Po poniedziałkowej wygranej z Pekabexem, na drużynę DNV czekała prawdziwa weryfikacja. Ich rywalem była bowiem ekipa BL Volley, która poprzedni sezon zakończyła na szóstym miejscu w lidze. W naszych oczach to właśnie team Wojciecha Strychalskiego był faworytem spotkania i sytuacji nie zmienia tu fakt dość dotkliwej porażki, której ci doznali we wtorkowy wieczór. Wracając do konfrontacji z DNV to od samego początku spotkania aż do ostatniego gwizdka sędziego układało się ono idealnie dla BL. W pierwszej odsłonie po ataku Macieja Lewandowskiego było 11-6 dla graczy w czarnych strojach. W końcówce seta, dwa ataki ze środka siatki posłał Damian Skrzęta, po czym Tygrysy mogły zaryczeć po raz pierwszy (21-13). Środkowa partia to set, w którym dysproporcja pomiędzy drużynami była jeszcze bardziej widoczna. Choć zaczęło się w sposób, w którym trudno było dostrzegać anomalii (5-3) to fakt, że na kolejne 13 oczek BL przypadły tylko dwa punkty DNV może w pewien sposób dziwić (18-5). W końcówce, DNV zdołało dobić do dwucyfrowej liczby punktów, co nie zmienia jednak postaci rzeczy, że koncert w ich wykonaniu to nie był. Nowy set – stare zasady – ustalone przed drużynę BL Volley, która rozpoczęła mecz od stanu 9-2. Druga część seta to fragment gry, w którym tempo ewidentnie siadło. Ani DNV ani BL nie wierzyło bowiem, że może tu dojść do jakichkolwiek zmian i w taki oto sposób, obie drużyny dograły tę partię.
Sezon: Wiosna 2024
Drużyna A – Speednet 2
Już w zapowiedziach przedmeczowych wskazywaliśmy, że są takie mecze, które zwykło się określić meczami pułapki. No bo spójrzmy na to chłodnym okiem. Speednet 2 miał absolutnie wszelkie argumenty do tego, by ograć rywali za komplet punktów. Przypomnijmy, że rywalizowali oni z ekipą, która w poprzednim sezonie zajęła ostatnie miejsce. Owszem, Speednet nie mógł tego dnia skorzystać ze wszystkich zawodników, ale tak czy siak – w ich składzie na parkiecie grało kilku ex-pierwszoligowców. Wobec tego, wynik pierwszego seta jest ogromną niespodzianką. Początek spotkanie rozpoczął się zgodnie z przewidywaniami zdecydowanej większości osób. Speednet błyskawicznie objął prowadzenie 6-2 i zdawał się mieć wszystko pod kontrolą. Z czasem w szeregach ‘Programistów’ zaczęło szwankować przyjęcie, a to sprawiło, że po jednym z ataków Mateusza Olszewskiego, Drużyna A objęła prowadzenie 15-11. Czas wzięty przed Speednet na niewiele się zdał. W dalszej części seta, team Marka Ogonowskiego nie był już w stanie odrobić strat i partię wygrała dobrze dysponowana Drużyna A. Sensacyjna porażka sprawiła, że w Speednecie wyzwoliła się sportowa złość. W drugim secie nie dość, że zobaczyliśmy zdecydowaną poprawę w grze Speednetu, to na dodatek po drugiej stronie siatki zobaczyliśmy festiwal błędów zespołu Karola Majkowskiego. Finał? Wynik 21-9 dla Speednetu i zmiana stron. Ostatnia odsłona rozpoczęła się tak jakby Drużyna A nasyciła się już tym, czego dokonała w pierwszym secie. W ostatniej partii kontynuowali oni kiepską dyspozycję z drugiego seta i rozpoczęli odsłonę od sporej straty punktowej (7-1). W dalszej części seta Speednet cisnął po swoje i finalnie wygrał partię do 13. Mimo wygranej dużo wskazuje na to, że z wyniku cieszą się ci, którzy przegrali.
