Za nami bardzo ciekawa seria gier. W poniedziałek dwa spotkania wygrała ekipa Bossman Team, która najpierw ograła MPS Volley, a następnie beniaminka pierwszej ligi – drużynę Fux Pępowo. Swoje pierwsze spotkanie i to w bardzo dobrym stylu wygrała również drużyna Feniks Gdańsk. Zapraszamy na podsumowanie!
Staltest Pomorze – Challengers 1-2 (17-21; 23-21; 16-21)
Jeszcze nie tak dawno obie drużyny rywalizowały ze sobą w wyższej klasie rozgrywkowej. Wobec nieciekawej, a co tu dużo mówić, znacznie gorszej formy niż Challengersi, nie dawaliśmy zbyt wielkich szans na powodzenie drużynie Arkadiusza Kozłowskiego. Choć w ostatecznym rozrachunku się nie myliliśmy i Staltest faktycznie musiał uznać wyższość rywali, to nie sposób przejść obojętnie obok powiewu świeżości, który widzieliśmy w drużynie, a którego tak bardzo brakowało w ostatnich, nieudanych edycjach. Początek spotkania to jednak nieznaczna przewaga Challengersów, którzy po ataku Nazara Krutskevycha objęli prowadzenie 10-7. Choć z czasem Staltest zniwelował straty do jednego oczka (18-17), to ostatnie słowo należało do teamu Wojciecha Lewińskiego (21-17). Jeszcze na półmetku środkowej odsłony wszystko zdawało się iść po myśli faworyzowanej drużyny (9-6). Z czasem coraz śmielej zaczęli radzić sobie jednak gracze Staltestu, którzy po atakach świetnie dysponowanego Jana Ciupy doprowadzili do wyrównania po 14. To było jednak nic przy świetnej końcówce seta. Choć po atakach Grzegorza Beredy, Staltest prowadził 20-17 i był o włos od wyrównania w setach, to w końcówce zabrakło im zimnej krwi, a przynajmniej tak było do pewnego etapu. Tak czy siak – Challengersi doprowadzili do wyrównania 20-20. W końcówce zespół Arkadiusza Kozłowskiego zdecydował się na zmianę na podniesienie bloku, co okazało się absolutnym strzałem w dziesiątkę. Po skutecznym bloku Kuby Roszyka Staltest doprowadził do wyrównania w setach, a kwestia wygranej meczu pozostawała otwarta (23-21). Trzeci set nie przyniósł już tylu emocji. Już na początku tej partii Challengersi zbudowali sobie przewagę, której nie wypuścili już do końca (21-16).
Bayer Gdańsk – Złomowiec Gdańsk 2-1 (21-17; 19-21; 21-16)
Po premierowym spotkaniu Złomowca w sezonie Wiosna’26 część społeczności zrzuciła niekorzystny wynik na karb problemów kadrowych. Wczoraj wieczorem miało być już lepiej. Złomowiec do gry przeciwko ‘Aptekarzom’ desygnował bowiem nie sześciu, a ośmiu graczy. Czy przełożyło się to na obraz gry czy wynik? No… tak średnio bym powiedział, tak średnio. Z drugiej strony – na początku wyglądało to przecież tak dobrze. Nim się zorientowaliśmy, gracze w miedzianych strojach prowadzili bowiem 9-3 i wydawało się, że sytuacja jest pod ich absolutną kontrolą. Z czasem gra Bayera się poprawiła, a Złomki zaczęli popełniać mnóstwo błędów. Efekt? Roztrwoniona przewaga i remis po 13 na półmetku seta. Co więcej – w dalszej części, po atakach debiutującego w drużynie – Kacpra Iwaniuka, Bayer wysunął się na prowadzenie 19-15 i po chwili cieszył się z pierwszego punktu w meczu (21-17). Środkowa partia to zupełnie inna historia. Tu na początku Złomki nie wypracowali sobie przewagi. Kto wie – być może właśnie to sprawiło, że byli oni w stanie utrzymać koncentrację na oczekiwanym poziomie? Tak czy siak – pod koniec seta mieliśmy remis po 17 i kompletnie żadnego pojęcia, w którą stronę się to potoczy. Po świetnej grze kapitana drużyny występującego na pozycji środkowego bloku – Witka Klimasa, z wygranej drugiego seta cieszyli się gracze w miedzianych strojach (21-19). Ostatni ‘rozdział’ poniedziałkowego starcia to festiwal błędów w wydaniu Złomowca. Oj, brzydko się to oglądało. Oczywiście Bayer Gdańsk jest zbyt dobrą drużyną, by ‘nie strzelić na pustą bramkę’. Ostatecznie – po sporej przewadze, gracze w błękitnych strojach wygrali seta do 16, a cały mecz 2-1. A ZŁOMTANIC? Cóż – zgodnie z tym, co pisaliśmy w zapowiedziach, woda zaczyna zalewać już dolne szalupy.
