Za nami ostatni dzień meczowy w piątym tygodniu rozgrywek. Z bardzo dobrej strony pokazali się wczoraj Siatkersi, którzy rozbili za komplet punktów VB Inter-Grahen Sulmin. Dobrą formę pokazali również gracze Hydry Volleyball Team, którzy sprawili niespodziankę i wygrali mecz z Flotą Active Team. Zapraszamy na podsumowanie!
CTO Volley – Szach-Mat 2-1 (21-19; 21-15; 19-21)
Czasy w Inter Marine SL3 zmieniają się błyskawicznie. Jeszcze do niedawna gracze CTO Volley do meczu z Szach-Matem podchodzili pełni respektu – historycznie drużyna Dawida Kołodzieja potrafiła im bowiem napsuć krwi. Przed czwartkowym spotkaniem nie mieliśmy jednak wrażenia, że historia mogłaby się powtórzyć. CTO Volley pozostaje obecnie jedyną drużyną w elicie, która nie przegrała jeszcze spotkania, Szach-Mat pozostaje z kolei drużyną, która tego spotkania nie wygrała – i tu mały spoiler: nic się w tej kwestii nie zmieniło. Biorąc jednak pod uwagę okoliczności spotkania, można zacząć się zastanawiać, ile jeszcze osób musi nie przyjść na mecz CTO, by ci przegrali wreszcie spotkanie. Kolejny mecz – kolejne potężne problemy kadrowe, które prawdę mówiąc były pewną furtką dla Szach-Matu na powalczenie. Ba – pod koniec pierwszego seta po ataku powracającego do składu po dłuższej przerwie Jakuba Króla Szach-Mat wysunął się na prowadzenie 19-17. Choć wygrana była już na wyciągnięciu ręki, nieco inny plan miał dobrze dysponowany duet – Dominik Dzieciuch oraz Mateusz Behrendt. Po blokach tego pierwszego i atakach drugiego gracze CTO odwrócili losy rywalizacji i wygrali premierową partię do 19. Niepowodzenie w pierwszej odsłonie podziałało demotywująco na 'Szachistów’, którzy w drugim secie mieli potężne problemy z przebiciem się przez blok rywali – faworyt wysunął się na prowadzenie 15-10 i dalsza część seta nie przyniosła zwrotu akcji, co oznaczało, że gracze CTO mogli cieszyć się z czternastego zwycięstwa z rzędu! W ostatnim secie Mistrz Inter Marine SL3 zdawał się iść pewnym krokiem w kierunku trzeciego punktu w meczu – choć w pierwszej części wysunął się na prowadzenie 8-4, w dalszej części przebudził się Szach-Mat i finalnie to gracze Dawida Kołodzieja wygrali seta na pocieszenie. Niemniej powodów do optymizmu jest tu jak na lekarstwo – za tydzień z kolei arcyważny mecz z Fuxem Pępowo.
VB Inter-Grahen Sulmin – Siatkersi 0-3 (16-21; 13-21; 17-21)
Oj, teraz to będziemy musieli się napocić. Bo wiecie – krytykować drużynę jest łatwo, mówią, że w leżącego uderza się prosto, ten się przecież nawet nie broni. Prawda jest taka, że w ostatnich tygodniach Siatkersi nie bronili się swoją grą – biorąc to pod uwagę oraz fakt, że w naszym odczuciu forma VB Inter-Grahen Sulmin w ostatnim czasie rosła, team występujący 'w delegacji’ zdawał się być faworytem starcia. Prawdę mówiąc, w żadnym branym przez nas pod uwagę scenariuszu nie spodziewaliśmy się jednak tego, że Siatkersi zagrają jak dawniej – jak czwartoligowy siłacz, z którym lepiej nie zadzierać. Choć 'Bestia’ miała przydługi sezon zimowy, wczoraj wieczorem nastąpiło wybudzenie, po którym ci ruszyli od razu na polowanie. Już w pierwszym secie rzucało się w oczy, że w odróżnieniu od przeciwnika Siatkersom nie przeszkadzała piłka – ci drudzy zachowywali się fatalnie i wyglądali tak, jakby pierwszy raz grali w ten sport. W związku z tym zespół Sebastiana Wilmy nie miał