Chilli Amigos – BES Boys BLUM
Jeśli ktoś chce namacalny dowód na to jak dynamiczna jest sytuacja w Siatkarskiej Lidze Trójmiasta wystarczy, że spojrzy na perypetie drużyny BES Boys BLUM. Nie tak dawno spadek z drugiej ligi i męczarnie w trzeciej klasie rozgrywkowej. W przerwie pomiędzy sezonami w siedzibie drużyny BES Boys zostały zamontowane drzwi obrotowe. Kiedy zrobimy ‘przegląd wojsk’ to dojdziemy do wniosku, że mamy do czynienia z prawie nową ekipą. Dla koneserów SL3, którzy uważnie śledzą ligowe zmagania było jasne, że BBB będą zdecydowanym faworytem starcia, co w pierwszym secie potwierdzili w doskonałym stylu. Po kilku atakach Damiana Kolki, który znajduje się na siódmym miejscu w klasyfikacji punktowej wszechczasów, BBB objęli prowadzenie 10-5. W dalszej części seta, gracze w czerwonych strojach nie byli w stanie powstrzymać przeciwników i ostatecznie zakończyli partię z zaledwie dziewięcioma oczkami na koncie. Środkowa odsłona to wreszcie lepsza gra Chilli Amigos, którzy zaczęli grać odważniej. Choć partia ta zaczęła się od prowadzenia teamu Ryszarda Nowaka (8-2) to po jednym z ataków Krzysztofa Gasperowicza można było mieć nadzieję na emocjonującą końcówkę (13-9). Ostatecznie nic z tych rzeczy. Po chwili BBB podkręcili tempo i cieszyli się z wygrania drugiej odsłony (21-15). Najciekawiej było bez wątpienia w ostatniej partii. Choć po ataku dobrze dysponowanego Michała Kanki, ‘Chłopcy’ prowadzili już 18-9 to z czasem w ich szeregi wkradło się sporo nonszalancji. Ta kosztowała ich niemal stratę seta, bo do samego końca zdobyli zaledwie trzy oczka przy dziesięciu przeciwników. Oczywiście za jakiś czas nikt nie będzie o tym pamiętał i w ostatecznym rozrachunku liczą się trzy oczka do ligowej tabeli.
Maritex – Szach-Mat
Środowy wieczór miał być czymś w rodzaju aloesu na poparzoną skórę. Jak pomadka na spierzchnięte usta. A co tam, polecimy muzycznie – ‘jak po awanturze dużej szept’. I co? Wydaje nam się, że Szach-Mat nie do końca usłyszał jakie ma zadanie do wykonania. Skupił się tylko na liczbie trzy, ale niczym głuptas z zapowiedzi przedmeczowej nie skumał, że chodzi o trzy punkty, które mieli zdobyć. Są trzy punkty, ale stracone i to na dodatek w trzy dni. No cóż, coś tam się zgadza. Pisząc serio, Szach-Mat rozpoczął zawody tak jak oczekiwali tego ich kibice. Po wyrównanym początku (7-7), Szach-Mat zaczął skutecznie atakować poszczególne pola na szachownicy i w efekcie po chwili cieszył się z pierwszego punktu w meczu (21-16). W środkowej partii zaczęły się dla teamu Dawida Kołodzieja schody, co biorąc pod uwagę fakt, że prowadzili już 17-13 może dziwić. Nie wiemy czy wówczas Szach-Mat myślał, że wygrają seta na stojąco, ale po czterech blokach w końcówce partii (2 Wierzejski, 1 Pietrasik, 1 Osiecki), Maritex wydarł rywalom zwycięstwo sprzed nosa (21-19). Po środkowej odsłonie, Maritex słusznie uznał, że rywal nie jest taki straszny i w meczu można powalczyć o wygraną. Od samego początku aż do końca trwała walka ‘łeb w łeb’. Kluczowa dla losów meczu okazała się sytuacja z końcówki, w której błąd popełnił jeden z zawodników w fioletowych strojach. Tuż po nim na tablicy wyników pojawił się rezultat 20-18 dla Szach-Matu. Po chwili ostatni punkt w meczu zdobył Dawid Kołodziej i z umiarkowaną ekspresją, Szach-Mat cieszył się ze zwycięstwa.