ME Sulmin Volley – Inter Marine Masters 2 0-3 (22-24; 21-23; 32-34)
Hej Mastersi, powiedział Wam ktoś kiedyś, że można wygrać seta ‘po Bożemu’? Wiecie, że nie trzeba grać każdego z setów na przewagi? Przerażająca konsekwencja. Jak do tej pory ‘Mastersi’ rozegrali w SL3 sześć setów i każdy z nich zakończył się różnicą maksymalnie dwóch punktów. Co ciekawe – przed poniedziałkową serią gier wydawało nam się, że spotkanie z ACTIVNYMI było bardzo ciekawe. Nie wiemy zatem co powiedzieć teraz, bo choć w meczu nie brakowało niedokładności, błędów, a i momentami – odwracania wzroku Redakcji, to koniec końców na nudę narzekać nie mogliśmy. Choć faworytem była ekipa ‘Mastersów’, to zespół z Sulmina pokazał ogromne serce do walki. Ależ fajnie ogląda się tę drużynę. Nie wiemy, czy to komplement, czy jednak nie, ale serio – w tej lidze nikt nie przegrywa w równie piękny sposób. Pierwszy set? Niewiarygodna historia, w której zespół w czarnych trykotach prowadził już… 20-14. Choć w teorii nie da się tego zepsuć, to zespół Fabiana Ehrlicha poprosił o ‘potrzymanie piwa’. W kryzysowym momencie ‘Mastersi’ omal nie zamęczyli Arka Wasilewskiego, który po kilku świetnych atakach doprowadził do wyrównania po 20. Epilogu tej historii się chyba domyślacie (24-22). W środkowej odsłonie gracze Inter Marine pozazdrościli swoim młodszym kolegom. Z czasem, mimo sporego prowadzenia, to oni roztrwonili przewagę, dopuszczając rywali do głosu. Choć team w czarnych strojach doprowadził do wyrównania, to podobnie jak wcześniej, więcej zimnej krwi zachowali gracze Inter Marine Masters (23-21). Trzeci set to apogeum szaleństwa, które oglądaliśmy od pierwszego gwizdka na boisku numer 3. W skrócie – prowadzenie faworyta 19-16, które koniec końców – a jakże – zostało zniszczone. Ostatnia faza seta to gra psychologiczna i… trzeci punkt tej samej drużyny. Gdybyśmy mieli określić, czemu to właśnie Inter Marine Masters wygrali, to wskazalibyśmy na ‘wycięty układ nerwowy’.
