Sezon: Wiosna 2024

22 BLT Malbork – Volley Gdańsk

Nie ukrywamy, że liczyliśmy na absolutny hit drugoligowych zmagań. Na chłodno oceniamy jednak, że ‘z wielkiej chmury mały deszcz’. Około 21:30 na parkiecie numer 3 zmierzyły się dwie drużyny, które walczą aktualnie o awans do pierwszej klasy rozgrywkowej. W zapowiedzi przedmeczowych wskazywaliśmy na to, że ze statystyk wynika, że to Volley Gdańsk pokusi się o zwycięstwo. Poniedziałkowe starcie dobitnie pokazuje, że statystyki są tylko dodatkiem i nie przesądzają o wyniku rywalizacji. Pierwsza odsłona meczu na szczycie drugiej ligi, rozpoczęła się od świetnej zagrywki ‘Hulina’, po której Volley objął prowadzenie 4-1. Prawdę mówiąc – tyle dobrego z ich strony w pierwszym secie. Dalsza część to absolutna dominacja graczy w niebieskich strojach, którzy byli konsekwentniejsi i skuteczniejsi w ataku. Zdecydowanie lepiej radzili sobie również w przyjęciu i w naszym odczuciu było to kluczem to objęcia przewagi 14-7. Dalsza część seta to ‘dowiezienie wyniku’ przez graczy z Malborka (21-13). Środkowa odsłona to zwrot akcji. Przyczyna? Tym razem to ‘Lotnicy’ nie popisali się w przyjęciu zagrywki rywali i po kilku atakach grającego dobre zawody Mikołaja Boguckiego, Volley prowadził 17-10, by po chwili wygrać do 17. O zwycięstwie prestiżowego meczu musiała zadecydować ostatnia partia, która raz jeszcze potwierdziła, że ‘kto zagrywa, ten wygrywa’. Po kłopotach ‘żółto-czarnych’ i skutecznych kontrach zespołu występującego w delegacji, 22 BLT Malbork objęli prowadzenie 8-3. Dalsza część seta to próby odrabiania strat przez ‘żółto-czarnych’, ale ilekroć zbliżyli się oni do rywala – ci odjeżdżali. Ostatecznie wygrali tę partię do 17 i w ligowej tabeli wskoczyli na trzecią lokatę. Do awansu lub barażu jeszcze bardzo długa droga.

Szach-Mat – BEemka Volley

Do spotkania Szach-Mat przystępował po „rozgrzewkowym” meczu z Oliwą Team. Można by więc pomyśleć, że to oni wejdą lepiej w pierwszego seta. Tymczasem BEemka już na początku zafundowała ekipie Dawida Kołodzieja solidne baty, rozpoczynając od prowadzenia 4-0. Po otrząśnięciu się z początkowego szoku, ‘Szachiści’ próbowali jeszcze powalczyć, jednak BEemka coraz mocniej dociskała pedał gazu, systematycznie powiększając swoją przewagę i finalnie wygrywając seta do 11. W tej partii zdecydowanie najjaśniej błyszczał Oskar Dziewit, który zdobył dla swojej drużyny 6 punktów. Drugi set rozpoczął się znów od wypracowania przez zawodników Daniela Podgórskiego kilkupunktowej przewagi, której przeciwnik nie potrafił w żaden sposób zniwelować. Nie pomagali sobie również liczbą popełnianych błędów. Set zakończył się wynikiem 21-17 i ‘Różowym’ pozostało już tylko postawienie kropki nad ‘i’ i zgarnięcie kompletu oczek. Początek trzeciej partii, dokładnie tak samo jak pierwszej, rozpoczął się od stanu 0-4. Dramatyczny początek Szach-Matu, nerwówka i wzięcie czasu. Jesteśmy ciekawi, jakie słowa padły z ust Dawida Kołodzieja na wspomnianym czasie, ale na boisku zameldowała się niejako inna ekipa. Udało im się zdobyć kilka punktów i zniwelować przewagę do 6-5. Po tym zrywie znów kolejny bieg włączyła BEemka i odjechała ponownie na kilka oczek, czym ponownie zmusili przeciwników do wzięcia czasu przy stanie 9-5. Podobno nic dwa razy się nie zdarza, ale znowu po czasie nowe siły wstąpiły w zawodników Szach-Matu. Przecieraliśmy oczy ze zdumienia, ponieważ jak szaleni zaczęli odrabiać wynik. Do wyrównania udało się w końcu doprowadzić przy 16-16 i można było wyczuć zmianę atmosfery na boisku. Teraz to w szeregi ‘Rożowych’ wkradła się nerwowość, a po hali rozniósł się charakterystyczny zapach. Czego? Tego chyba nikomu nie musimy tłumaczyć. Zacięta końcówka tej partii to było coś, na co w tym spotkaniu czekaliśmy. Finalnie, Szach-Mat wygrywa na przewagi 24-22 i zdobywa piekielnie ważny punkt, a w konsekwencji BEemka traci oczko, którego może im zabraknąć na koniec sezonu.

