Dzień: 14 października 2019

Speednet 2 – Scandic

Zmiana podejścia do ligi przez zespół Hotelarzy sprawiła, że wtorkowy budzik, który przypomniał Redakcji o początku tygodnia, nie był traumatycznym przeżyciem. W poniedziałkowy wieczór, z wyłączeniem drugiego seta, drużyna Scandic stworzyła bardzo ciekawe i emocjonujące widowisko. Mimo, że przed meczem wydawało się, że to drużyna Speednetu będzie faworytem spotkania to pierwszy set pokazał, że o ten cel nie będzie tak łatwo. Programiści musieli drżeć o wynik do samego końca, bowiem po drugiej stronie siatki bardzo dobrze spisywali się Bartosz Rudzki, Mateusz Ryś oraz Monika Piechowska i to oni prowadzili przez większość seta. Ostatecznie partia zakończyła się minimalnym zwycięstwem Speednetu, w którego szeregach brakowało dobrze dysponowanego w tym sezonie Piotra Grodzkiego. W związku z tą absencją ciężar gry na swoje barki musieli wziąć Tomasz Trzaskoma oraz Rafał Hołubiuk, którzy w poniedziałkowy wieczór zdobyli dla swojej ekipy łącznie osiemnaście punktów. Druga odsłona to już gra, której oczekiwałby trener drużyny – Mateusz Urbanowicz. Widać było, że pierwszy set wywołał u niego stan przedzawałowy. Gładka wygrana 21-4 i mogliśmy zacząć trzecią – najbardziej emocjonującą odsłonę. W niej ponownie bardzo dobrze prezentowali się ‘Czarni’ dla których mecz ze Speednetem był najlepszym, który jak do tej pory rozegrali w lidze. Mimo bardzo dobrej postawy, ostatecznie przegrali spotkanie 3-0, ale bez wątpienia mogą być z siebie dumni. Jeśli chodzi o ich przeciwników to mimo wygranej 3-0 gracze zapewne czują pewien niedosyt. Trzeba sobie powiedzieć wprost – ich gra powinna wyglądać lepiej. Z drugiej strony – nie sądzi się zwycięzców. Na koniec sezonu będą się liczyły tylko trzy punkty a nie styl.

Prometheus – Kraken Team

Aby nie zaprzepaścić szansy na awans do grupy mistrzowskiej, drużyna Kraken musiała ten mecz po prostu wygrać. Mimo, że ‘Bankowcy’ wywiązali się z zadania to po spotkaniu w ich szeregach widać było umiarkowany optymizm. Jesteśmy prawie przekonani, że ‘Biało-czarni’ żałują niewykorzystanej okazji i zdobycia tylko dwóch oczek. Pierwszy set był bardzo wyrównany. Drużyny zdobywały punkt za punkt i zastanawialiśmy się czy dla Bankowców ta partia nie zakończy się jak w meczu ze Speednetem, gdzie jeden z setów skończył się wynikiem 28-26. W drugiej części pierwszego rozdania dwupunktową przewagę uzyskali gracze z Ukrainy i już nie odpuścili wygranej w tej partii. Duża w tym zasługa Vladyslawa Mahery oraz Andriya Levenetsa. Drugi set zaczął się lepiej dla Prometheus i wydawało się, że drużyna wygra tę partię oraz cały mecz. Bankowcy nie mogli ‘wejść w seta’ przez co popełniali sporo błędów własnych oraz mieli problem ze znalezieniem miejsca w szczelnym bloku postawionym przez ekipę Prometheus. Po pewnym czasie, do graczy Kraken dotarło o jaki cel grają i zaczęli się prezentować coraz lepiej, dzięki czemu najpierw wyrównali, a następnie wyszarpali zwycięstwo w drugim secie. Potwierdzeniem zwyżkującej formy w meczu była trzecia odsłona w której Kraken grał na tak wysokich obrotach, że drużynie Prometheus ciężko było doskoczyć do tego pułapu. Wygrana w stosunku 2-1 sprawiła, że Kraken zbliżył się do piątego miejsca na jedno oczko. Najlepszym graczem meczu został najmłodszy zawodnik w drużynie Bankowców – Robert Skwiercz, który już na początku meczu obwieścił ile zdobędzie punktów zakładając koszulkę z numerem 12.