Siatkersi – Feniks Gdańsk 1-2 (21-17; 7-21; 10-21)
Mnóstwo krytyki wylało się w ostatnim czasie na Feniksa Gdańsk. Cóż – może część z nich była nieco niezasłużona. Jeśli jednak to choć w jednym procencie sprawiło, że team wziął to do siebie i zagrał TAKIE spotkanie, to…. czy nie należą nam się jakieś podziękowania? Pisząc całkiem serio – Feniks zmienił się nie do poznania. W poniedziałkowy wieczór rywalizował przecież z mocnym ’na papierze’ rywalem. Ten faktycznie grał nieźle, ale… tylko w pierwszym secie rywalizacji. Już na początku team w niebieskich strojach wypracował sobie przewagę 9-4. Choć z czasem Feniks doprowadził do wyrównania po 14, to wobec drugiej fali ataków rywali – byli już bezsilni (21-17). Drugi set? Zupełnie inna historia – ptak (Feniks) znowu zapłonął. Ależ to była moc. Wow – najlepszy set Feniksa w historii rozgrywek. Co za seria zagrywek Wilfredo Leona Łukasza Dubickiego. Niewiarygodne. Co ciekawe – ’zagra’ tak żarła kapitanowi Feniksa, że momentem – symbolem meczu było to, jak raz mu nie do końca wyszła, a mimo to – ustrzelił atakującego rywali, który znajdował się wówczas w narożniku boiska. Tak czy siak – 12 asów serwisowych w jednym meczu? Siatkersi? Wszystko ok? Toż to rekord tego sezonu i co najmniej 12 powodów do tego, by Wasze lica zaczerwieniły się ze wstydu. Ok – drugi set do zapomnienia. Jak wyglądał trzeci? Bardzo podobnie, a kiedy Siatkersi skumali się, że są jedynie tłem dla rywali – modlili się o dwucyfrową liczbę punktów. Wiecie – co by sąsiedzi nie dworowali, wyprowadzając swoje Yorki. My jako Redakcja jednak #niezapomnimy. Będzie się to ciągnęło. A Feniks? Było naprawdę bardzo dobrze. Kiedy trzeba krytykować – to to robimy. Kiedy jednak należy pochwalić, nie widzimy powodów, by być powściągliwym. Mega robota.
Sharks – Team Spontan 0-3 (15-21; 13-21; 17-21)
Czy trzecia liga nie jest przypadkiem zbyt głęboką wodą dla ‘Rekinów’? Czy nie jest to przypadkiem akwen dla zupełnie innej grupy zwierząt? Po poniedziałkowej serii gier Sharksi dali paliwo do baków krytyków drużyny. Okazuje się bowiem, że po odejściu kilku graczy, zespół nie funkcjonuje już tak dobrze jak w czwartej lidze. Dziś nie jest w stanie wzbudzić strachu w jakimkolwiek rywalu i prawdę mówiąc – jeśli będą grali tak jak w poniedziałkowy wieczór, to mamy pewne podejrzenia, jak może się to skończyć. Opis meczu w jednym zdaniu? Spontan miał w tym meczu wszystko. Sharksi mieli tylko siebie. Już na początku spotkania Spontan wysunął się na prowadzenie 10-4. Do pewnego momentu dla teamu Piotra Raczyńskiego wszystko wydawało się idealne. Niestety – po chwili sielankę przerwała koszmarna kontuzja Krzysztofa Daszkiewicza. Mimo tych przeciwności – Spontan nie miał problemu z opędzlowaniem rywalem do 15. Środkowa odsłona rozpoczęła się identycznie – już po chwili Spontan prowadził 10-4. A Sharksi? Tak jak między wierszami wspomnieliśmy na początku podsumowania – zero argumentów. Wynik seta 21-13 nie mógł zatem nikogo dziwić. Choć to niemal niespotykane – trzeci set również rozpoczął się od wyniku 10-4. W dalszej części Sharksi zdobyli co prawda więcej punktów niż w dwóch pierwszych odsłonach, ale no właśnie… to tylko detale. Nic nie znaczący szum. Fakty są takie, że w bardzo dobrym stylu Team Spontan sięga po trzy oczka.
