MATCHDAY #41

Za nami przedostatni dzień regularnych rozgrywek. Wczoraj spod topora uciekły zespoły Portu oraz MiszMaszu. Oznacza to, że z trzecią ligą żegna się drużyna Tiger Team, natomiast w meczu barażowym o utrzymanie zagra MysterElektroRockets. W najwyższej klasie rozgrywkowej krok w kierunku trzeciego mistrzostwa w historii wykonała ekipa CTO Volley. Zapraszamy na podsumowanie!

Maritex – Hydra Volleyball Team 2-1 (17-21; 21-19; 21-16)

Słyszeliście kiedyś o pechowej trzynastce? Owszem – my również, ale całkowicie zignorowaliśmy ten fakt. W środowy wieczór naprzeciw siebie stanęły bowiem drużyny, które w naszym odczuciu – dzieli zdecydowanie więcej, aniżeli łączy. Precyzując – wydawało nam się, że Hydra Volleyball Team jest całkowicie poza zasięgiem Maritexu. Dodatkowo byliśmy wręcz przekonani, że zespół Sławomira Kudyby będzie chciał zakończyć pozytywnym akcentem, który dodatkowo – przedłużałby serię zwycięstw z rzędu. Jakby tego było mało – Hydra miała szansę stać się jedną z nielicznych drużyn, która zdołała wygrać wszystkie trzynaście spotkań w sezonie. Pierwszy set to partia, w której… nie byliśmy przesadnie zaskoczeni, a grający na totalnym luzie zawodnicy Hydry – wygrali partię do 17. Środkowa odsłona to zupełnie inny obraz gry. Po bardzo wysokiej skuteczności w Maritexie i co tu dużo mówić – świetnej grze, gracze Michała Pietrasika zdołali zaskoczyć rywala, wysuwając się na prowadzenie 12-7. Z czasem świetnie wyglądający gracze w fioletowych strojach obniżyli nieco loty i w konsekwencji – popełnili kilka błędów, które dały Hydrze nadzieję na odwrócenie losów seta (17-15). Mimo że z perspektywy Maritexu robiło się naprawdę gorąco – ostatecznie zdołali oni dopiąć swego i doprowadzić do wyrównania w setach (21-19). W trzecim secie rywalizacji – Maritex grał już na totalnym luzie i o dziwo – wszystko im wychodziło. Kto wie – być może jest to gotowa recepta na wyniki w kolejnej edycji? Tak czy siak – zespół Michała Pietrasika wysunął się na prowadzenie 15-9, po którym nie miał problemów z wygraniem z absolutnym faworytem do 16 – brawo!

Port – MysterElektroRockets 3-0 (21-11; 21-18; 21-13)

Uniwersum Inter Marine SL3 nie zawiodło. To co wydarzyło się w środowy wieczór w dolnych partiach trzecioligowej tabeli, wymyka się z jakichkolwiek ram logiki. Przez długie tygodnie wydawało się, że zespół MysterElektroRockets zdołał uciec z bagienka, w którym znajdowały się drużyny walczące o życie. Wczoraj wieczorem – zespół Pawła Urbaniaka miał to udowodnić, a do utrzymania – potrzebowali w zasadzie jednego punktu. Komplikacje pojawiły się już w pierwszym secie rywalizacji, w którym zespół w biało-czerwonych strojach… zdawał się nie dojechać do hali Ergo Arena. Ależ to była dominacja ‘Portowców’. Ależ to było lanie, ależ to było dobre granie. Z drugiej strony warto podkreślić to, że dawno nie widzieliśmy tak słabej drużyny MysterElektroRockets. Pięć punktów w secie po własnych akcjach? Wstyd (21-11). W środkowej odsłonie ‘biało-czerwoni’ wzięli się w garść i po bloku Macieja Łyszczarza – wysunęli się na prowadzenie 7-3. Z czasem prowadzili już 12-7 i wydawało się, że za chwilę doprowadzą do wyrównania w setach co da im utrzymanie w lidze. Po dwóch asach serwisowych Marka Wieruszewskiego – Port uwierzył, że nie wszystko stracone (12-11). Dalsza część seta to bardzo dobra gra ‘Portowców’, która dała im drugi punkt w meczu (21-18)! Ostatni set to kontynuacja przewagi drużyny ‘z doków’ wobec, której gry – MysterElektroRockets byli totalnie bezradni. Ostatecznie Port zakończył seta wygraną do 13, co miało fundamentalne znaczenie dla utrzymania w lidze. Wówczas gracze MER nie zdawali sobie sprawy, jak bardzo sprawy się pokomplikują. Po innych – niekorzystnych wynikach okazało się, że biało-czerwoni zagrają w przyszłym tygodniu mecz barażowy, co jeszcze do niedawna – wydawało się nierealnym scenariuszem.

