Za nami dziesiąty dzień meczowy w sezonie Wiosna’26. W czwartek czwarte już spotkanie w sezonie wygrał nowy lider trzeciej ligi – ekipa DSGSA. Ponadto swoje pierwsze mecze w obecnej kampanii zwycięsko zakończyły drużyny Tufi Team oraz Speedway AWKS. Zapraszamy na podsumowanie!
Szach-Mat – Tufi Team 1-2 (21-11; 19-21; 18-21)
Po pierwszych dwóch spotkaniach w sezonie narzekaliśmy nieco na dyspozycję Szach-Matu. Dawaliśmy temu znać zarówno w magazynie, w zapowiedziach, podsumowaniach meczów czy nawet w wywiadzie przeprowadzonym z rozgrywającym Marcinem Nasiorowskim. Wszystkie osoby, które miały tego świadomość, mogły zastanawiać się, o co ta Redakcja się czepia. Ich team w czwartkowy wieczór sprawiał się genialnie, przynajmniej do pewnego momentu. Pierwszy set rywalizacji to wyraźna przewaga graczy w czarnych strojach, którzy po doskonałej grze w bloku wysunęli się na prowadzenie 15-7. Kiedy dołożymy do tego mnóstwo błędów Tufi Team oraz zaledwie pięć punktów zdobytych po własnych akcjach – wynik 21-11 nie mógł nikogo dziwić. Ok – do połowy środkowej partii widzieliśmy co prawda progres w drużynie Pawła Szafrana. Mimo to było to wciąż zbyt mało, by zaskoczyć dobrze dysponowanych rywali, którzy chwilę po półmetku seta prowadzili 16-11. Wówczas chyba nikt nie spodziewał się, jak sielanka może w jednej chwili zamienić się w koszmar. Po kilku błędach oraz świetnym fragmencie rywali na tablicy wyników mieliśmy remis po 19. Po chwili gracze Pawła Szafrana poszli za ciosem i po zdobyciu kolejnych dwóch oczek mogli cieszyć się z doprowadzenia do wyrównania. Oj, dawno nie widzieliśmy tak zaprzepaszczonej szansy na zwycięstwo jak w przypadku Szach-Matu (21-19). Ostatni set to wyraźna przewaga Tufi, którzy poszli za ciosem i wysunęli się na prowadzenie 15-9. Po chwili jednak czuliśmy, że gdzieś takie obrazki już oglądaliśmy. Ku naszemu zaskoczeniu Szach-Mat zaczął odrabiać straty, ale finalnie nie udało im się powtórzyć wyczynu z poprzedniego seta, przegrywając finałową partię do 18.
Only Spikes – Craftvena 1-2 (21-16; 19-21; 21-23)
Powtarzamy się? Owszem – zdajemy sobie z tego sprawę. W obecnej kampanii wielokrotnie podkreślamy, że gracze Only Spikes są dla nas drużyną, która zrobiła jeden z największych postępów lub nawet największy spośród wszystkich 52 drużyn w ligowej stawce. To nie jest jedynie nasze przeczucie, ale ma to potwierdzenie w wynikach osiąganych przez drużynę. Wczoraj wieczorem team Patryka Łabędzia rywalizował z Craftveną, z którą jak do tej pory mierzył się czterokrotnie. Jak można wywnioskować z ogólnej narracji – w każdym z wspomnianych meczów team w żółtych strojach przegrywał 0-3 i prawdę mówiąc były to wyniki w pełni zasłużone. Weźmy pierwszy przykład – z najlepszego wówczas sezonu Only Spikes. Sezon Jesień’25 – mecz z Craftveną – wynik 0-3. Wynik poszczególnych setów? Do 8, 12 oraz 14. O czym my w ogóle mówimy. Przepaść. Wczoraj wieczorem zespół ‘Kanarków’ był o włos od zwycięstwa i gdyby to oni, a nie ‘Rzemieślnicy’ wygrali spotkanie – nikt nie mógłby nawet pisnąć o jakiejś niesprawiedliwości. Już w pierwszym secie rywalizacji, 'Rzemieślnicy’ znaleźli się w prawdziwych tarapatach i nie byli w stanie przeciwstawić się rozpędzonym rywalom, którzy wygrali do 16. W drugim secie Craftvena zdołała sobie zbudować kilkupunktową zaliczkę. (18-15). Pod koniec seta Only Spikes postraszyli jednak rywali, ale mimo to 'Rzemieślnicy’ postawili po chwili kropkę nad 'i’. Napisać, że w trzecim secie gracze Only Spikes byli blisko zwycięstwa, to nic nie napisać. Pod koniec seta dobrze dysponowana drużyna w żółtych strojach wysunęła się na prowadzenie 19-16 i wówczas chyba nikt nie wierzył już w jakikolwiek twist. Sygnał do odrabiania strat dał Craftvenie dobrze dysponowany w ostatnim czasie Emiliano Archenti. Po dwóch atakach wspomnianego gracza Craftvena doprowadziła do wyrównania po 19, a już po chwili – cieszyli się z drugiego punktu w meczu. Uff, było naprawdę blisko.
