili docisnąć pedał gazu i cieszyć się z pierwszego punktu w meczu (21-14). Środkowa odsłona to wypisz wymaluj to, co oglądaliśmy w pierwszej odsłonie. Pierwsza część seta to wynik 11-10 dla APV i kurczę, zastanawiamy się co w takich momentach dzieje się w głowach ‘Logistyków’. Kto wie, być może są oni dość nieśmiali i uznają, że na premierowy punkt w tabeli jeszcze za wcześnie? Tu mały tip – nikt tego za Was nie zrobi. W SL3 trzeba być zuchwałym i nienasyconym. Kiedy bowiem rywal widzi, że nie macie parcia na punkt, to mimo wyrównanej gry to zawsze ci drudzy wygrają. Nie inaczej było i tym razem. Zdecydowanie bardziej zdeterminowana ekipa APV wygrała tę partię do 13. Ostatni set to inna historia, w której gracze ze skrzydłami w logo błyskawicznie objęli prowadzenie 9-5, które w dalszej części tylko powiększali. Finalnie skończyło się na wyniku 21-12, a cały mecz, cennym zwycięstwem APV w stosunku 3-0.

Volley Surprise – ACTIVNI Gdańsk

Choć nie jest to najbardziej fortunne porównanie w naszym życiu to jednak nic innego nie przychodzi nam aktualnie do głowy. Często z poważną chorobą bywa tak, że ta rozwija się w naszym organizmie niezauważona. Dopiero z czasem daje subtelne symptomy, które początkowo są bagatelizowane. Coś mnie boli? E tam, zaraz przejdzie. Nie mam czasu iść do lekarza. Ogarnę to niebawem. Kiedy chory decyduje się udać do lekarza często jego stan jest już bardzo kiepski. W tym wstępie nawiązujemy rzecz jasna do sytuacji Volley Surprise, u której szukając przyczyn obecnego stanu rzeczy, powinniśmy cofnąć się w czasie o kilkanaście miesięcy. Od wspomnianego czasu drużyna Volley Surprise gra coraz gorzej i niestety wygląda to tak, że mogą spaść do czwartej ligi, co brzmi wręcz nieprawdopodobnie. W czwartkowy wieczór team w żółto-czarnych strojach był zaledwie tłem dla ACTIVNYCH. Gracze Artura Kurkowskiego rozpoczęli mecz z bardzo ‘wysokiego C’. Już na półmetku pierwszego seta, brązowi medaliści poprzedniego sezonu, prowadzili 13-5. Pod koniec partii ACTIVNI prowadzili 18-10, ale w końcówce odsłony zaciągnęli hamulec ręczny, a to z kolei sprawiło, że Volley zniwelował nieco straty (21-17). Środkowa partia to wreszcie namiastka spotkania, którego oczekiwali kibice. Po bardzo dobrej akcji obu drużyn zakończonej atakiem Kacpra Kwiatkowskiego, na tablicy wyników mieliśmy remis po 14. Niestety. W dalszej części seta Volley Surprise zanotował spory przestój, który uniemożliwił zrobienie im przejścia. Efekt był taki, że po serii punktów ACTIVNYCH, cieszyli się oni z drugiego punktu w meczu. Niemoc Surprise była tak wielka, że w ostatnim secie nie byli oni nawet blisko do tego, by podjąć z ACTIVNYMI jakąkolwiek walkę. Ba, do wspomnianej walki było cholernie daleko. ACTIVNI wygrali tę partię do 10, a cały mecz w stosunku 3-0. Dzięki temu wskakują w ligowej tabeli na wysokie czwarte miejsce.