Tiger Team – MiszMasz 2-1 (15-21; 21-18; 21-14)

Kurde… dawno nie mieliśmy tak, że było nam po ludzku żal, którejś z drużyn. Przez tyle lat i sezonów. Przez 3500 obejrzanych spotkań, uodporniliśmy się na drużynowe dramaty. Ten w wykonaniu drużyny Tiger Team nas jednak w jakiś sposób dotknął, bo team Dawida Staszyńskiego – walczył z wieloma przeciwnościami losu, a od początku sezonu – wymieniany był jako kandydat nr 1 do spadku. Ostatecznie zespół ‘Tygrysów’ zgromadził 13 oczek co niejednokrotnie wystarczało do utrzymania. Nie tym razem, a zespół Tiger Team przegrał trzecią ligę o… 10 małych oczek. Oczywiście dziś mogą się zastanawiać co by było gdyby nie mieli wczoraj problemów kadrowych i mogli zagrać w optymalnym zestawieniu. Tego nie dowiemy się już nigdy. Pierwszy set rywalizacji rozpoczął się co prawda dla Tigera obiecująco, ale mniej więcej w połowie seta – team nie uniknął błędów, po których z pierwszego punktu w meczu – cieszyli się gracze MiszMasz. W drugim secie MiszMasz nijak nie przypominał drużyny z wcześniejszego etapu sezonu. Grał po prostu – bardzo słabo i choć na półmetku seta trzymał fason (10-10), to w dalszej części seta – to rywal dyktował warunki gry, wygrywając finalnie do 18. Decydujący o zwycięstwie set, to… obraz nędzy i rozpaczy MiszMaszu, który na tle beniaminka, prezentował się bardzo słabo. Ostatecznie faworyzowana ekipa przegrała tę partię do 14, a cały mecz 1-2 i choć udało im się utrzymać, to… spotkanie z MiszMaszem do udanych z pewnością nie należało.

Chilli Amigos – VB FE Sulmin 3-0 (21-8; 21-14; 21-13)

Choć za Chilli Amigos już 12 sezonów to zastanawiamy się, czy team Pawła Kalety nie ma aktualnie swojego prime. Po chwili dochodzimy do wniosku, że zestawiając dzisiejszy team w czerwonych strojach z ekipą z przeszłości… moglibyśmy liczyć na spokojny komplet punktów aktualnych ‘Amigos’. Ależ to w ostatnim czasie żre. Dowód? Na wczorajszym meczu stawili się niemal wszyscy gracze, co pokazuje, że poza aspektem sportowym – wybitnie wręcz prezentuje się szeroko rozumiany team-spirit. Jeśli chodzi o samo spotkanie, to środowe starcie rozpoczęło się od wyraźnej przewagi ‘Amigos’, którzy wysunęli się na prowadzenie 14-5 i nie mieli problemu ze zgarnięciem premierowego punktu (21-8). W środkowej odsłonie – zespół z Sulmina zawiesił poprzeczkę na zdecydowanie wyższym pułapie. Ku naszemu zaskoczeniu, to oni rozpoczęli seta od prowadzenia 9-6. Niestety dla nich – w ślad za udanym początkiem nie poszła dalsza część gry. Już po chwili siedem punktów z rzędu zdobyli gracze w czerwonych trykotach (13-9), którzy z czasem poszli za ciosem, wygrywając do 14. Ostatni set to kontynuacja wyraźnej przewagi drużyny Pawła Kalety i w konsekwencji – wygrana do 13. Dzięki trzem punktom – zespół ‘Amigos’ zakończył ligowe zmagania na siódmym miejscu z 24 punktami na koncie. Uważamy, że jest to świetny wynik, aczkolwiek wydaje nam się, że ‘Amigos’ nie powiedzieli ostatniego słowa.