Wolves Volley – Challengers 1-2 (14-21; 12-21; 21-18)
W magazynie #3, który nagrywaliśy w czwartek po spotkaniach ligowych, Ekspert Tomasz Nurzyński zwrócił uwagę na dość ciekawą rzecz. W jego odczuciu Challengersi znaleźli się w nowej dla siebie sytuacji. Przez kilka sezonów spędzonych w drugiej lidze celem numer jeden drużyny było to, aby zapewnić sobie spokojne utrzymanie. Do realizacji celu przybliżało drużynę zwycięstwo w stosunku 2-1. Aktualnie powodów do radości z podziału punktów drużyna taka jak Challengers powinna mieć znacznie mniej. Kiedy przeanalizujemy sobie, ile punktów potrzebowały drużyny w przeszłości do awansu do wyższej ligi, to wychodzi na to, że średnia dwóch oczek na mecz może okazać się niewystarczająca. Piszemy o tym teraz, ponieważ dla drużyny Wojciecha Lewińskiego było to trzecie spotkanie i trzecie zwycięstwo, a jakże – po podziale punktów. Jeśli team chce awansować, to w naszym odczuciu musi podkręcić tempo. Prawdę mówiąc, po tym jak wyglądały dwa pierwsze sety czwartkowego spotkania, sądziliśmy, że właśnie mecz z Wolves Volley będzie pierwszym, w którym gracze w niebiesko-różowych barwach zainkasują pełną pulę. No bo powiedzmy sobie wprost – była to różnica klas. Pierwszy set? Siły ‘Wilkom’ wystarczyło tylko do połowy partii. Z czasem ruszyła machina Challengersów, którzy wygrali do 14. Jeszcze większą dysproporcję oglądaliśmy w środkowej partii, która zaczęła się od stanu 9-2 dla faworyta. To w sposób oczywisty zabiło emocje w odsłonie, którą ex-drugoligowiec wygrał do 12. Wydawało się, że trzeci set będzie tylko formalnością. Choć po ataku Grzegorza Boguszewskiego, który dał prowadzenie drużynie 9-7, sytuacja faworyta zdawała się być komfortowa – Wolves Volley radzili sobie coraz śmielej i coraz lepiej. Po skutecznych atakach duetu Merski – Łubiński, Wolves Volley wysunęli się na prowadzenie 15-13 i choć rywal próbował jeszcze ratować sytuację (17-16), to końcówka należała do Wolves, których należy pochwalić za grę do końca i za to, że nie zniechęcili się po dwóch bardzo nieudanych setach (21-18).