TGD – Złomowiec Gdańsk

Na tym etapie sezonu, a przede wszystkim w aktualnym położeniu drużyny TGD – nie ma już mniej ważnych meczy. Każdy mecz jest spotkaniem o drugoligowe ‘być, albo nie być’. Czysto teoretycznie, zadanie stawiane przed ‘Drogowcami’ na poniedziałkowy wieczór było bardzo wymagające. Ich rywalem była bowiem ekipa Złomowca Gdańsk, która w obecnym sezonie zgarnęła ponad dwa razy więcej punktów niż TGD, a tych jak wiadomo – nikt w drugiej lidze za darmo nie rozdaje. Już początek spotkania pokazał jednak, że TGD ‘tanio skóry nie sprzeda’. Choć na początku było nieco niemrawo, to mniej więcej w połowie seta TGD wykorzystał sporą liczbę błędów rywali i objął prowadzenie 16-14. Mimo to, Złomowiec doprowadził do wyrównania po bardzo długiej i ciekawej akcji (17-17). Końcówka seta to jednak więcej zimnej krwi zespołu w niebieskich strojach i, a jakże – błędów Złomowca (22-20). Dość niespodziewana wygrana dwunastej siły obecnego sezonu nie nasyciła ich apetytów. Początek drugiego seta to mocne uderzenie zespołu Macieja Kota, który na półmetku prowadził już 10-5. Mniej więcej w tym momencie, team Witolda Klimasa się obudził i po kilku szybkich i składnych akcjach doprowadził do wyrównania po 15. Utrata sporej szansy ewidentnie podcięła skrzydła TGD, które w końcówce seta nie grało już tak dobrze i finalnie ulegli do 18. Nie inaczej było i w trzecim secie, choć trzeba przyznać, że finałowa partia miała zupełnie inny charakter. Tu od samego początku Złomowiec wypracował sobie przewagę i konsekwentnie parł do przodu, utrzymując rywala na bezpieczny dystans. Ostatecznie, zespół Witolda Klimasa wygrał do 18, ale tak jak w jednej z przerw wspominał Mateusz Węgrzynowski – gracze w miedzianych strojach popsuli mu typera. Cóż. Nie tylko jemu.

Szach-Mat – Oliwa Team

Już przed meczem wiedzieliśmy, kto będzie zdecydowanym faworytem tego spotkania. Gdyby Redakcja przeprowadziła na hali ankietę z pytaniem o zwycięzcę meczu to nawet ledwo co wyrwani z drzemki ochroniarze z Ergo Areny wskazaliby na łatwe 3-0 w wykonaniu ekipy Szach-Mat. Możemy z pełnym przekonaniem stwierdzić, że wygrana ta nie była nawet przez moment zagrożona. Ponadto, ‘Szachiści’ podeszli do meczu niejako jak do rozgrzewki przed meczem z BEemką, który miał się odbyć zaraz po tym spotkaniu. Odnośnie przebiegu rywalizacji, zgodnie z tym o czym wspomnieliśmy na początku, mogliśmy obserwować pełną kontrolę ekipy Dawida Kołodzieja nad rywalem. Czy była to jednak deklasacja? W naszej opinii nie do końca. Pierwszy set rozpoczął się od wypracowania małej przewagi faworyzowanej drużyny, którą następnie stopniowo powiększali o kolejne oczka (8-4, 10-5, 12-6, 14-7, 17-10).  Na każdy zdobyty przez Oliwę punkt, Szach-Mat zdobywał dwa i umówmy się, w ten sposób niemożliwe jest zdziałanie czegokolwiek. Gdy na tablicy wyników pojawiło się już 18:11 w szeregach Oliwy uruchomił się Mateusz Sadowski, który najpierw zdobył punkt po potężnym ataku, a następnie zameldował się w polu zagrywki dwoma asami. ‘Szachiści’ kompletnie nie wiedzieli jak przyjąć bomby, które serwował im atakujący Oliwy. Nie wiemy, czy gdyby Dawid Kołodziej nie poprosił wtedy o czas dla swojej ekipy, nie zrobiłoby się nagle gorąco na boisku nr 1. Na szczęście dla nich udało się przełamać i zdobyć punkt, a następnie już gładko doprowadzić do wygranej seta 21-15. W drugiej partii mogliśmy obserwować dość wyrównaną walkę, do stanu 5-5, następnie Szach-Mat utrzymywał trzypunktową przewagę do 12-9, po czym zafundowali Oliwie takie baty, że po chwili oglądaliśmy wynik 19-9! W końcówce ‘Zieloni’ dołożyli kilka punktów z zagrywki, nieco reperując swój wizerunek w tym secie. Jedyne, co tego wieczoru im siedziało to właśnie zagrywka. Set finalnie zakończył się do 14. Trzeci set miał podobny przebieg do drugiego, wyrównana walka do stanu 12-12, a następnie odjazd ‘Szachistów’, którzy nie pozwolili rywalowi na zdobycie już choćby jednego oczka, wygrywając 21-12 i całe spotkanie 3-0.