Port – MiszMasz 1-2 (27-29; 24-22; 13-21)

Po rewelacyjnej wygranej za komplet punktów z zespołem MysterElektroRockets – ‘Portowcy’ byli już o włos od utrzymania w trzeciej klasie rozgrywkowej. Do tego, by wyprzedzić zarówno Tiger Team jak i MysterElektroRockets – gracze Tomasza Bobcowa potrzebowali co najmniej jednego punktu. Nieco bardziej skomplikowana sytuacja była w drużynie MiszMasz, która niespodziewanie przegrała z Tiger Team i do utrzymania – potrzebowała wygranej z rywalami. Pierwszy set rywalizacji to koronny dowód na to, jak obu drużynom zależało na korzystnym wyniku. Ależ to była emocjonująca partia. Co ciekawe – do pewnego momentu wszystko wskazywało na pewną wygraną MiszMaszu, który prowadził 17-12. Przestój MiszMaszu przyszedł w najmniej oczekiwanym momencie i po zagrywce Piotra Wieruszewskiego, Port doprowadził do wyrównania po 18. Dalsza część seta to walka punkt za punkt, w której żadna z drużyn nie chciała odpuścić. Ostatecznie po długiej wymianie ciosów – w końcówce Port popełnił dwa błędy z rzędu i pierwszy punkt w meczu, zasilił konto MiszMaszu. Środkowa odsłona to bardzo podobna historia, w której MiszMasz zdawał się mieć pod kontrolą poczynania boiskowe, ale pod koniec – wygrana zaczęła wymykać im się z rąk. Ostatecznie mimo prowadzenia 20-18, zespół Jakuba Waszkiewicza nie mógł dopiąć swego, a z wyrównania – cieszyli się po chwili ‘Portowcy’ i jak się okazało – był to punkt na wagę utrzymania w trzeciej lidze. Ostatni set rywalizacji to już wyraźna przewaga MiszMaszu, który dysponował zdecydowanie szerszym składem na przestrzeni sześciu rozegranych w środę setów. Sądzimy, że miało to znaczenie i nieco ‘świeżsi’ gracze Jakuba Waszkiewicza – wygrali seta do 13, zapewniając sobie utrzymanie w trzeciej lidze.

ACTIVNI Gdańsk – Only Spikes 1-2 (20-22; 21-19; 20-22)