Siatkersi – Hapag-Lloyd 2-1 (21-18; 13-21; 21-17)
Musimy zachować proporcję i równowagę. Z jednej strony musimy wystarczająco pochwalić drużynę Hapag-Lloyd, ale co oczywiste – Siatkersom nie może przejść to płazem. Skupimy się i na nich. Tak czy siak – potężny faworyt spotkania i drużyna, która w dwóch ostatnich sezonach zajmowała odpowiednio piąte oraz szóste miejsce, rozpoczął spotkanie w miarę nieźle. Ok – nie był to styl jak niegdyś, ale wystarczyło to do ogrania drużyny z końcówki tabeli. Oczywiście było to zwycięstwo zrodzone w bólach, bo przez niemal całego seta to zespół Joanny Kożuch był na prowadzeniu. W końcówce Hapag-Lloyd był jednak klasycznym Hapag-Lloydem i się pogubił. Sądzimy, że swoisty parasol ochronny nad drużyną się skończył. Kiedy odwalają maniane – a w tym przypadku tak było – to nie sposób o tym nie napisać. Roztrwoniona przewaga (18-15) i poczucie niewykorzystanej szansy będzie się za ‘Logistykami’ ciągnęło przez długi czas. To, co graczom Joanny Kożuch nie udało się w premierowej odsłonie, udało się w drugim secie rywalizacji. Wow – ależ to było dobre granie. Po kilku atakach świetnie dysponowanego Damiana Grabowskiego gracze w pomarańczowych strojach wysunęli się na prowadzenie 10-3, a z czasem – 18-11. Jeśli Siatkersi liczyli na to, że rywal poda im rękę tak jak uczynił to w pierwszym secie, to się srogo przeliczyli. Już po chwili po atakach – a jakże, Damiana Grabowskiego – ‘Logistycy’ zdobyli swój drugi punkt w sezonie. W trzecim secie Siatkersi zaczęli w końcu grać i w konsekwencji wysunęli się na prowadzenie 17-10. To, o jakim spadku formy mówimy, niech świadczy fakt, że w końcówce zrobiło się gorąco (19-17). Ostatecznie team Sebastiana Wilmy zdołał przepchnąć zwycięstwo kolanem, ale umówmy się – nastroje w obozie nie są zbyt dobre.
DHP Oliwa – Hydra Volleyball Team 2-1 (23-21; 17-21; 21-14)
Po świetnej inauguracji, w której Hydra Volleyball Team zgarnęła komplet oczek – ‘Bestia’ przegrywa drugie spotkanie z rzędu, co jednoznacznie pokazuje, jak ogromna różnica dzieli zmagania drugo- i trzecioligowe. Przypomnijmy, że jeszcze niedawno Hydra bez najmniejszego problemu radziła sobie na trzecioligowych parkietach, gdzie umówmy się – żadna z drużyn nie zbliżyła się nawet do tego poziomu. W drugiej lidze sytuacja wygląda jednak inaczej, a ‘Bestia’ z roli kata bardzo szybko przeobraziła się w ofiarę. Nie jest rzecz jasna tak, że nie mają oni szans z rywalami. Przy odrobinie szczęścia to Hydra mogła wygrać czwartkowe starcie. Najciekawszą partią w meczu była premierowa odsłona, która od samego startu była walką ‘łeb w łeb’. Nie oznacza to bynajmniej, że była to jakoś wybitnie jakościowa rozgrywka. Po obu stronach siatki nie brakowało błędów, a w pewnym momencie zastanawialiśmy się, ile jeszcze zagrywek zepsują obie drużyny. Końcówka seta? A jakże. O tym, że to DHP wygrało tę partię, zadecydowało w dużej mierze dwa błędy ‘Bestii’, po których rywale cieszyli się z pierwszego punktu w meczu (23-21). Środkowa partia to zwrot akcji. Gracze w złotych strojach już na półmetku seta zbudowali sobie czteropunktową zaliczkę (10-6) i choć z czasem Oliwa odrobiła niekorzystną dla siebie sytuację, to w końcówce seta to oni popełnili aż cztery (!) poważne błędy, które kosztowały ich porażkę w secie do 17. Trzeci set to jednak wyraźna przewaga drużyny z ‘serca Gdańska’. Warto podkreślić tu, że w decydującym o zwycięstwie secie kultura gry była zdecydowanie po stronie Oliwy. Po kilku atakach w aut Hydry, Oliwa prowadziła już 15-8 i stało się oczywiste, że to oni wygrają spotkanie na środkowym boisku (21-14).