Bossman Team – MPS Volley 2-1 (21-12; 18-21; 21-16)
Pompowanie balonika skończyło się dość szybko. Jako że z każdej, nawet parszywej sytuacji należy wyciągać pozytywy, to MPS może się poniekąd ucieszyć z porażki. Jest bowiem duża szansa, że balonik, który pompowaliśmy, pękł po dwóch, maksymalnie trzech wdechach. Kto wie – może teraz będzie im się grało łatwiej? Tak czy siak – wynik oraz gra beniaminka pierwszej ligi była co najmniej rozczarowująca. Miał być Hollywood, a był co jedynie Bollywood z Natalią Janoszek w roli głównej. Miał być Gladiator z spektakularną grą Russella Crowe’a, a był Chicken Curry Law z aktorką, która skradła serca niemal dwumiliardowej publice z Indii. Po pierwszym AKCIE nie brakowało co prawda ludzi, którzy postanowili wyjść z kina. Na film nie dało się patrzeć. W sensie ok – dobrą minę do złej gry robił Bossman, ale bez jaj – nie można przecież świecić oczami za siebie oraz niezbyt lotnego ’kuzyna’. Nawiązując do pierwszego seta rywalizacji widzimy to tak:
Mama: Bossmanie, pobaw się z kuzynem
Bossman: Mamo, ale ja nie chcę, on jest przecież taki dziwny
Mama: wcale nie, sam zobacz
Kuzyn: MPS Volley.
Każdy jednak ma swoje granice. Znamy to doskonale. Widzieliśmy tysiąc razy. Kojarzycie szkolne popychadło, które po dłuższym czasie upokorzeń odwraca się klasowym ’watażkom’? No – to właśnie tak zrobił MPS, który w drugim secie zaprezentował się wreszcie na miarę potencjału i w konsekwencji – doprowadził do wyrównania w setach. Trzeci set to jednak popis i kanonada w wykonaniu duetu Kular – Jaskólski. Ha – zagrożenie przyszło z najmniej oczekiwanego kierunku. Ten pierwszy miał grać jak zawsze – na libero. Tego drugiego miało z kolei w ogóle nie być. To pokazuje z kolei, że nigdy nie wiesz, po której ’otwartej puszce Bossmana’ zagrożenie staje się nie do okiełznania.
AIP – CTO Volley 1-2 (21-19; 16-21; 17-21)
Już w zapowiedziach przedmeczowych pisaliśmy, że dla obu drużyn jest to mecz szczególny. Obie drużyny miały ze sobą ’rachunki do wyrównania’. A to za poprzedni sezon, w którym to CTO było górą, a to jakieś indywidualne potyczki. Cóż – w skrócie? Nudy pomiędzy drużynami raczej nie ma. Choć wiele osób wskazywało na to, że w obecnym sezonie dojdzie do detronizacji króla – ten ma się jednak bardzo dobrze. Na inaugurację CTO ograło bowiem za komplet punktów drużynę z grupy mistrzowskiej (Bossmana), a wczoraj po podziale punktów brązowych medalistów. Nieźle jak na team, który według niektórych miał popaść w szarzyznę. Początek poniedziałkowego hitu to jednak wyraźna przewaga zespołu Adriana Ossowskiego, który na półmetku prowadził już 10-5. Komfortowa sytuacja ’Przyjaciół’ trwała do stanu 16-11, ale później team postanowił włożyć kija w szprychy roweru, na którym sam jechał. Efekt? W końcówce mieliśmy już wynik po 19 i wydawało się, że AiP się po tym nie odbuduje. Ostatecznie po błędzie jednego z rywali oraz bloku środkowego – Michała Pałubickiego AiP wyszarpało seta do 19. Środkowa odsłona to dość wyraźna przewaga trzykrotnych Mistrzów Inter Marine SL3. Po punktach braci Sobstyl zespół w pomarańczowych barwach wysunął się na prowadzenie 13-7 i już po chwili mogli cieszyć się z wyrównania stanu rywalizacji (21-16). Decydujący o zwycięstwie set wyglądał dość podobnie. Choć na początku obserwowaliśmy jeszcze wyrównaną walkę (7-7), to kilka błędów AiP sprawiło, że rywale wysunęli się na prowadzenie 14-11, którego nie wypuścili już do końca (21-17).