Challengers – Pekabex

Dla Challengersów, mecz z Pekabexem był doskonałą okazją do poprawienia swojej lokaty w ligowej tabeli. Wszystko wskazywało bowiem na to, że team Wojciecha Lewińskiego sięgnie w czwartek po komplet oczek. Tu mały spoiler – oczywiście, że się tak stało. Mecz spełniał jeszcze inne ważne zadania. Dla przykładu, był dobrą okazją do tego, by spróbować ułożyć go w ten sposób by ex-ligowiec Mariusz Kuczko zapisał się na kartach historii SL3 i pobił rekord liczby zdobytych punktów w meczu. Mimo, że koledzy z Krystianem Kempińskim na czele starali się jak mogli by w tej kwestii pomóc, to wspomniany atakujący zdobył ‘zaledwie’ 24 oczka. To oznaczało z kolei, że do wyrównania rekordu wszechczasów, zabrakło mu trzech oczek, co jest wynikiem zarówno małym, jak i dużym. Tak czy siak, występ Mariusza jest jednym z 13 spotkań spośród 2300, w których jeden z graczy osiągnął 24 lub więcej punktów. Ostatnim istotnym aspektem dla Challengersów było to, że mogli oni rozgrzać się przed teoretycznie trudniejszym rywalem, którym miała być ekipa Volley Surprise. Jeśli chodzi o samo spotkanie, to ‘biało-zielonych’ należy pochwalić w szczególności za pierwszą partię, w której byli o włos od tego, by sięgnąć po dziesięć oczek. Całkiem nieźle było również w kilku fragmentach w drugim secie, gdzie Pekabex miał z faworyzowanym rywalem kilka ciekawych wymian. Ostatecznie partia ta, skończyła się jednak wysokim zwycięstwem teamu Wojciecha Lewińskiego. Nie inaczej było i w trzeciej odsłonie, która finalnie zakończyła się wynikiem 21-5. Mimo dotkliwej porażki, gracze Pekabex mogli wracać do domu w niezłych nastrojach. Wiadomym było to, że seta nie wygrają, ale co rusz team w biało-zielonych barwach zbiera nowe, cenne doświadczenie. W czwartkowy wieczór było się od kogo uczyć.

Bossman Team – AIP

Oj, dawno nie oglądaliśmy tak dziwnego spotkania. Pierwszy set rywalizacji wyglądał bowiem tak jak spotkania przybyszy z innych galaktyk w animowanym filmie ‘Kosmiczny mecz’. Dysproporcja pomiędzy turystami z kosmosu (Bossman) a niezbyt ogarniętymi mieszkańcami ziemi (AiP) była w pierwszej odsłonie PRZYTŁACZAJĄCA. Podczas gdy tym pierwszym szło wszystko, drużynie AIP nie szło nic. Serio. Gdyby w pierwszym secie, któryś z graczy Adriana Ossowskiego postanowił podłubać sobie w nosie to prawdopodobnie wybiłby sobie oko. Przykładów można mnożyć, ale doprawdy – to była niebywale śmierdząca kupa. Choć trudno w to uwierzyć, pod koniec seta było już 19-8 dla BOSSmana. Jako pierwszemu taki stan rzeczy nie spodobał się atakerowi AIP – Mariuszowi Seroce, który zasadniczo nie miał nic do stracenia i w końcówce seta postanowił rozstrzelać rywali mocną zagrywką. Efekt? Kiedy ktoś spojrzy na wynik to nie oglądając zawodów może odnieść wrażenie, że AIP coś tam grało. Cóż, nie grali ani w pierwszym, ani drugim secie. Środkowa partia to przewaga beniaminka rozgrywek, który parł po swoje i wygrał tę odsłonę do 14. Na początku zapowiedzi wspomnieliśmy o kosmicznym meczu i tym jak w początkowych fazach gracze Looney Tunes byli upokarzani. Pamiętacie jak skończyło się w tamtym meczu? Jeśli nie – służymy pomocą. Animki chcąc uniknąć porwania na inną planetę włączyły tryb ‘TERA ALBO KUR*A NIGDY’ i od początku trzeciej partii byli już inną drużyną. Choć KOKSY robiły wszystko, co w ich mocy to w trzeciej partii karta sprzyjała drużynie w fioletowych strojach. Ostatecznie AIP wygrał tę partię do 16 i choć przesadnie mu nie szło, to zdobył cenny punkt do ligowej tabeli.