Prototype Volleyball – Volley Gdańsk

To miał być kolejny mecz w którym Volley nie ma sobie równych. Przed spotkaniem wywiadu udzieliło dwóch graczy tej drużyny, którzy nie przewidywali problemów w meczu z ekipą, która przez kilka pierwszych tygodni okupowała ostatnie miejsce w ligowej tabeli. Przed rywalizacją okazało się, że w drużynie Tomka Nurzyńskiego zabraknie między innymi libero – Łukasza Chojnackiego, a cały skład liczył będzie łącznie sześciu graczy. To z kolei sprawiło, że piłki musieli przyjmować nominalni środkowi – Tomasz Nurzyński oraz Karol Grajewski. Widać, że gracze Volley nie odrobili zadania domowego i nie przyjrzeli się skrótom z poprzednich spotkań. Gdyby to zrobili, wiedzieliby, że celowanie zagrywką w Michała Markiewicza to niezbyt fortunny pomysł. Mimo tego, Volley w dwóch pierwszych odsłonach okazał się drużyną najzwyczajniej w świecie lepszą. To co najciekawsze, wydarzyło się jednak dopiero w trzecim secie. W nim niespodziewanie zaskoczyła ekipa Prototype, która od początku sprawiła faworyzowanej drużynie Volley sporo problemów. ‘Transformersi’ zagrali w nim bez kompleksów i zdecydowali się na wymianę ciosów. Jakby tego było mało, wychodziło im to naprawdę dobrze. W tej odsłonie obie ekipy miały problemy z ‘flotami’ przeciwników. Łącznie oba teamy zdobyły zagrywką aż czternaście punktów. W końcówce, jedną z kluczowych akcji był monster block Tomka Nurzyńskiego, dzięki któremu drużyna zdołała utrzymać prowadzenie i zdobyć punkt. Po spotkaniu można było odnieść mylne wrażenie, która z drużyn wygrała spotkanie, bowiem mimo przegranej to Prototype miał więcej powodów do zadowolenia. A Volley? Parafrazując klasyka – liga będzie ciekawsza.

Speednet 2 – DCT Gdańsk

Istnieje wiele stereotypów dotyczących poszczególnych nacji. Bardzo wielu uważa Polaków za osoby, które za wszelką cenę życzą źle swojemu sąsiadowi. Słowa te są niejako zapowiedzią do opisu spotkania, bowiem i jedna i druga drużyna chciała za wszelką cenę wygrać kosztem sąsiada w tabeli. Tak się składa, że faworytem była ekipa DCT Gdańsk i żartobliwie można stwierdzić, że zastanawialiśmy się czemu sędzia swoim ubiorem nie dołączył do tych kolorowych wariacji. Nawiązujemy tu oczywiście do faktu, że Speednet ubrany był w trykoty koloru Różowego natomiast ekipa DCT Gdańsk zaprezentowała żarówiaste koszulki. Spotkanie było stosunkowo wyrównane. W pierwszym secie prowadziła ekipa ‘Programistów’, popełniła jednak błąd, dając dojść do słowa rywalom. Ci, jako doświadczona ekipa, potrafili ten błąd wykorzystać, wygrywając w przewadze do 20. Drugi set był wyrównany, ale tylko do połowy. Ekipa ‘Kontenerowców’ niczym w Szybkich i wściekłych nacisnęła przycisk nitro, po czym odjechała SPEEDnetowi i wygrała tę odsłonę. Ostatni set to znów partia, w której oszacowanie zwycięzcy byłoby stosunkowo ciężkie. Ostatecznie, to DCT Gdańsk wygrywa swoje drugie spotkanie w lidze. Jako podstawę zwycięstwa wskazujemy fakt powrotu do składu niezwykle utalentowanych graczy: Andrzeja Tararuja oraz Piotra Kochanowskiego. To oni zrobili różnicę i przeciągnęli kontener wózek na swoją stronę.

