Za nami poniedziałkowa seria gier, w której doszło do kilka bardzo ciekawych pojedynków. W czwartej lidze świetne spotkanie zagrała ekipa Sharks, która w meczu z Feniksem, zanotowała aż…16 bloków! Zapraszamy na podsumowanie!
VB FE Sulmin – ACTIVNI Gdańsk 1-2 (17-21; 21-18; 11-21)
Dla obu drużyn, poniedziałkowe starcie było doskonałą okazją do przełamania po nieudanym początku sezonu. Tak się bowiem składa, że obie drużyny miały do wczoraj rozegranych sumarycznie pięć meczy, w których nie udało im się zdobyć choćby punktu. Było zatem jasne, że w poniedziałek, liczba drużyn bez zwycięstwa na koncie, skurczy się o co najmniej jeden team. W naszych oczach wyraźnym faworytem meczu była ekipa ACTVNYCH Gdańsk, dla których było to już 133 spotkanie w rozgrywkach Inter Marine SL3. Choć nie bez problemów, to doświadczony zespół objął czteropunktowe prowadzenie na półmetku seta w czym bez wątpienia, udział miała dobra gra w obronie (13-9). Wypracowana zaliczka wystarczyła do tego, by w dalszej części seta trzymać rywala na bezpieczny dystans, wygrywając finalnie do 17. Do pewnego momentu w drugim secie, wszystko wydawało się być pod kontrolą ACTIVNYCH. Po kilku błędach rywali, prowadzili oni 8-6 i kompletnie nic nie wskazywało na zwrot akcji. Game-changer? Z całą pewnością Patryk Nowak, który wziął na swoje barki odpowiedzialność za wynik oraz grę drużyny VB FE Sulmin. Ależ to był dobry fragment skrzydłowego. To właśnie po jego pięciu atakach z rzędu, ‘underdog’ spotkania objął prowadzenie 11-8 i w konsekwencji nie dał się już ograć rywalom. Na nic zdały się w końcówce seta próby Michała Galińskiego – punkt za drugi set, trafił do zespołu występującego ‘w delegacji’ (21-18). Ostatni set poniedziałkowego spotkania to już wyraźna przewaga drużyny Artura Kurkowskiego. ACTIVNI po dobrej grze, prowadzili w połowie już 11-6 i nie mieli żadnego problemu z tym, by postawić kropkę nad ‘i’.
Sharks – Feniks Gdańsk 3-0 (21-15; 21-10; 21-15)
Mimo dziewięciu punktów na inaugurację – znajdowaliśmy w ostatnim czasie sporo argumentów, by uderzyć w drużynę ‘Rekinów’. Główny zarzut dotyczył przede wszystkim stylu, w którym team Pavlo Kudinova odnosił wygrane. Niby były to zwycięstwa za komplet punktów, ale umówmy się – taki Dream Team nie miał moralnego prawda przegrać żadnego z setów i dodatkowo – powinien wygrywać w sposób przekonujący. Spotkanie z Feniksem anonsowaliśmy jako potencjalnie najtrudniejszy z dotychczasowych spotkań Sharksów. Wiecie – mecz z dawnymi partnerami z drużyny, mecz z ekipą, która potrafi grać itd. Cóż – skończyło się na komplecie oczek ‘Rekinów’ i wreszcie był to styl, którego można było od tej drużyny wymagać. Z czego zapamiętamy mecz poza dominacją ‘Sharksów’? Z pewnością z absolutnej demolki w bloku, którą faworyzowana drużyna, zafundowała swoim rywalom. NIEWIARYGODNE. Wynik 16 bloków jest trzecim najwyższym wynikiem w historii ligi, a warto nadmienić, że rozegraliśmy już grubo ponad 3 tysiące spotkań. Ciekawy był również moment, w którym atakujący Sharksów – Sergiej Ivanenko zdobył…6 punktów z rzędu asem serwisowym. Cóż – z takimi indywidualnościami, Feniks nie miał wczoraj najmniejszych szans i sytuacji nie zmienia tu fakt, że w pierwszym secie szło im całkiem nieźle (10-10). Gdy tylko było trzeba, Sharksi podkręcili tempo i wygrali seta do 15. Choć w trzecim secie rywalizacji wynik był taki sam, to jednak przebieg gry zupełnie inny. Zespół Pavlo Kudinova od samego początku narzucił swoje warunki gry, a Feniks dopiero z czasem zaczął punktować. Nie zmieniło to jednak postaci rzeczy, że wygrał team zdecydowanie lepszy. Oj tak – w poniedziałek ‘Rekiny’ otworzyły wreszcie paszczę.