Eko-Hurt – MPS Volley

Czy w Siatkarskiej Lidze Trójmiasta jest ktoś kto może powstrzymać Eko-Hurt? Ależ kozacko to wygląda. Wiecie co jest miarą wielkich drużyn? Ano to, że nawet jeśli nie grają oni super zawodów to i tak są w stanie zdobywać komplety punktów. Ileż to razy oglądaliśmy bowiem sytuację, w której o mistrzostwie decydowały cholerne sety, w których drużyny nie potrafiły zachować koncentracji. Ba, od początku sezonu tak było również w Eko-Hurcie, ale team Konrada Gawrewicza włączył jakiś czas temu super tajny przycisk, który na jakiś czas sprawia, że stają się oni ‘nieśmiertelni’. Czy do końca sezonu? Cóż, przekonamy się niebawem, ale aktualnie Eko-Hurt jest Maxem Verstappenem Siatkarskiej Ligi Trójmiasta. Jest kozakiem. Sam mecz? Tak jak wspomnieliśmy, nie obył się bez problemów. W pierwszym secie po skutecznej zagrze Wojtka Ingielewicza, na tablicy wyników było już 17-13 dla Eko-Hurtu. Po chwili, serią kilku punktów z rzędu popisali się Miłośnicy Piłki Siatkowej i przewaga faworyzowanej ekipy, stopniała do jednego punktu (18-17). Końcówka to jednak postawienie kropki nad ‘i’. Środkowa odsłona to bodajże najmniej emocjonująca partia w meczu. W telegraficznym skrócie – Eko-Hurt kontrolowali przebieg i wygrali do 16. Emocji nie brakowało za to w ostatniej odsłonie, która do pewnego czasu wyglądała idealnie dla Mistrzów SL3. Po bloku Kacpra Buczkowskiego, Eko-Hurt prowadził bowiem 13-11. Druga część seta to jednak dobra gra MPS, który postanowił powalczyć o cenny punkt. W końcówce partii wynik wynosił 20-20 i sprawa wygranej pozostawała kwestią otwartą. Ostatecznie po ataku Wojtka Ingielewicza, dla którego był to dokładnie punkt nr 1135 w SL3, Eko-Hurt cieszyło się z trzech oczek.

BL Volley – Drużyna A

Oddając ‘Typ Redakcji’ braliśmy pod uwagę fakt, że BL Volley był w obecnym sezonie drużyną ‘zero-jedynkową’. Jeśli wygrywali to za komplet punktów. Jeśli zaś przegrywali to również nie udawało im się sięgnąć po choćby jeden punkt. Wyjątkiem od tej reguły było ostatnie spotkanie, w którym ‘Tygrysy’ mierzyły się z BES Boys BLUM. Mecz z Drużyną A miał być powrotem do utartego schematu i to dodatkowo do jej szczęśliwej części. Początek spotkania nie wskazywał na to, że będzie to dla drużyny Wojciecha Strychalskiego łatwa przeprawa. Choć wynik na tablicy wskazywał 8-8 to należy zauważyć, że wynikało to raczej ze sporej liczby błędów Drużyny A, a nie wyrównanej walki, w której obie drużyny walczą punkt za punkt. Kiedy wydawało się, że team Karola Majkowskiego jest w stanie zaskoczyć swojego rywala w pierwszej odsłonie to zaskoczyli bardziej siebie oraz wszystkie osoby oglądające spotkanie. Szanowni Państwo, na półmetku seta, ktoś z niewyjaśnionych przyczyn wyciągnął Drużynie A wtyczkę z prądem i dopiero pod koniec partii udało im się zrobić przejście. Te oczywiście nic im już nie dało. Środkowa partia to set, w którym gracze w czarnych strojach przestali wreszcie popełniać niezliczoną ilość błędów. Efekt był taki, że to właśnie ‘underdog’ przejął inicjatywę w tej odsłonie i na półmetku seta prowadził 9-6. W dalszej części, drużynie BL Volley brakowało pomysłu na sforsowanie zasieków rywali. Dodatkowo, co rusz narażali się oni na skuteczne kontry, bloki czy zagrywkę. Wynik 17-9 mógł szokować, ale tylko osoby, które nie oglądały spotkania na żywo. Ostatecznie partia ta zakończyła się wynikiem 21-13, co oznaczało, że o zwycięstwie w meczu zadecyduje trzeci set. Ten rozpoczął się od tego, co oglądaliśmy w pierwszej odsłonie czyli błędów Drużyny A, które zaprowadziły nas do stanu 10-5 dla faworyzowanej ekipy. O tym, że element, który podkreślamy nie jest wymyślony z czterech liter świadczy fakt, że w całym meczu BL zdobył 19 punktów po ataku i jest to wynik najgorszy ze wszystkich drużyn, które zagrały w środowy wieczór. Żeby nie było, że atakujemy tylko jednych to dla odmiany – Drużyna A popełniła najwięcej błędów. Cóż, równowaga, o której wspominamy sprawiła, że choć ‘Tygrysy’ się nie napociły, to finalnie trzeci set padł ich łupem (21-17).