Trójmiejska Strefa Szkód – Straż Pożarna Gdańsk

Na obu drużynach, przed oraz w trakcie spotkania, ciążyła presja podobna do tej, jaką czuł Kenijczyk Eliud Kipchonge, który jako pierwszy przebiegł dystans maratonu w czasie poniżej dwóch godzin. Cały sportowy świat z zapartym tchem patrzył na to czy uda się pobić magiczną barierę. Długodystansowiec o tym wiedział i z presją poradził sobie znakomicie. Przekładając to na naszą ligę, to w zapowiedzi pisaliśmy, że wygrana pozwoli jednej z drużyn odetchnąć. Nie myliliśmy się bowiem wygrana Strażaków sprawiła, że nad ostatnią drużyną w tabeli mają już cztery punkty przewagi. Któż jak nie oni mógł lepiej ugasić pożar i zażegnać kryzys? Do składu drużyny wrócił rozgrywający Michał Mańkowski. Gdy przed meczem Redakcja zobaczyła jednego z najlepiej rozgrywających poprzedniego sezonu, to zastanawialiśmy się, jaki sposób na grę mają w poniedziałkowy wieczór Strażacy. Mamy na myśli fakt, że przed spotkaniem, w ich zespole, widniało dwóch bardzo dobrych ‘sypaczy’ przy siedmiu zawodnikach wpisanych do składu. Zastanawiamy się kiedy Mundurowi to trenowali, natomiast Michał Mańkowski zagrał na początku na środku. Dopiero w trzeciej odsłonie wszedł na sypę, a Damian Buźniak na… przyjęcie. O ile nas pamięć nie myli, było to pierwsza taka sytuacja podczas rozgrywek. Jeśli chodzi o spotkanie to nie ukrywamy, że mamy potężne deja-vu. Przypomnijcie nam drodzy czytelnicy w ilu spotkaniach tego sezonu TSS prowadziło kilkoma punktami i ostatecznie przegrało seta? W pierwszym rozdaniu prowadzili już 15-11, by po chwili remisować 16-16, a następnie ulec w całym secie. Druga odsłona to już świetna gra w ich wykonaniu, co tylko potwierdza, że problem leży w ich głowach. Umiejętności są, natomiast potrzeba znachora czy innego szamana, który będzie w stanie wbić im do głowy mentalność zwycięzców. Dobra gra w tej odsłonie Kuby Grotha nie była w stanie zapobiec przegranej w secie. Ostatnia partia to świetna gra Strażaków. Można powiedzieć, że decydujący cios zadał niedawny kolega z drużyny (TSS) Damian Buźniak, popisując się asem serwisowym, który potwierdził tylko, że na tytuł MVP zapracował solidnie. Zdobyć MVP przeciwko byłym współpartnerom? Któż jak nie życie napisałoby lepszy scenariusz tego spotkania?