TKKF Orlen – VB Inter-Grahen Sulmin 0-3 (9-21; 16-21; 16-21)
Choć w teorii VB Inter-Grahen Sulmin miał z TKKF Orlen rachunki do wyrównania, to prawda jest taka, że w poniedziałkowy wieczór rywalizowali oni z…niemal całkowicie nową drużyną. Tak się składa, że nikt, poza Grzegorzem Wosiem nie pamięta spotkania, do którego doszło 16 kwietnia – w sezonie Wiosna’25. Przypomnijmy, że wspomniane spotkanie, dość niespodziewanie wygrali ‘Nafciarze’. Mimo to – we wczorajszym pojedynku nie dawaliśmy im większych szans, z rozpędzonym rywalem. Już na początku spotkania, gracze Kacpra Wiczkowskiego udowodnili swoją dominację. Po punkcie rozgrywającego – Daniela Szultki, gracze w czarnych strojach objęli prowadzenie 10-5. Już po chwili, przewaga zespołu z Sulmina urosła do stanu 18-9 i wówczas stało się oczywiste, że nic złego faworytom się już nie stanie (21-9). Z drugiej strony po premierowej partii mieliśmy silne przeświadczenie, że równie dużej dysproporcji w kolejnych setach nie zobaczymy. Wbrew pozorom, bardzo młody zespół TKKF Orlen ‘coś tam odbijał’ i z pewnością – pewne umiejętności ma. Sądzimy, że gdyby ktoś doświadczony i z analitycznym okiem ich wczoraj ‘poustawiał’, to zagraliby o wiele lepiej. Tak czy siak – w połowie drugiego seta, VB Inter-Grahen Sulmin prowadził 10-6 i uznaliśmy wówczas, że jesteśmy świadkami powtórki z pierwszego seta. Na całe szczęście dla widowiska – w dalszej części seta, Orlen potrafił odgryźć się rywalom i zdołał zniwelować straty do zaledwie jednego oczka (16-15). Kiedy wydawało się, że jest szansa na emocjonująca końcówkę to całą zabawę zepsuli gracze dowodzeni przez Daniela Bąbę, którzy kilkoma atakami skończyli seta do 16. Taki sam wynik padł zresztą również w ostatnim secie rywalizacji, aczkolwiek trzeba uczciwie przyznać, że był to najciekawszy do oglądania fragment meczu. TKKF Orlen przez bardzo długi czas miał z rywalem kontakt (16-14) i rywal dopiero w ostatniej fazie meczu, zdołał im się ‘urwać’ (21-16), wygrywając przy tym za komplet punktów. Brawo!
BL Volley – Tiger Team 2-1 (22-20; 20-22; 21-11)
W ostatnim czasie, gracze BL Volley musieli zmierzyć się z absolutnie nową dla siebie sytuacją. Ależ to była pompka. A to chwalenie drużyny w magazynie, a to drużyna tygodnia, a to zawodnik tygodnia. A to wygrane z faworytami jak Team Spontan czy Kraken. Trzecioligowy Midas – czego się nie dotknął, zamieniał w złoto. Tak samo miało być i w poniedziałkowy wieczór, gdzie ich rywalem był niemający zbyt dobrego okresu Tiger Team. Z drugiej strony – warto wspomnieć o pewnym zakładzie, do którego doszło między Redakcją a graczem Tiger Team – Przemysławem Masznerem. Wspomniany skrzydłowy był tak pewny wygranej, że zgodził się przeprosić za wygadywane głupstwa podczas najbliższego wywiadu – wierzymy na słowo. Tak czy siak – pewność Tigera nie objawiała się tylko w small-talkowych gadkach przed meczem. Przejawiało się to również, a może przede wszystkim w meczu, bo trzeba przyznać, że Tiger zaczął poniedziałkowe starcie kapitalnie. Po asie serwisowym rozgrywającego – Jesusa Mediny, Tiger prowadził już 14-9. Choć w końcówce prowadzili 20-17 i w naszym odczuciu nie było siły, która mogła wydrzeć im zwycięstwo z rąk – Tiger Team nawiązał do swojej często niechlubnej historii. Pisząc w żołnierskich słowach – zesrał się metr przed kiblem. Zamiast wykończyć przeciwnika, pozwolił im się rozbujać i po skutecznych atakach Wojtka Kiełba – było po wszystkim (22-20). Niepowodzenie w pierwszym secie nie złamało jednak graczy Tiger Team. Zespół Dawida Staszyńskiego raz jeszcze rozpoczął kapitalnie seta (12-7) z tą tylko różnicą, że tym razem skończyło się happy-endem. Owszem – w końcówce było nerwowo, nawet bardzo, ale koniec końców się udało (22-20). Ostatni set to już wyraźna przewaga graczy BL Volley, którzy zagrali wreszcie tak, jak można było oczekiwać tego po drużynie tygodnia. Finałowa partia to set, w którym Tiger Team nie zdołał podjąć jakiejkolwiek walki (21-11).