Bossman Team – Old Boys

Porażka Bossmana z minionego sezonu z Old Boysami z całą pewnością siedziała w głowach drużyny Jakuba Kłobuckiego. Gdyby nie tamten mecz, to wygraliby oni zmagania w drugiej lidze bez ani jednej przegranej na koncie. Oczywiście nie ma co gdybać, czasu się nie cofnie, ale tak jak wspomnieliśmy – wspominana porażka była kamyczkiem w bucie, który uwierał Bossmana z każdym kolejnym krokiem. Znając już podłoże, trudno wyobrazić nam jak czuli się gracze oraz sympatycy drużyny patrząc na to jak granatowi zaprezentowali się w pierwszej odsłonie. Było kiepsko, było niemrawo, było smutno, a do tego ‘Gulanik’ niemalże milczał. Nie grało nic. Nie było Bossmanowo i parafrazując zapowiedzi na fanpage’u ‘Granatowych’ to nie była środa, w którym ‘Kuba Wam info poda’, tylko to była środa – kłoda. Było sucho jak w tartaku. Dobra, każdy już załapał. Mając tak dysponowanego rywala, Old Boysom nie pozostawało nic tylko to wykorzystać, co też należy umieć zrobić. Po świetnej grze w bloku graczy z Pruszcza Gdańskiego oraz braku asekuracji u ‘Drzewiarzy’, prowadzenie Old Boys wynosiło już 17-10,a to rzecz jasna oznaczało koniec seta. Druga odsłona to set nie ‘Drzewiarzy’, a ‘Motorniczych’, którzy w przerwie pomiędzy partiami zrobili pauzę i w czasie, kiedy pasażerowie czekali na kolejny przystanek, ci przestawili zwrotnice na inną grę. Precyzując – na lepszą grę. Choć pierwsza część seta była wyrównana (10-10) to im dalej zajechał tramwaj w granatowych barwach, tym było coraz lepiej. Ostatecznie po kilku przystankach, ‘Motorniczy’ wcisnęli coś na konsoli przed nosem i odjechali z zawrotną prędkością w kierunku portu (21-14). Trzeci set to powrót ‘Bossmana’, który po dobiciu do portu, postanowił zabrać drużynę przeciwną w rejs dookoła zatoki. Cóż. Nierozgarnięci turyści z Pruszcza nie poinformowali Bossmana, że tak naprawdę to mają chorobę morską i jak możecie się domyślać – nie skończyło się to dla nich dobrze. W pewnym momencie, gracze występujący w delegacji tak zafajdali pokład, że wkurzony Bossman postanowił wyrzucić ich za burtę (21-13).

Kraken – Port Gdańsk

Przed spotkaniem do ekipy ‘Bestii’ dołączył ceniony na parkietach SL3 rozgrywający Anton Hukasov, co od razu zmieniło perspektywę przebiegu rywalizacji. Dodatkowo, Port pojawił się w szóstkę, a takiego obrazka nie oglądaliśmy w ich wykonaniu od dłuższego czasu. Już od pierwszego gwizdka sędziego Kraken wszedł w mecz bardzo zdecydowanie, od razu osiągając kilkupunktową przewagę (8-3), głównie dzięki błędom rywali. Kilka udanych akcji Portowców przybliżyło ich do wyrównania wyniku i nawiązania równej walki z przeciwnikami, jednak po tym zrywie znów zaczęli popełniać błędy, dzięki czemu Kraken ponownie odbudował przewagę, a nawet ją powiększył, spokojnie wygrywając seta do 12. Druga partia miała bardzo podobny przebieg do pierwszej. Ponownie ekipa zza wschodniej granicy odjechała na początku (8-4), Portowcy wyrównali na 11-11, po czym Kraken bez litości oplótł rywala swoimi mackami i pociągnął na dno, kończąc seta wynikiem 21-17. Trzeba przyznać, że ekipa Arkadiusza Sojko w tym zatonięciu pomagała jak umiała, popełniając głupie błędy w kluczowych dla siebie momentach. Trzeci set różnił się od pozostałych wyłącznie tym, że ‘Niebiescy’ nie dali graczom Jurija Charczuka odskoczyć na kilka punktów już na początku partii, a dopiero w jej drugiej połowie (13-8). Po tym ponownie udało im się zniwelować przewagę (15-14), jednak historia lubi się powtarzać i końcówka ponownie padła łupem Krakena, który zdecydowanie wygrał partię do 17, a cały mecz 3-0. Tym samym Kraken bierze udany rewanż za marcowe spotkanie i przyznajemy, że jeśli ich gra będzie wyglądała tak, jak we wczorajszym meczu, runda rewanżowa może się okazać w ich wykonaniu dużo lepsza.