problemów z objęciem prowadzenia 15-9. Mimo przebudzenia i wyższej formy, Siatkersi nie zapomnieli o swojej tożsamości i pozwolili rywalom na doprowadzenie do wyrównania po 15 – jak się po chwili okazało, tylko ich podpuszczali, a kiedy trzeba było, skasowali (21-16). Środkowa partia? Dramat VB Inter-Grahen Sulmin. Rany – co się z Wami dzieje? Przecież tego nie dało się oglądać. My rozumiemy, że gra się tak jak przeciwnik pozwala, ale na litość boską – myśleliśmy, że to co najgorsze jest już za Wami. Kiedy trzeba – Wy jednak podnosicie tę poprzeczkę, przy czym nie w stylu Armanda Duplantisa czy Jeleny Isinbajewej. Wy podnosicie nie o centymetr, a od razu o pół metra, a następnie jak gdyby nigdy nic przeskakujecie ją z zapasem trzydziestu centymetrów. Problem jednak w tym, że ta poprzeczka wyznacza aktualny poziom dziadowania w Inter Marine SL3. Po tym jak na tablicy wyników było 15-7, stało się jasne, że Siatkersi już tego nie wypuszczą (21-13). Patrząc na to, jak dysponowany jest rywal drużyny, Siatkersi uznali, że całkiem spoko pomysłem będzie walka o trzeci punkt. Choć przez długi czas mieliśmy wyrównaną grę i wynik po 14, końcowa faza seta należała już do graczy w niebieskich trykotach, którzy wygrywają po raz pierwszy za komplet punktów od 29 października 2025 roku.
Speedway AWKS – Audiofon Karczemki 1-2 (14-21; 11-21; 21-19)
Zastanawiamy się, jak odebrali czwartkowe zwycięstwo gracze Audiofonu. Nurtuje nas to, czy była to radość z czwartego zwycięstwa w sezonie, czy jednak niedosyt związany ze stratą punktu – bo powiedzmy sobie wprost: po dwóch pierwszych odsłonach absolutnie nic nie wskazywało na to, że gracze Pawła Urbaniaka mogliby mieć problem z postawieniem kropki nad 'i’. Już na początku spotkania zarysowała się olbrzymia przewaga graczy w biało-czerwonych barwach, którzy udowodnili, że wynik barażu sprzed kilku miesięcy nie był przypadkiem – po chwili od pierwszego gwizdka sędziego prowadzili już 12-7. W dalszej części seta gracze AWKS nie mieli absolutnie żadnego pomysłu na to, jak zaskoczyć rywali i osamotniony w tych staraniach Mateusz Sadowski nie okazał się wystarczający – liczba błędów po żółto-czarnej stronie siatki była po prostu porażająca, a Audiofon wygrał tę partię do 14. W środkowej odsłonie dysproporcja pomiędzy drużynami była jeszcze większa – owszem, Audiofon grał świetnie, ale to co wyprawiali gracze Speedway było siatkarskim kryminałem. Po tym jak kolejni gracze z uporem maniaka uderzali prosto w siatkę, rozważaliśmy, czy nie wyjść naprzeciw ich oczekiwaniom i nie obniżyć siatki o kilkanaście centymetrów – w pakiecie dorzucilibyśmy im powiększenie boiska, które niejednokrotnie okazywało się zbyt małe. Wynik 21-11 w takich okolicznościach nie mógł nikogo dziwić, a całe szczęście dla AWKS, że Audiofon pozwolił im w końcówce na kilka punktów – bo chwilę wcześniej było bowiem 20-6! Ostatni set? Witamy w zwariowanym świecie Inter Marine SL3, gdzie nic nie jest pewne, a sytuacja może przez kilka chwil zmienić się nie do poznania. Wiecie – wsiadacie do samolotu w Polsce gdzie jest minus 15, wysiadacie w Meksyku gdzie jest plus 30 – tak to właśnie wyglądało. Po świetnym początku AWKS wysunął się na prowadzenie 12-4, w dalszej części team z Karczemek rzucił się do odrabiania strat, ale ostatecznie graczom Speedway AWKS udało się ugrać jedynie 19 oczek.