Audiofon Karczemki – DSGSA 1-2 (21-15; 17-21; 17-21)
Zespół DSGSA się nie zatrzymuje. Wow – co to jest za początek sezonu w trzeciej lidze. Po awansie do wyższej klasy rozgrywkowej zespół Michała Farona ograł trzech kolejnych rywali. Czwartym przeciwnikiem była jednak ekipa Audiofon Karczemki i tu już sytuacja taka oczywista nie była. Niemal 50% osób biorących udział w Typerze SL3 wskazywało na to, że to team Pawła Urbaniaka będzie górą. Początek spotkania zdawał się to potwierdzać, bo zespół w biało-czerwonych barwach grał na bardzo wysokim poziomie i chwilę po półmetku seta wysunął się na prowadzenie 14-7. W dalszej części nic się nie zmieniło i w konsekwencji Audiofon cieszył się z pierwszego punktu w meczu (21-15). Środkowa partia to jednak zwrot akcji, na co wpływ miała między innymi spora liczba zepsutych zagrywek w obozie Karczemek (8-5). Dalszą część seta oglądało się naprawdę przyjemnie, a z obu stron siatki nie brakowało mocnych i efektownych wymian, w których inicjatywę miał beniaminek. Warto podkreślić, że w obozie Pawła Urbaniaka nie brakowało również prostych błędów, które uniemożliwiały im nawiązanie walki z beniaminkiem (21-17). Decydujący o zwycięstwie set rozpoczął się w najlepszy możliwy sposób dla DSGSA. Team w bordowych strojach na półmetku seta prowadził już 10-7, a z czasem ich przewaga się jeszcze powiększyła (14-8). Choć po punktach aktywnego Romana Grzelaka Audiofon próbował jeszcze odwrócić losy spotkania, to na reakcję było już za późno. Ostatecznie DSGSA wygrał partię do 17 i w konsekwencji wskoczył na fotel lidera trzeciej ligi – wow, brawo!
Dream Volley – MiszMasz 2-1 (21-18; 21-12; 19-21)
Wiedzieliśmy, że prędzej czy później (bardziej prędzej) Dream Volley nawiąże do tradycji i zgubi punkt w meczu, w którym byli oni wyraźnym faworytem. W zapowiedzi przedmeczowej pisaliśmy również o sporych problemach kadrowych i faktycznie – to się potwierdziło. Mimo to gracze w niebieskich trykotach przynajmniej do pewnego momentu stanęli na wysokości zadania. To po początku spotkania nie było bynajmniej tak oczywiste, bo to rywal lepiej wszedł w mecz i chwilę po otwarciu prowadził 8-4. Po chwili ‘Marzyciele’ wykonali jednak bardzo dobrą pracę i nie pozwolili MiszMaszowi pójść za ciosem. Po kilku składnych akcjach doprowadzili do wyrównania po 8, a w dalszej części seta byli już stroną dominującą, zapewniając sobie wygraną do 18. Środkowa odsłona to absolutnie przespany okres drużyny MiszMasz. Już na początku seta Dream Volley wysunął się na prowadzenie, a ich rywale musieli gonić (5-1). Prawdę mówiąc ta gonitwa nie była jednak zbyt ofensywna. Owszem – w pewnym momencie przewaga faworyta stopniała do dwóch punktów (11-9), ale druga część seta to jeszcze większa niż na początku przewaga ‘Marzycieli’ (21-12). Ostatnia partia? Słynny syndrom trzeciego seta i wkładanie kija w szprychy roweru. Po festiwalu błędów na początku seta w wykonaniu faworyta, MiszMasz wysunął się na prowadzenie 8-3. Z czasem Dream zaczął gonić i faktycznie z perspektywy MiszMaszu zrobiło się nawet groźnie (20-19). Mimo pewnych kłopotów drużyna Rafała Wróblewskiego zdołała wygrać finałową partię do 19, niemniej jednak wciąż czekają na premierowe zwycięstwo w sezonie Wiosna’26.