Challengers – BL Volley
Po przekonującym zwycięstwie z drużyną Bayer Gdańsk, ekipa Challengers stanęła przed kolejnym wyzwaniem. Należy przy tym podkreślić, że podobnie jak w pierwszym przypadku tak i tym razem rywalizowali oni z uznaną, trzecioligową marką. Ok, w ostatnim czasie zarówno Bayer, jak i BL mieli swoje problemy, ale nie zmienia to postaci rzeczy, że wciąż mówimy o naprawdę konkretnym trzecioligowym graniu. Jaki jest z tego przekaz? Ano taki, że w przypadku wygranej z jednymi, jak i z drugimi, Challengers mogą czuć bardzo dużą satysfakcję. Wygrana za komplet sześciu punktów to już humor rewelacja i właśnie w takich nastrojach opuszczali Ergo Arenę gracze Wojciecha Lewińskiego. Czy z perspektywy całego meczu można wysnuć wniosek, że drużynie BL należał się choć jeden punkt? Cóż, niekoniecznie. Od początku zawodów team Challengers wrzucił bardzo wysokie obroty i objął prowadzenie 10-6. Z czasem przewaga Challengersów zrobiła się jeszcze większa i finalnie BL ugrało tylko 13 oczek. Drugi set? Jeszcze większe lanie. Tu nie trzeba komentarza, spójrzcie sami: 8-3; 12-6; 19-8 i wreszcie 21-13. Niemoc, bezradność, smutek, brak wiary w korzystny wynik. Kiedy po dwóch pierwszych setach nowy lider zorientował się, że we wtorkowy wieczór nie czyha na nich żadne niebezpieczeństwo to BL nieco odżyło. Po wejściu na parkiet Damiana Skrzęty oraz Tomasza Czopura, BL prowadził nawet 12-9. Niestety dla nich, przewagi tej nie potrafili dowieźć i po kilku błędach własnych, sytuacja się unormowała (17-13). Ostateczny wynik to 3-0 dla Challengers i co ważniejsze – wysyłają pierwszy czytelny sygnał do reszty ligi, że są naprawdę mocni.
Bossman Team – Eko-Hurt
Ależ to było mocne otwarcie w wykonaniu drużyny Bossman Team. Oj tak, zespół Jakuba Kłobuckiego męczył się w drugiej lidze i tę radość z gry na wyższym poziomie było widać od pierwszego gwizdka sędziego. Niesieni na fali własnego dopingu gracze w granatowych strojach od samego początku zawiesili poprzeczkę na bardzo wysokim poziomie. Efekt? 8-4 po ataku Macieja Jaskólskiego. Kiedy na tablicy wyników było już 13-6 dla beniaminka, na parkiecie zameldował się nowy nabytek Eko-Hurt – Grzegorz Gnatek. Co ciekawe, gracz ten w swoim pierwszym kontakcie z piłką popisał się tym z czego słynie – skutecznym blokiem. To nie zmieniło jednak oblicza seta, którego Bossman wygrał z zadziwiającą łatwością (21-13). Środkowa odsłona to bardzo wyrównana partia niemal od samego początku aż do końca. Wystarczy spojrzeć na rozkład punktów: 3-3; 5-5, 8-8; 11-11; 15-15; Jako pierwsi w tej partii piłkę setową po ataku Marcina Radziewicza mieli gracze Eko-Hurt (20-18). Mimo to, Bossman zdołał doprowadzić do wyrównania po 20, ale ostatnie słowo, a nawet dwa należały do MVP poprzedniego sezonu – Igora Ciemachowskiego (22-20). Ostatnia odsłona nie ułożyła się dla Bossmana zbyt dobrze. Po kilku ich błędach w początkowej fazie seta, Eko-Hurt objął prowadzenie 9-3 i w dalszej części seta nie dał już sobie zrobić krzywdy. Finalnie Mistrz SL3 sięga po pierwszą wygraną, ale trzeba sobie powiedzieć, że przy odrobinie szczęścia w drugiej partii z wygranej mogli się cieszyć gracze Bossmana.