VB Sulmin – MPS Volley 1-2 (14-21; 8-21; 21-18)
Sytuacja wraca powoli do normy. Po początku sezonu, w którym VB Sulmin wygrał dwa mecze z rzędu, uznaliśmy, że są oni w stanie nawiązać do swojego bardzo dobrego, drugoligowego okresu. Już chwilę po tym przegrali ze Złomowcem, a wczoraj – musieli uznać wyższość MPS-u Volley. Prawdę mówiąc – w naszym odczuciu powinni cieszyć się z tego, że nie wracali do domu ‘na pustaka’. Tak się bowiem składa, że w pierwszym i drugim secie rywalizacji, oglądaliśmy ogromną wręcz dysproporcję na korzyść MPS-u. Mimo, że zwycięzców się nie sądzi, to jednak warto zwrócić uwagę na fakt, że wygrywając tak gładko – nie możesz pozwolić sobie na to, co wydarzyło się w trzecim secie. Nie możesz w momencie, w którym w głowie projektujesz już sobie wizję, jak będą wyglądały mecze w pierwszej lidze, do której chcesz się dostać. Wracając jednak do meczu – to zaczęło się dość niewinnie. ot prowadzenia rywala 12-7. Problem był jednak taki, że wraz z kolejnymi akcjami, VB nie próbował wskoczyć do pociągu, a ten z każdą kolejną akcją, nabierał jeszcze tempa (21-14). Szczególnie widoczne było to w drugim secie rywalizacji, który był absolutną dominacją Miłośników Piłki Siatkowej. Dla ich rywali, perspektywa wyglądała źle już w momencie, kiedy faworyt prowadził 13-7. Problem był jednak taki, że dalej było jeszcze gorzej dla Sulmina, którego dawno nie oglądaliśmy aż tak bezradnego (21-8). Po bardzo słabych dwóch setach – to nie miało prawa się wydarzyć. To jednak Inter Marine SL3, więc niemożliwe nie istnieje. Na półmetku finałowej partii, po atakach Damiana Kolki oraz Michała Kanki, VB Sulmin objął prowadzenie 10-8. Po chwili sytuacja zdawała się wracać do normy. MPS wysunął się na prowadzenie 18-15. W końcówce zespół Jakuba Nowaka miał jednak potężne problemy z przyjęciem zagrywki Daniela Bąby, a kiedy im się to finalnie udało – mieli problem z wykończeniem akcji. To z kolei zdaje się być gotowym przepisem na wpadkę (21-18).