Speednet – Tufi Team 2-1 (22-20; 18-21; 21-9)
W zapowiedziach przedmeczowych nie staraliśmy się nikogo czarować – napisaliśmy wprost, że będzie to pojedynek drużyn, które nie prezentują w obecnej edycji zbyt wysokiej formy. Tak czy siak dla obu ekip był to doskonały mecz na przełamanie. Choć lepiej rozpoczęli gracze Tufi Team, to Speednet błyskawicznie odrobił straty i chwilę po półmetku seta prowadził już 14-11. Po świetnej grze w obronie gracze Tufi Team zdołali doprowadzić w końcówce do wyrównania po 20 – po udanym ataku Mikołaja Skotarka oraz błędzie jednego z rywali z wygranej seta cieszyli się jednak 'Programiści’. Pierwszy set pokazał, że objęcie prowadzenia na początku nie jest zbyt dobrym prognostykiem, i w środkowej partii nie było inaczej. Choć gracze Speednetu rozpoczęli seta od prowadzenia 5-2, to w dalszej części – a jakże – po świetnej grze w obronie i z kontry gracze Tufi doprowadzili do wyrównania, a następnie objęli trzypunktowe prowadzenie 17-14. Choć Speednet podjął jeszcze rękawicę, ostatnie słowo należało do 'Tuffików’, którzy wygrali seta do 18. Osoby śledzące poczynania Tufi Team w obecnym sezonie wiedzą, że aż trzykrotnie przydarzyły im się sety zawstydzające – mowa o porażkach z BEemką do 11 oraz 9, a także z Szach-Matem do 11. Trzy przypadki to nie mało, a w czwartek zdarzył się czwarty i to zdaje się już być poważnym problemem, a nie tylko ciekawostką. Od początku finałowej partii lepiej wiodło się graczom Speednetu, którzy wykorzystali spore problemy w przyjęciu rywali i wysunęli się na prowadzenie 10-5. Jakby tego było mało, w dalszej części gracze Pawła Szafrana popełniali jeszcze bardzo dużo błędów, przez co mogli zapomnieć o wygranej meczu. A Speednet? Z pewnością wygrana pozwoli im złapać wiatr w żagle przed dalszą częścią sezonu.
Dream Volley – Wolves Volley 2-1 (21-18; 13-21; 23-21)
Długo zastanawialiśmy się, jaki będzie wynik spotkania. Z jednej strony dość wyraźnym faworytem meczu była drużyna Dream Volley, z drugiej zaś trudno było nam przejść obojętnie obok stale rosnącej formy 'Wilków’. Choć jesteśmy mniej więcej w jednej trzeciej ligowych zmagań, ekipa Wolves Volley po reformie ligi jeszcze nigdy nie plasowała się tak wysoko. Początek spotkania to jednak przewaga faworyta, który grał doskonale w obronie i wysunął się na prowadzenie 11-6. Choć gra defensywna drużyny Dream Volley mogła robić wrażenie, ofensywa Wolves Volley była w czwartkowy wieczór na naprawdę wysokim poziomie – to właśnie między innymi dzięki temu 'Wilki’ zdołały z czasem zniwelować straty do jednego oczka (17-16). Końcówka seta to jednak przewaga zespołu Mateusza Dobrzyńskiego, który wygrał tę partię do 18. Środkowa odsłona to obraz gry, którego się nie spodziewaliśmy – choć w połowie seta mieliśmy remis po 10, w dalszej części oglądaliśmy doskonałą grę Wolves Volley, która stłamsiła faworyzowanego rywala i wygrała do 13. Wow – to było naprawdę imponujące. Mało brakowało, a w podsumowaniu meczu rozpływalibyśmy się nad dyspozycją 'Watahy’. W trzecim secie rywalizacji – umówmy się – absolutnie nie odstawali od swojego rywala, tocząc z nim wyrównany pojedynek. Ba – na półmetku seta Wolves Volley prowadzili nawet 10-7. Z czasem gra się wyrównała, a końcówka seta należała jednak do Dream Volley, który koniec końców okazał się bardziej poukładaną i zorganizowaną drużyną. Niemniej jednak – po raz pierwszy w obecnym sezonie gracze w niebieskich trykotach znaleźli się w tak poważnych tarapatach.