Inter Marine Masters – Tiger Team
Po meczu na ‘przetarcie’ z Pekabexem, Inter Marine Masters przystępowało do zadania znacznie trudniejszego. Rywalem doświadczonego zespołu miała być bowiem ekipa Tiger Team, dla której był to drugi mecz w sezonie Wiosna’24. W naszych oczach nieznacznym faworytem spotkania byli Mastersi, ale wiedzieliśmy, że w tym przypadku będą się już musieli napocić. Początek spotkania to dobra gra obu zespołów, która zaprowadziła nas do stanu po 10. W połowie seta uwypukliły się pewne mankamenty w zespole ‘Tygrysów’, a jednym z nich był z pewnością problem z postawieniem dobrego bloku. Między innymi ten aspekt sprawił, że Mastersi po atakach Tomka Kowalewskiego, objęli prowadzenie 15-11. Choć zaliczka czterech punktów na tym etapie seta zdawała się być bezpieczna, to jednak po chwili ‘Tygrysy’ doprowadziły do wyrównania po 16. Ostatnie słowo należało jednak do zespołu Andrzeja Masiaka, który wygrał tę partię do 18. Środkowa odsłona to dość podobna sytuacja do tej z pierwszego seta. Różnica polegała jednak na tym, że po wyrównanym początku to Tiger był konkretniejszy w swoich działaniach. Po kilku atakach Tadeusza Jakubczyka oraz Marcina Kwidzińskiego, Tiger odskoczył rywalom na 16-9 i po chwili cieszył się z wyrównania w meczu (21-15). To oznaczało, że o wygranej spotkania zadecyduje ostatni set. Tu, a jakże – wyrównany początek (9-9), po którym sprawy w swoje ręce wziął Andrzej Masiak (14-11). Choć Tiger nie odpuszczał (17-16) to grając na tym etapie seta ‘punkt za punkt’ okazało się niezbyt fortunną taktyką. Ostatecznie Inter Marine wygrywa spotkanie 2-1, ale tak jak można to było przewidzieć, Tiger ‘tanio skóry nie sprzedał’.
Dream Volley – MiszMasz
To jest niewiarygodne. Ledwo co w zapowiedzi przedmeczowej napisaliśmy o tym, że ilekroć obie drużyny się ze sobą mierzą to za każdym razem kończy się w ten sam sposób, a już mamy zwrot akcji o czym za chwilę. Zachowajmy pewną chronologię. Pierwszy set rywalizacji pokazał, że nie będzie to dla ‘Marzycieli’ spacerek. Po dość nieciekawym fragmencie gry, w którym obie drużyny popełniały sporo błędów, MiszMasz wysunął się na prowadzenie 9-7. Mimo, że Dream w tej partii bardzo cierpiał to zdołał po chwili wyjść na prowadzenie (17-15). Jako, że gra była bardzo szarpana, po chwili MiszMasz wysunął się na prowadzenie (19-18), ale koniec końców, pierwszy punkt trafił na konto Dream Volley. Cóż, właśnie zdaliśmy sobie sprawę, że tekst tak jak pierwszy set – mega chaotyczny. Ok, w drugiej odsłonie mieliśmy nieco więcej ładu i składu. Środkowa partia była wyrównana od samego początku. Z czasem zaczęła się zarysowywać delikatna przewaga zespołu Michała Grymuzy (13-10). Kiedy pod koniec zespół w czarnych trykotach ponownie prowadził 19-18, zastanawialiśmy się czy jesteśmy właśnie świadkami czegoś w rodzaju deja vu. Cóż, tym razem było inaczej i po ataku kapitana, Michała Grymuzy – MiszMasz dopiął swego. Przed trzecim setem, ‘Czarni’ doszli do całkiem słusznego założenia, że skoro odczarowali już klątwę to czemu nie pójść za ciosem i nie pokusić się o wygraną? Zadanie to nie było bynajmniej łatwe, bo przez długi czas lepiej wiodło się ‘Marzycielom’. To właśnie team Mateusza Dobrzyńskiego prowadził w końcówce 19-15 i był na najlepszej drodze do wygranej. Po chwili bardzo ważne punkty dla swojej drużyny zdobył jednak Mateusz Berbeka i końcówka seta to gra na przewagi. Choć Dream miał piłki meczowe to koniec końców, z pierwszej wygranej w sezonie cieszą się gracze MiszMasz.