Speednet – Czerepachy Volley 2-1 (21-16; 19-21; 21-19)
Po wynikach z początku obecnego sezonu, nie mieliśmy wątpliwości co do tego, która z drużyn będzie faworytem poniedziałkowego starcia. Był nim rzecz jasna Speednet, który w ostatnim czasie prezentował się naprawdę kozacko. Już początek spotkania pokazał jednak, że nie będzie to tak łatwe spotkanie, jak mogłoby się wydawać. W połowie pierwszego seta mieliśmy wynik po 11, a następnie 14-14. Po skutecznych akcjach Sebastiana Konarzewskiego oraz Mikołaja Skotarka, ‘Programiści’ wysunęli się na prowadzenie 17-14 co ‘ustawiło’ wynik pierwszego seta rywalizacji (21-16). Środkową odsłonę oglądało się bardzo przyjemnie. Na wysokim poziomie w obu teamach funkcjonowało zarówno przyjęcie, jak i rozegranie. Dodatkowo, obie drużyny popełniały w tej części stosunkowo mało błędów, co tylko potęgowało to, jak dobrze oglądało się mecz. Choć pod koniec seta po ataku Jakuba Perżyło, wszystko wskazywało na to, że set padnie łupem Speednetu (19-18), to po chwili świetną pracę dla Czerepachów wykonał dawno nie oglądany Kostian Rudnytskyi. Ostatecznie po błędzie graczy Speednetu – ‘Żółwie’ doprowadziły do wyrównania stanu rywalizacji, a o zwycięstwie musiał zadecydować trzeci set (21-19). Finałowa partia przez długi czas zdawała się być setem ‘bez historii’. Speednet objął bowiem prowadzenie 17-13. W końcówce w szeregach teamu Macieja Miścickiego zrobiło się jednak gorąco. Mimo że ‘Żółwie’ zdołali postraszyć rywali, to jednak ostatni punkt w meczu, zasilił konta ‘Programistów’.
AIP – DNV Volley Gdańsk 3-0 (21-18; 21-15; 21-15)
Spotkanie ‘derbowe’ z DNV Volley Gdańsk miało być odpowiedzią na to, czy imponująca wygrana z BEemką nie była tylko meczem, w którym ‘Przyjaciele’ wykorzystali sprzyjające im ‘momentum’. Choć wczorajszego wieczoru, ‘Fioletowi’ byli wyraźnym faworytem starcia, to jednak nie było sposobu na to, by nie pamiętać o inauguracji poprzedniego sezonu, w którym ‘żółto-czarni’ zaskakująco ograli ówczesnych brązowych medalistów. Z tamtego meczu, gracze AiP zdali się wyciągnąć wnioski, bo wczoraj – zdominowali przeciwnika i w pełni zasłużenie, sięgnęli po komplet oczek. Już na początku spotkania, ‘Przyjaciele’ objęli prowadzenie 12-5! Kiedy wydawało się, że jest już ‘pozamiatane’, w ‘żółto-czarnych’ wstąpiła nadprzyrodzona siła, po której zniwelowali oni straty do trzech oczek (16-13). Mimo, że trzykrotni Mistrzowie Inter Marine SL3 się przy tym nieziemsko nakręcili, to po chwili gracze AiP dopięli swego, wygrywając do 18. Środkowa odsłona rozpoczęła się bardzo podobnie jak pierwszy set. Już na półmetku, gracze w fioletowych barwach zdołali zbudować sobie kilkupunktową przewagę (9-5). Choć w dalszej części prowadzili już 18-11, to w końcówce popełnili kilka błędów, które wygładziły nieco wspomnienia o nieciekawym fragmencie ich rywali (21-15). Ostatni set poniedziałkowego starcia zapowiadał nam się naprawdę świetnie. Chwilę po połowie seta, gracze AiP mieli zaledwie jeden punkt przewagi nad rywalem (13-12). Mimo to – po kilku akcjach oraz błędach graczy w żółto-czarnych strojach, stało się jasne, która z drużyn wygra tę partię (21-15). Podsumowując – sytuacja AiP zdaje się być doskonała. W minionej edycji, tyle samo punktów co aktualnie, mieli dopiero po pięciu meczach. Brawo!