Team Spontan – Flota TGD Team 3-0 (26-24; 21-16; 26-24)
El partidazo. Rany, jakie to było dobre spotkanie. W zapowiedzi przedmeczowej wskazywaliśmy na to, że faworytem pojedynku będzie ekipa Team Spontan – w ostatnim czasie Flota TGD Team grała jednak na tyle dobrze, że nie stawialiśmy ich na całkowicie straconej pozycji. Przed meczem uznaliśmy, że drużynę Karoliny Kirszensztein stać na to, by powalczyć co najmniej o seta, a przy odrobinie szczęścia o sprawienie niespodzianki i zwycięstwo z faworyzowanym rywalem. Ostatecznie im się nie udało, ale każdy kto oglądał mecz, doskonale wie, że równie dobrze Flota mogłaby wygrać. W czwartkowy wieczór układ gwiazd był korzystniejszy dla Team Spontan. Choć do pewnego etapu seta wydawało się, że Spontan nie będzie miał problemów z zamknięciem partii na swoich zasadach (17-13), w końcówce sytuacja zaczęła się zmieniać – po czterech błędach w bardzo krótkim odstępie czasu Flota TGD Team doprowadziła do wyrównania po 19. Końcówka seta to walka na przewagi, w której Flota miała nawet piłkę setową, jednak Spontanowi udało się przełamać rywali i to oni cieszyli się z wygranej do 24. Środkowa partia to najmniej interesująca część meczu – pod koniec dobrze grający Spontan prowadził już 18-12 i choć w końcówce Flota zniwelowała nieco straty, Spontan zdołał uniknąć nerwówki z premierowej odsłony (21-16). Ostatni set? Flota prezentowała się w nim naprawdę dobrze i pod koniec prowadziła nawet 18-16 – podobnie jak w premierowej odsłonie miała w górze jedną piłkę setową, ale nie udało jej się ostatecznie wygrać. Team Spontan, choć był w tarapatach, zdołał jednak wygrać za komplet punktów – brawo!
Challengers – Kraken Team 1-2 (17-21; 21-10; 25-27)
Do niedawna pisaliśmy o tym, że w całej lidze pozostało dziesięć drużyn, które jak do tej pory nie zaznały goryczy porażki. Wówczas nie sądziliśmy, że jako pierwsi ‘z paktu’ wyłamią się gracze Challengers. Ci byli przecież w naszych oczach dość wyraźnym faworytem spotkania z Kraken Team. Owszem – w ostatecznym rozrachunku mieli się podzielić ze swoim rywalem punktami, ale wciąż – wygrana to wygrana. Początek spotkania to jednak obopólne badanie się przeciwników. Warto przy tym zauważyć, że poziom sportowy nie był najwyższy. Jeśli chodzi o emocję – również. Ot, klepanie punkt za punkt do stanu 15-15. Im bliżej byliśmy jednak końca tym stawka i ranga seta wzrastała. W najważniejszym dla losów seta momencie – Challengersi zaprezentowali słynna grę ‘na stojąco’. Słabszy moment rywali, błyskawicznie wykorzystali zawodnicy Krakena, którzy cieszyli się z wygranej do 17. Porażka w premierowej odsłonie sprawiła, że Challengersi od początku drugiego seta, wzięli się do ostrej pracy. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Po świetnym okresie Grzegorza Boguszewskiego, faworyt wysunął się na prowadzenie 15-5 i wówczas kwestia wygranej była już rozstrzygnięta. Finałowa partia potoczyła się w koszmarny dla Challengersów sposób. Nie dość, że po wyniszczającej grze na przewagi przegrali oni seta do 25, to na dodatek – pod koniec partii boisko z powodu kontuzji stawu skokowego musiał opuścić Fryderyk Górski. Trudno powiedzieć jaki to miało wpływ, ale Challengersi nie zdołali postawić kropki nad ‘i’ i to mimo prowadzenia 20-17. Zamiast tego dali tlen swoim rywalom, którzy po zawziętej walce opuszczali Ergo Arenę z kolejnymi dwoma punktami na koncie.