Challengers – Bayer Gdańsk
Po bardzo obiecującym poniedziałkowym występie w wykonaniu drużyny Bayer Gdańsk, oczekiwania wobec wtorkowego starcia stały na bardzo wysokim poziomie. Wiedzieliśmy bowiem, że Challengers niemal z marszu stanie się jednym z głównych kandydatów do awansu. Po meczu ‘Aptekarzy’ z Tigerem uznaliśmy, że zespół Damiana Harica będzie w stanie ‘podjąć rękawicę’. Czy się pomyliliśmy? Cóż, zależy jak na to spojrzeć. Pierwszy set rywalizacji rozpoczął się bowiem od świetnego trzecioligowego grania, któremu prawdę mówiąc było do drugiej ligi. Serio, ten mecz do stanu 15-15 oglądało się wybornie. Game-changerem była świetna zagrywka w wykonaniu środkowego Michała Kocbucha, po któryej Challengers objęli prowadzenie 18-15 i po chwili cieszyli się z wygrania pierwszej partii. Sytuacja ta ewidentnie podcięła ‘Aptekarzom’ skrzydła, którzy na początku drugiej odsłony mieli problemy z przyjęciem specyficznej zagrywki rozgrywającego – Krystiana Kempińskiego (4-0). W dalszej części seta, Challengers utrzymywali przewagę czterech oczek i taki stan trwał do momentu, kiedy na tablicy wyników mieliśmy 11-7. Druga część tej odsłony to znaczna przewaga zespołu Wojciecha Lewińskiego udokumentowana wygraną seta do 11. Ostatnia partia rozpoczęła się od kilku punktów ex-gracza Volley Surprise – Mariusza Kuczko (7-1). Kiedy wydawało się, że za chwilę Challengers skończy mecz to popełnili kilka błędów z rzędu, które dały tlen przeciwnikom (7-5). Nadzieje Bayera na dobry rezultat zostały jednak dość szybko zgaszone. Po dwóch punktach Bartłomieja Dzierzęckiego, Challengers wysunęli się na prowadzenie 15-7 i zasadniczo był to koniec emocji w meczu.
Inter Marine Masters – Pekabex
Powiedzmy to sobie wprost. Nie jest to łatwy początek przygody z Siatkarską Liga Trójmiasta drużyny Pekabex. O tym, że drużynie z Kokoszek będzie prawdopodobnie trudniej o dobry występ sygnalizowaliśmy na długo przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Z drugiej strony nikt nie mówił, że w SL3 będzie łatwo. Na pocieszenie podamy jednak, że Pekabex jest na początku drogi w SL3 i z pewnością z meczu na mecz będą czuli się coraz swobodniej. To na początku nie przyniesie rzecz jasna spektakularnych wyników, ale wizja rywalizacji w przyszłym sezonie w nowopowstałej czwartej lidze sprawia, że Pekabex ma przed sobą konkretny cel w postaci poprawy gry. Ok, koniec tej coachingowej gadki. Jeśli chodzi o podsumowanie spotkania to pierwszy set rywalizacji rozpoczął się od stanu…10-0 dla Inter Marine Masters. Gracze Andrzeja Masiaka mogli mieć poczucie, że w cztery lata od ostatniego meczu w SL3 ich poziom urósł przy jednoczesnym regresie pozostałych drużyn w lidze. Wracając do pierwszego seta, pierwszy punkt Pekabex zdobył po błędzie wspomnianego gracza z lewego skrzydła (10-1). Kiedy po ataku Tomasza Kwiatkowskiego zanosiło się na wynik 21-1, gracze Masters popełnili kolejny błąd i finalnie set ten zakończył się wynikiem 21-2. Środkowa odsłona to kontynuacja bardzo dużej przewagi graczy Inter Marine (15-1). Pod koniec seta, zawodnicy Andrzeja Masiaka ewidentnie zwolnili, a to sprawiło, że na konta Pekabexu powędrowało osiem oczek. Team z Kokoszek wspierany przez kibiców chciał zrobić wszystko by miłym akcentem skończyć mecz. Tym byłaby na pewno poprawa gry w stosunku do tego, co oglądaliśmy w dwóch pierwszych odsłonach i trzeba przyznać, że sztuka ta ‘biało-zielonym’ się udała. Finalnie, zespół Sylwestra Króla zdobył kilka oczek po własnych akcjach i zdobył w tej partii dwucyfrową liczbę punktów.