DHP Oliwa – DNV Volley Gdańsk 1-2 (15-21; 17-21; 21-16)
Trzy punkty po dwóch czwartkowych spotkaniach? Sądzimy, że jest to wynik, którego DHP Oliwa nie musi się wstydzić. Gdyby team punktował ze średnią 1,5 na mecz w całym poprzednim sezonie – wówczas nie musieliby walczyć o utrzymanie do samego końca. Jeśli chodzi jednak o spotkanie z jednym z głównych faworytów do awansu – DNV Volley Gdańsk – to warto podkreślić, że Oliwa zagrała bez absolutnie żadnych kompleksów. Inną sprawą jest oczywiście to, na ile to wystarczyło z tak mocarnym rywalem. Już na samym początku spotkania zarysowała się wyraźna przewaga faworyta, który po ataku Michała Mysłowskiego prowadził 7-3. Dalsza część to budowanie sobie przewagi. Kiedy po punktach Macieja Feliksa oraz Illi Yenoshyna Volley wysunął się na prowadzenie 14-7, to wiedzieliśmy, że ‘włos im z głowy już nie spadnie’ (21-15). Środkowa partia to już inny obraz gry. Od samego początku seta gracze DHP Oliwy pilnowali tego, by rywal nie zdołał im odskoczyć. Do półmetku seta im się to udawało (11-11), a ‘żółto-czarni’ zdołali objąć prowadzenie dopiero w dalszej części seta. Warto przy tym podkreślić, że pomogli im w tym sami rywale, którzy w końcówce środkowej partii zaatakowali w aut i to kilkukrotnie. Chcąc wygrać z tak utytułowanym rywalem – nie możesz się mylić (21-17). Zdecydowanie lepiej gracze Adama Wyrzykowskiego poradzili sobie w ostatnim secie spotkania, który podobnie jak środkowa partia doprowadził nas do stanu po 11. W odróżnieniu od tego, co oglądaliśmy kilkanaście minut wcześniej, tym razem to ‘Oliwa’ odpaliła rakietę. Po skutecznych atakach Stanisława Urbana oraz błędach rywali, Oliwa wysunęła się na prowadzenie 18-12, co pozwoliło im na zdobycie ostatniego punktu w meczu (21-16).
Flota TGD Team – Speedway AWKS 1-2 (17-21; 16-21; 21-15)
Jeśli dalej tak pójdzie – Flota TGD Team znajdzie się w poważnych tarapatach. Po czwartkowym spotkaniu zespół Karoliny Kirszensztein plasuje się na ostatnim miejscu w ligowej tabeli. Ok – dla tego mamy jeszcze sensowne usprawiedliwienie. Wszak team rozegrał najmniejszą liczbę spotkań spośród wszystkich trzecioligowców. Jest też druga strona medalu, która nie pozwala zapomnieć nam o tym, że patrząc na styl gry – Flota zaczyna wyrastać na bardzo poważnego kandydata do spadku. Wczoraj wieczorem siódma drużyna poprzedniego sezonu rywalizowała z beniaminkiem trzeciej ligi i na jego tle wypadła bardzo blado. Na początku spotkania po punktach Mateusza Sadowskiego oraz Pawła Połanieckiego AWKS wysunął się na prowadzenie 10-7. W dalszej części seta doświadczona Flota nie była w stanie realnie zagrozić rywalom, którzy cieszyli się po chwili z pierwszego punktu w meczu. Choć zabrzmi to dla Floty brutalnie – widząc tak dysponowanego rywala, grzechem byłoby nie powalczyć o pierwsze zwycięstwo w sezonie. Choć do połowy środkowej partii obie drużyny szły ‘łeb w łeb’ (10-10), to po punktach Mateusza Sadowskiego oraz Bartłomieja Haski Speedway prowadził już 17-12 i po chwili mógł świętować pierwszy triumf w sezonie Wiosna’26. Ostatni set to wreszcie przebudzenie Floty, która po błędach rywali wysunęła się na prowadzenie 10-4. Tak wysokie prowadzenie w sposób naturalny ustawiło dalsze zmagania w meczu. Ostatecznie Flota wygrała tę partię do 15, aczkolwiek wynik 1-2 jest dla nich sporym rozczarowaniem.
W meczu Only Spikes – Craftvena opis dwóch pierwszych setów jest chyba odwrotnie opisany 😉 1 set dla OS drugi dla Craftveny
już poprawione, dzięki!