Choć sytuacja w ligowej tabeli nakazywała sądzić co innego – w zapowiedziach wskazaliśmy na to, że to ACTIVNI Gdańsk będą faworytem spotkania. Skąd taki wniosek? Sami nie wiemy. Często za pewną drużyną ciągnie się piękna historia i wynikająca z tego aura. Czasy się jednak zmieniają i jest na to kilka dowodów. Pamela Anderson nie jest już tak piękna jak niegdyś, a ACTIVNI Gdańsk nie są już mocną drużyną ani w drugiej, ani w trzeciej, ani w czwartej lidze. Scorpionsi śpiewali kiedyś o ‘wietrze zmian’. Te w ostatnich sezonach sprawiły, że ACTIVNI są już cieniem drużyny z przeszłości. Okrzyk wersja – Beta? Cóż, nazwalibyśmy to raczej zbugowanym kodem, na którego suchej nitki nie zostawili recenzenci. Inaczej ma się sprawa w przypadku Only Spikes, którzy przeżywają obecnie swój zdecydowanie najlepszy czas w rozgrywkach Inter Marine SL3. Ależ ta drużyna rozkwitła. Ależ oni się rozwinęli. Brak nominalnej sypy na meczu? Nie ma problemu – zagra libero, w myśl zasady ‘wszystkie ręce na pokład’. Mimo że ‘żółci’ przegrywali 6-11, to po świetnej ‘zagrze’ Patryka Łabędzia – doprowadzili do wyrównania po 12, a po chwili poszli za ciosem, wygrywając finalnie do 20. W środkowej odsłonie gracze Only Spikes szli za ciosem i mimo że tym razem to oni prowadzili 16-13, to ACTIVNI Gdańsk zdołali odwrócić losy rywalizacji, wygrywając finalnie do 19. Dwa pierwsze sety były bardzo wyrównane i w związku z tym – trzeci również musiał dostarczyć emocji. Tak to już w tym spotkaniu było, że kilkupunktowe prowadzenie jednej z drużyn, nie było żadnym gwarantem sukcesu. W ostatnim secie, ACTIVNI prowadzili 15-11, a wzięty w tę porę czas – zdziałał cuda. Już po chwili gracze w żółtych trykotach doprowadzili do wyrównania po 18, a po chwili cieszyli się z czwartej wygranej w sezonie Jesień’25. Brawo – to naprawdę mega progres.

Feniks Gdańsk – Remedios Sopot Ortopedia 0-3 (18-21; 10-21; 12-21)

Powiedzmy to sobie wprost. Ustalając terminarz Inter Marine SL3 na końcówkę sezonu, trudno było zestawić nam dziewięć par, w których – obie drużyny byłyby ‘pod prądem’. Nie ma się co oszukiwać – mecz pomiędzy Remediosem, a Feniksem Gdańsk był w naszym odczuciu najmniej ciekawym widowiskiem spośród wszystkich środowych spotkań. Fakt, że drużyny nie walczyły już o wielką stawkę sprawił, że mecz wyglądał bardziej na sparingową gierkę niż walkę o ligowe punkty. Pierwszy set rywalizacji był jednocześnie tym najciekawszym. W premierowej odsłonie obie drużyny miały swoje problemy, przede wszystkim w przyjęciu. Pod koniec seta po dwóch atakach Michała Ryńskiego, objęli prowadzenie 20-15. Pod koniec Feniks zdołał zdobyć jeszcze kilka oczek, ale o wygranej seta – nie mogło być już mowy. Środkowa odsłona to absolutna dominacja Remediosu, który na tle swojego rywala, wyglądał już jak team o dwie klasy lepsze. To co rzucało się w oczy w przypadku Feniksa to bardzo duża liczba błędów, które nie pozwoliły drużynie w czarnych strojach podjąć choćby walki (21-10). W trzecim secie rywalizacji – Remedios walczył już o to by w ostatecznym rozrachunku, znaleźć się na czwartym miejscu w ligowej tabeli. Aby tak się jednak stało – musieli wygrać i prawdę mówiąc – nie mieli z tym żadnego problemu. Pod koniec meczu doszło do ciekawej sytuacji, w której asa serwisowego zdobył Maciej Kot i dało mu to wygraną w kategorii ‘najlepiej zagrywający’ czwartej ligi (21-12).