INTERMARINE – Nasz-Dach Stężyca

Spotkanie niepokonanych drużyn. Creme de la creme. Czy hit mógł zawieść? Gdy przed spotkaniem dowiedzieliśmy się, że z powodu kontuzji kolana nie zobaczymy na boisku lidera drużyny Intermarine, Andrzeja Masiaka, żałowaliśmy, że zespoły nie zagrają ze sobą w najmocniejszych składach. Gdy dołożymy do tego brak Pawła Kolana to powstaje wyrwa, którą naprawdę ciężko załatać. Jak to się mówi? Tak krawiec kraje jak mu materii staje? Tej na przedmeczowej rozgrzewce wydawało się nie brakować. W ekipie Masters, na rozgrzewce, potężne bomby posyłał Mateusz Ciesielski. To nie mogło umknąć uwadze graczy ze Stężycy. Zastanawiamy się czy gwoździe wbijane w parkiet bardziej wzbudziły respekt czy zwiększoną czujnośćprzeciwników? Wobec braku wspomnianego wcześniej Andrzeja Masiaka szybko stało się jasne, kto będzie starał się ciągnąć grę drużyny. I rzeczywiście wspomniany Mateusz zdobył aż piętnaście punktów, będąc motorem napędowym swojej drużyny. Z drugiej strony po kilku piłkach było wiadomo, który scenariusz będzie najczęściej grany. Miało to swoje przełożenie na liczbę bloków. Gracze ze Stężycy zanotowali ich aż dziesięć. Prym wiódł prawdziwy specjalista w tej dziedzinie, często wspominany w naszych opisach, Piotr Skowroński. Na tę chwilę, ten 196 centymetrowy gracz, jest liderem w tej klasyfikacji. Dwa pierwsze sety wygrane przez Kaszubów do 16. Trzeci set to kontynuacja horroru pod tytułem – Straszna Stężyca. Gracze Masters wyglądali na boisku na zupełnie zagubionych. Gdy wydawało się, że set zakończy się istnym nokautem, doświadczeni gracze zaczęli dochodzić do głosu. Ostatecznie nie udało im się doprowadzić do wyrównania, a następnie wygrania seta. Czy po sześciu wygranych spotkaniach z rzędu jest możliwy scenariusz w którym Intermarine nie znalazłoby się w grupie mistrzowskiej? Przed nimi bardzo ciężki terminarz, a konkurencja nie próżnuje…

Thunder Team – Port Gdańsk

Analizując rozkład punktowy poszczególnych drużyn możemy dojść do błędnego wniosku, że grała tylko jedna drużyna. Nie zgodzimy się z taką narracją. Mimo, że Thunder Team grał z łatką faworyta, to zwycięstwo nie należało do najłatwiejszych. Mecz rozpoczął się od dwóch punktowych bloków Mateusza Waroczyka (w całym meczu zdobył ich aż pięć, dzięki czemu wskoczył na drugie miejsce w klasyfikacji najlepiej blokujących graczy drugiej ligi przyp. Red.), które dały do zrozumienia, że lepiej omijać tego 193 centymetrowego gracza. Mimo, że Portowcy całkiem dobrze prezentowali się w obronie to nie byli w stanie poradzić sobie nie tylko z atakami Przemysława Walczaka, ale przede wszystkim rozegraniem Michała Długozimy. Michał od początku sezonu prezentuje kapitalną dyspozycję i jest ogromną wartością dodaną swojej drużyny. Mało tego, jesteśmy przekonani, że znalazłby miejsce w składzie w połowie pierwszoligowych drużyn. W ekipie przeciwnej debiutowało dwóch graczy – Mateusz Kłosowski oraz Piotr Smolnik. Pierwszy występ był dla nich raczej nieudany. Ciężko mówić o udanym debiucie jeśli przegrywa się spotkanie w stosunku 0-3. Z drugiej strony, obaj gracze pokazali umiejętności indywidualne. Wraz z upływem czasu wspomniani zawodnicy, podobnie jak ich drużyna, rozkręcili się, w efekcie czego poprawiali liczbę punktów w kolejnych odsłonach. Mało tego, na początku ostatniego seta Portowcy mieli czteropunktową przewagę, którą z czasem roztrwonili i ostatecznie musieli uznać wyższość swoich rywali w szóstym meczu z rzędu.