BEemka Volley – Bossman Team 3-0 (21-10; 22-20; 26-24)
Jak do tej pory mało się o tym mówiło, ale trzeba zestawić graczy Bossmana z brutalną rzeczywistością. Nie wszyscy zdają sobie bowiem sprawę z tego, że team Jakuba Kłobuckiego śrubuję aktualnie najgorszą w swojej historii passę…siedmiu porażek z rzędu. Wspomniana parszywa seria została zapoczątkowana – o ironio przez BEemkę Volley, w meczu, który został rozegrany 8 maja 2025 r. Tak czy siak – Bossman miał wczoraj kolejną szansę na odwrócenie nieciekawej sytuacji. Jeśli wyniki z ostatniego czasu były rozczarowaniem, to pierwszy set rywalizacji w wykonaniu zespołu Jakuba Kłobuckiego, był absolutnym dramatem. Przez dłuższą chwilę zastanawialiśmy się czy na parkiecie Ergo Areny nie zostało wylane kilka wiader charakterystycznego kleju, który nieodłącznie towarzyszy piłkarzom ręcznym. Po chwili zrozumieliśmy jednak, że ta przypadłość tyczy się wyłącznie Bossmana. BEemka poruszała się bowiem szybciej niż króliczki Duracella. Przepaść. Deklasacja. Wynik 21-10 mówi wszystko. Mimo to, Bossman zdołał się przebudzić. W drugim secie rywalizacji to oni przez dłuższy czas prowadzili grę. Jak się jednak okazało z czasem – prowadzenie 10-6 nic nie dało. Już po chwili BEemka doprowadziła do wyrównania po 16, a następnie – mieli kilka ‘piłek meczowych’. O jednej będzie się z pewnością przez długi czas dyskutowało, bo sędziujący w pojedynkę sędzia nie dostrzegł, że piłka po ataku z lewego skrzydła, dotknęła jednego z graczy Bossmana (22-20). Ostatni set to bardzo ciekawa partia, która przez długi czas była tą, w rodzaju ‘łeb w łeb’. Pod koniec niefrasobliwość graczy BEemki mogła się zemścić. Mimo trzech zepsutych zagrywek w końcowych akcjach meczu, to właśnie oni wygrali za komplet punktów. Jakiś czas temu wspominaliśmy o tym jak szybko zmienia się perspektywa. Po porażce z AiP, poprawioną dwoma zwycięstwami za komplet – sytuacja BEemki wygląda już zupełnie inaczej niż jeszcze kilkanaście dni temu.
Challengers – Złomowiec Gdańsk 1-2 (21-15; 18-21; 19-21)
W zapowiedziach przedmeczowych wskazywaliśmy na to, że z żadną inną drużyną w drugiej lidze, Złomowiec nie ma tak słabego bilansu bezpośrednich spotkań. Choć trudno w to uwierzyć, team Witolda Klimasa jeszcze nigdy nie wygrał z ekipą Challengersów. Mimo to, jako faworytów meczu wskazaliśmy właśnie team w miedzianych strojach. Początek poniedziałkowego spotkania należał jednak do Challengersów, którzy weszli w mecz w wymarzony wręcz sposób. Po kilku błędach ‘Złomków’ oraz punktach Michała Kocbucha i Pawła Kondrackiego, Challengersi rozpoczęli mecz od prowadzenia 6-0. Przez niemal całą resztę premierowego seta, obie drużyny zdobywały punkt za punkt, a jak wiadomo – taka taktyka w przypadku Złomowca nie była zbyt fortunna (21-15). Środkowa partia to przebudzenie Złomowca, który po zagrywce bardzo dobrze dysponowanego Marcina Bryłkowskiego, wysunął się na prowadzenie 11-6. Gdy wydawało się, że poznaliśmy właśnie zwycięzcę drugiego seta, Złomowiec popełnił kilka błędów, po których Challengersi doprowadzili do wyrównania po 12, a z czasem – wysunęli się nawet na prowadzenie 17-15. Już poprzedni mecz pokazał jednak, że obojętnie jakie to prowadzenie by nie było – team Wojciecha Lewińskiego może je roztrwonić. Po raz kolejny w świetny sposób pokazał się Marcin Bryłkowski i po kilku punktach przyjmującego Złomowca – wygrali oni do 18. Ostatni set poniedziałkowego spotkania rozpoczął się kolejnymi świetnymi zagrywkami wspominanego dziś niezwykle często – Marcina Bryłkowskiego (7-4). Choć w dalszej części po atakach Mariusza Kuczko, Challengersi doprowadzili do wyrównania 12-12, a następnie 19-19, to ostatnie słowo należało już do ‘Miedziowych’, którzy po trzech spotkaniach sezonu Jesień’25, mogą pochwalić się kompletem zwycięstw.