Merkury – CTO Volley 0-3 (20-22; 18-21; 14-21)

Dwa komunikaty. Wczorajszym meczem – Merkury wypisał się z walki o podium rozgrywek, choć prawdę mówiąc – nie jesteśmy tym przesadnie zaskoczeni. Dość czytelne znaki były już od dłuższego czasu, a wczoraj się to potwierdziło. Komunikat numer dwa – CTO Volley mimo problemów kadrowych wygrywa za komplet punktów, a to oznacza, że z dużą dozą prawdopodobieństwa – o mistrzostwie zadecyduje bezpośredni mecz z BEemką Volley. Owszem – w całą akcję mogą włączyć się jeszcze gracze AiP, ale nie zmienia to postaci rzeczy, że ‘Pomarańczowi’ zrobili wczoraj ogromny krok w kierunku mistrzostwa. Pierwszy ‘akt’ środowego spotkania był jednocześnie tym najbardziej wyrównanym. Od pierwszej do niemal ostatniej akcji meczu mieliśmy walkę punkt za punkt (20-20). Ostatecznie po ataku byłego gracza Merkurego – Mateusza Behrendta oraz bloku Szymona Rachwalskiego, pierwszy punkt w meczu zasilił konta ‘Pomarańczowych’ (22-20). W środkowej odsłonie, gracze CTO poszli za ciosem i już na początku seta wypracowali sobie kilkupunktową przewagę (8-4). Z czasem Merkury zdawał się ‘wracać do gry’ (14-14), ale jak się po chwili okazało – był to tylko chwilowy zryw, a z drugiego punktu w meczu, cieszyli się gracze CTO, a to jak wiadomo – było jednoznaczne z wygraną meczu. Tu mała dygresja – była to trzecia porażka z rzędu Merkurego, a to z kolei wyrównanie najgorszej serii w historii grubo ponad 100 występów w Inter Marine SL3. Trzeci set? Partia, w której CTO Volley nie dało najmniejszych szans rywalom, rozbijając ich do 14. Wygrana za komplet punktów sprawia, że o mistrzostwie zadecyduje ostatni dzień meczowy!

DNV Volley Gdańsk – Tufi Team 1-2 (15-21; 17-21; 21-19)

Był czas w rozgrywkach Inter Marine SL3, w którym to – DNV Volley Gdańsk dominował nad swoim rywalem. Jeszcze przed obecnym sezonem, trzykrotni mistrzowie Inter Marine SL3 mogli pochwalić się rewelacyjnym bilansem bezpośrednich spotkań, który wynosił… osiem wygranych przy zaledwie jednej porażce. Choć Tufi Team zajmie sporo czasu, by to odkręcić, to w ostatnim czasie – proporcje się zmieniają. Po obecnej edycji bilans ten wynosi już osiem – trzy i nie da się ukryć, że Tufi Team jest dziś znacznie silniejszą drużyną. Warto przy tym zauważyć, że nie wiemy, kiedy dojdzie do kolejnego pojedynku obu drużyn, bo po wczorajszej serii gier – DNV VG spada do drugiej ligi, a Tufi Team – zdaje się być już bezpieczne. Początek środowego starcia należał do drużyny Mateusza Woźniaka, która wysunęła się na prowadzenie 8-4. Z czasem Tufi nie zdejmowali nogi z gazu i premierową odsłonę, wygrali do 15. W środkowej odsłonie, gracze DNV Volley Gdańsk zawiesili poprzeczkę na nieco wyższym pułapie. Do połowy seta mieliśmy wyrównaną grę, po której nie było pewne, w którą potoczy się to stronę (10-10). Po kilku punktach Mateusza Osieckiego oraz najlepszego gracza meczu – Łukasza Arciszewskiego, Tufi wysunęli się na trzypunktowe prowadzenie (16-13), co po chwili, zapewniło im drugi punkt w meczu (21-17). Ostatni set rywalizacji nie miał już dla DNV VG znaczenia w kontekście walki o utrzymanie. Mimo to – gracze w żółto-czarnych strojach zakończyli sezon miłym akcentem, ogrywając rywala do 19. Mimo spadku – DNV VG będzie oczywiście jednym z największych faworytów do awansu w przyszłym sezonie. Pierwsza liga fajna sprawa, ale w drugiej – też będzie zabawa. Na zapleczu elity nie będzie z pewnością brakowało bardzo jakościowych drużyn.

Start a Conversation

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.