BL Volley – EKO-HURT 0-3 (8-21; 17-21; 10-21)
Tydzień temu zespół BL Volley rozegrał swoje pierwsze spotkanie w drugiej lidze po kilku latach przerwy. Mimo że wspomniany mecz zakończył się porażką ’Tygrysów’ w stosunku 0-3, to w ich grze można było upatrywać wielu pozytywów. Ba – niektóre z nich nakazywały sądzić, że team Wojciecha Strychalskiego wcale nie musi być drugoligowym ’chłopcem do bicia’. Niemniej – faworytem i to zdecydowanym poniedziałkowego starcia była ekipa Eko‑Hurt. Co tu dużo mówić – od samego początku spotkania widać było, która z drużyn walczyć będzie o awans, a która o utrzymanie. Ci drudzy już w kilku pierwszych akcjach meczu popełnili kilka prostych błędów, po których ich rywale wysunęli się na prowadzenie 8-3. W dalszej części wcale nie było lepiej i po punktach Marka Dębskiego stało się jasne, która ze stron wygra seta (17-7 → 21-8). Środkowa odsłona to partia, w której team BL Volley zaprezentował się naprawdę godnie. Po dwóch punktach rozgrywającego Adama Czapnika prowadzili oni 10-7. Choć w obozie Eko‑Hurtu można było wyczuć nutkę niepokoju, to sześć kolejnych punktów padło ich łupem i z gonienia wyniku Eko‑Hurt odwrócił kartę, wysuwając się na prowadzenie 13-10. Choć BL Volley próbował się jeszcze odgryźć rywalom, to nie był w stanie ograć rywala, który poza tym, że walczył z rywalem, walczył w tym secie przede wszystkim sam ze sobą. Ostatecznie ’Hurtownicy’ po wielkich mękach sięgnęli jednak po drugi punkt w meczu (21-17). Ostatni set rywalizacji to już wyraźna przewaga faworyzowanej drużyny, przez którego szczelny blok – rywale nie mogli się przebić. Dość powiedzieć, że po bloku Bartosza Kulawego ex‑Mistrz Inter Marine SL3 prowadził już 11-2, co było jednoznaczne z wyłonieniem zwycięzcy seta (21-10).
Bossman Team – Fux Pępowo 2-1 (18-21; 25-23; 21-16)
Po zwycięstwie z MPS Volley gracze Bossmana przystąpili do drugiego meczu w poniedziałkowy wieczór. Już w zapowiedziach wspominaliśmy o tym, że jeśli już team Jakuba Kłobuckiego grał dwa mecze jednego dnia – za każdym razem stawał na wysokości zadania. Nie inaczej było i tym razem, ale każdy, kto oglądał mecz, ten doskonale wie, jak trudne było to dla nich spotkanie. Pod koniec drugiego meczu poszczególnych graczy zespołu łapały już skurcze i widać było, że szybko powtórzyć dwóch meczów jednego dnia nie będą chyba chcieli. Jakby tego było mało – mieli oni problemy kadrowe i jak na siebie – dość wąską kadrę. Jakby tego było mało – rywal grał naprawdę bardzo dobrze, a gracze Bossmana w pierwszym secie rywalizacji rwali sobie włosy z głowy, nie mogąc uwierzyć w to, jak bardzo karta może sprzyjać rywalom. W ich ocenie – co mogło udać się rywalom, to się udawało. Pomagały im trybuny, ściany. Kiedy któryś z graczy zaatakował w teorii ’nie do obrony’ – dziwnym trafem stał tam rywal z wystawioną ręką. Takich sytuacji było naprawdę sporo, a mecz oglądało się przez to wybornie. Ostatecznie premierowa partia zakończyła się zwycięstwem beniaminka do 18. W drugim secie team Dominika Szadacha był bardzo bliski pierwszego zwycięstwa w sezonie Wiosna’26. Choć po ataku Patryka Bruchmanna ’Koniczynki’ mieli piłkę meczową (20-19), to szczęście tym razem uśmiechnęło się do ich rywali, którzy po intensywnej wymianie ciosów wygrali seta do 23. Ostatni set poniedziałkowego starcia to już część, w której zarysowała się przewaga drużyny Jakuba Kłobuckiego. MVP – po raz drugi w poniedziałkowy wieczór – Maciej Jaskólski. Co za występ, co za wieczór środkowego. (21-16).