Dream Volley – Sharks 3-0 (21-14; 21-9; 21-12)
Koszmar ‘Rekinów’ powrócił ze zdwojoną mocą. Bądźmy uczciwi – przed meczem stawialiśmy na to, że Dream Volley zdobędzie komplet punktów i faktycznie się nie pomyliliśmy. Sądziliśmy przy tym, że zespół Pavlo Kudinova zaprezentuje jednak nieco lepszą siatkówkę. Niestety dla nich, to co oglądaliśmy na boisku numer 2 sprawiało, że kilkukrotnie było nam ich po prostu żal. Rany, co to była za słabizna. Dość powiedzieć, że spośród wszystkich 141 (!) spotkań w obecnym sezonie, to właśnie Sharksi mogą ‘pochwalić się’ pobiciem rekordu. A to, że niechlubnego? Któż by się przejmował. O co chodzi? Ano o to, że Dream Volley w meczu z beniaminkiem trzeciej ligi zdobył aż 14 punktów po asach serwisowych. Rany – to się na trzecioligowym szczeblu po prostu nie wydarza. No właśnie, ale czy ‘jutro’ Dream Volley będzie w ogóle w tej trzeciej lidze grał? Idąc dalej – czy Sharski będą grali w trzeciej? Bo wiecie – wydaje nam się, że za pół roku, obie drużyny będą dzieliły dwie klasy rozgrywkowe. Dream będzie grał w drugiej, a Sharksi w czwartej lidze. Wówczas wytłumaczenie wydarzeń z czwartkowego meczu nie jest już tak abstrakcyjne i znajdujemy w tym sporo zrozumienia. A sam mecz? Tu naprawdę nie ma o czym za specjalnie mówić. Dysproporcja była po prostu ogromna, a w porównaniu do wcześniejszego rywala Dream – Wolves Volley, ‘Rekiny’ zaprezentowali się fatalnie. Na koniec jeszcze słówko o Michale Hawryliku. Byłoby bowiem czymś absolutnie obrzydliwym gdybyśmy o tym nie wspomnieli. Skrzydłowy ‘Marzycieli’ miał w meczu aż…osiem asów serwisowych i jest to jeden z siedemnastu najlepszych wyników w historii niemal 4 tysięcy spotkań. Warto przy tym zaznaczyć, że znaczna większość z nich to mecze z absolutnym dołem czwartoligowej tabeli – brawo!
Flota Active Team – Hydra Volleyball Team 1-2 (21-16; 20-22; 17-21)
‘Myślał Flociarz o niedzieli, a w sobotę łeb mu ścieli’. Po bardzo łatwym zwycięstwie ze Złomowcem Gdańsk, zespół łysego gangusa Mateusza Iwaniaka rywalizował z beniaminkiem trzeciej ligi – Hydrą Volleyball Team – i miał nadzieje na doskoczenie do ścisłego ligowego topu. Ci drudzy, czytając zapowiedzi przedmeczowe, mogli mieć poczucie żalu pomieszane z niesprawiedliwością – Hydra była bowiem skazywana na porażkę i na to, że w dalszej części sezonu będzie walczyć o utrzymanie w drugiej lidze. Precyzując – Redakcja nie pisała o Hydrze zbyt pochlebnie. Cała narracja z zapowiedzi broniła się jednak w pierwszym secie rywalizacji – to Flota była stroną dominującą i po sporej liczbie błędów w ataku 'Bestii’ wysunęła się na prowadzenie 15-11, a następnie bez najmniejszych problemów wygrała partię do 16. Początek drugiego seta był pewnym potwierdzeniem tego, co już widzieliśmy – Hydra na tle rozpędzonego rywala prezentowała się dość blado i w konsekwencji przegrywała już sześcioma oczkami (14-8). Zastanawiamy się, czy ktokolwiek oglądający spotkanie przewidział, że w secie dojdzie do totalnego zwrotu akcji. Choć po chwili było już 18-12, to pod koniec seta faworyt zupełnie się pogubił i sześć kolejnych punktów zdobył beniaminek drugiej ligi (18-18). Mimo to Flota zdołała zrobić przejście i jeszcze przy stanie 20-18 sytuacja wydawała się być dość oczywista – rywal doprowadził do wyrównania, ale w momencie kiedy zrobiło się groźnie, faworyt miał odjechać. Nic bardziej mylnego. Po dwóch blokach Hydry oraz dwóch błędach w ataku Floty beniaminek zdołał doprowadzić do wyrównania w setach. Cała ta sytuacja mocno rozsierdziła graczy w fioletowych strojach, którzy mieli przecież wygraną meczu na wyciągnięciu ręki – jak się po chwili okazało, kolejne kłopoty miały jednak nadejść. W trzecim secie pozytywnie nakręcona Hydra wysunęła się na prowadzenie 17-15 i po chwili stała się sprawcą sporej niespodzianki, wskakując na wysokie piąte miejsce w ligowej tabeli – brawo!