Speednet – Tiande Tufi Team

Chyba nikt o zdrowych zmysłach nie spodziewał się, że Tiande Tufi Team mogłoby w spotkaniu przegrać. Doszło bowiem do rywalizacji drużyny zajmującej ostatnie miejsce w ligowej tabeli z liderem rozgrywek. Na obecną chwilę finiszujemy już w fazie zasadniczej, a co za tym idzie, wyniki i rezultat w tabeli są niejako odzwierciedleniem obecnej formy obu drużyn. Tę, po dwóch porażkach w lidze, wydaje się ustabilizowała ekipa Tiande Tufi Team, która w czterech ostatnich spotkaniach odniosła wygrane w których zdobyli komplet – dwunastu punktów. Dla porównania, ich poniedziałkowy rywal zdobył cztery punkty w siedmiu spotkaniach. Wstęp do zapowiedzi brzmi co najmniej tak jakby mecz był jednostronnym widowiskiem, a sety skończyły się do 5 zdobytych punktów przez rywali. Tymczasem Speednet był naprawdę godnym rywalem i zostawili po sobie całkiem dobre wrażenie. Jako potwierdzenie zapraszamy na fanpage ekipy Tuffików w którym wyrazili uznanie dla poniedziałkowych rywali. Jeśli chodzi o ‘Różowych’, to zastanawiamy się czy są w stanie, a jeśli tak to kiedy, połapać w nowej rzeczywistości. W nowej, czyli bez najlepiej punktującego ligi Mateusza Urbanowicza, który jest kontuzjowany. W ekipie ciągle szukają nowych rozwiązań i przesuwają zawodników z pozycji na pozycję. Ponadto, do wąskiej kadry dołączył przyjmujący Marcin Juszczak. Przed ekipą kilka tygodni prawdy. Muszą zażegnać kryzys i znaleźć sposób na wyjście z dołka. Problem w tym, że pozostałe drużyny z grupy spadkowej myślą dokładnie o tym samym. Przed nami cała gama spotkań i bezpośrednich rywalizacji w dolnych partiach tabeli. Przykład? Speednet ma przed sobą Prototype, Strażaków oraz Prometheus.

Allsix by Decathlon – Wirtualna Polska

Zgodnie z oczekiwaniami i przewidywaniami Redakcji mecz dostarczył ogromnych emocji. Już sama sytuacja w tabeli wskazywała, że mamy do czynienia z drużynami o podobnym potencjale. Jakby tego było mało, obie drużyny do momentu bezpośredniej rywalizacji zdobyły po osiem punktów. Znamiennym jest również fakt, że innego zwycięzcę typowała Redakcja, a innego nasz Ekspert Maciej Kot. Pierwszy set przypominał istną huśtawkę nastrojów. Mecz lepiej rozpoczęli gracze Decathlonu, którzy szybko wyszli na prowadzenie 4-1. W dalszej części seta sytuacja się ustabilizowała i ekipa WP zdołała wyrównać. Końcówka partii ponownie należała do ‘Granatowych’, którzy zakończyli tę część asem serwisowym, świetnie dysponowanej w tym sezonie, Darii Kwiatkowskiej. Zagrywka ta podziałała mobilizująco na Filipa Padzika z drużyny przeciwnej, który postanowił pokazać kunszt i rozpocząć drugą odsłonę czterema asami serwisowymi z rzędu. Od początku tego seta widać było, że Wirtualni wyszli bardzo podrażnieni niepowodzeniem z pierwszej partii. Ich gra się poprawiła i w tej odsłonie prezentowali się znacznie lepiej od rywali, którzy zaczęli popełniać więcej błędów. Dodatkowo prawdziwe show zaprezentował jeden z najlepszych graczy drugiej ligi – Adam Wajner, który co rusz zdobywał punkty. Po twarzach Granatowych widać było, że zbierają siły na trzecią odsłonę. W niej prezentowali się naprawdę bardzo dobrze i gdy wydawało się, że sięgną po piątą wygraną w stosunku 2-1 coś się zacięło i nie wykorzystali swojej szansy. Mimo, że wygrywali 18-16 to pozwolili wyszarpać zwycięstwo ‘Biało-czerwonym’ dla których poniedziałkowa wygrana była już czwartą w sezonie Jesień’19. Wynik z poprzedniej edycji już wyrównany. Trzeba pamiętać, że przed Wirtualnymi jeszcze siedem spotkań!