Wolves Volley – Port Gdańsk

Pogrążony w kryzysie zespół Portu Gdańsk stanął w poniedziałkowy wieczór przed szansą na poprawienie swojej sytuacji w ligowej tabeli. Potencjalna kolejna już porażka sprawiłaby, że nad siedzibą ‘Portowców’ zebrałyby się czarne chmury. Mówiąc w skrócie – porażka 0-3 sprawiłaby, że przy równej liczbie rozegranych spotkań, Port miałby tyle samo punktów co drużyna znajdująca się ‘pod kreską’. Cóż, jak możecie się domyślać – tak właśnie się skończyło. Pierwszy set rywalizacji to fragment gry, w którym team Arkadiusza Sojko ‘nie dojechał’ i jest to najdelikatniejsze określenie jakie przychodzi nam na myśl. Choć pierwsza część seta była wyrównana (11-11), to w dalszej części team ‘z doków’ nie mógł sobie poradzić z flotem przeciwników i w rezultacie po chwili tracił już pięć oczek (16-11), po których się już nie pozbierał (21-14). Środkowa odsłona rozpoczęła się lepiej dla ‘Watahy’, która w połowie seta prowadziła już 11-7. Kiedy emocji było tyle, co na grzybobraniu i wydawało się, że po chwili będziemy mieli 2-0 w setach, świetną zagrywką pod koniec partii popisał się Paweł Dobrzeniecki, który kilkoma asami serwisowymi zapewnił ‘Portowcom’ wyrównanie po 18. Kiedy zrobiło się jednak gorąco – ostatnie słowo należało do zespołu w czarnych strojach (21-18). Ostatnia odsłona wyglądała bardzo podobnie. Wolves Volley wypracowali sobie bardzo dużą przewagę (17-11 oraz 19-14) i kiedy wydawało się, że za chwilę wybrzmi ostatni gwizdek sędziego w meczu, Port zdołał doprowadzić do wyrównania po 20. Choć w obozie ‘Wilków’ zrobiło się naprawdę gorąco to zespół Mikołaja Stempina wygrał finalnie ostatnią partię i zgarnął komplet trzech oczek.

Hydra Volleyball Team – Dream Volley

Po bardzo ważnych trzech punktach, które były milowym krokiem Dream Volley w kierunku utrzymania w drugiej lidze, ‘Marzyciele’ przystąpili do spotkania z Hydrą, z którą historycznie grało im się bardzo dobrze. Mimo to – w naszych oczach to ‘Bestia’ była zdecydowanym faworytem starcia i sądziliśmy, że skończy się kompletem punktów. Pierwszy set nas w tym tylko utwierdził, bo umówmy się – to była różnica klas. Nie minęło kilka chwil, a Hydra prowadziła już 12-5 i Dream nawet nie udawał, że próbuje podjąć rękawice. A Hydra? Im szło niemal wszystko tak jak nieco od niechcenia Filip Ziółkowski zablokował jednego z rywali. Ostateczny wynik tej partii to 21-10. Na dobrą sprawę – mecz zaczął nam się od drugiego seta. Już w przerwie pomiędzy pierwszą a drugą odsłoną coś musiało przeskoczyć w głowach ‘Marzycieli’, którzy nijak nie przypominali drużyny z premierowej odsłony. Po kiwce z drugiej piłki Mateusza Dobrzyńskiego, Dream objął prowadzenie 10-6 i zdawał się być na dobrej drodze do wyrównania stanu rywalizacji. Mniej więcej w połowie seta obudziła się jednak Hydra, która po kilku skutecznych atakach Dawida Plichtowicza, doprowadziła do wyrównania po 12. Po chwili gracze w złotych strojach poszli za ciosem i pod koniec prowadzili już 19-15. Ostatecznie Dream zdołał jeszcze odrobić kilka punktów, ale to Hydra cieszyła się z wygrania seta, a co za tym idzie meczu. Druga odsłona była jednak dla ‘Bestii’ sygnałem ostrzegawczym, który…ewidentnie zignorowali. Kilka zepsutych zagrywek Hydry, po których Dream objął w trzecim secie prowadzenie 10-6. W odróżnieniu od tego, co działo się w drugiej odsłonie – tym razem nie dali go sobie już wydrzeć. Dalsza część seta to kontynuacja dobrej gry i pewna wygrana do 14. Finalnie, ‘Marzyciele’ ugrali w środę cztery punkty i zażegnali tym samym bardzo duży kryzys. Jeśli chodzi o Hydrę – był to bardziej stracony punkt niż zyskane dwa.

Craftvena – Hapag-Lloyd

Miały być trzy punkty, no i są. Po spotkaniu z Hapag-Lloyd, Craftvena zrównała się dorobkiem punktowym z Portem Gdańsk, a to pozwala im mieć nadzieje na utrzymanie w trzeciej klasie rozgrywkowej. Mimo to – patrząc na wyniki poszczególnych setów oraz to ‘ile ważą małe punkty’, ‘Rzemieślnicy nie mogą mówić o pełni szczęścia, bo do wspomnianego Portu – wciąż tracą około pięćdziesięciu. Jeśli chodzi o samo spotkanie to rozpoczęło się ono od bardzo mocnego uderzenia Craftveny, która po asach serwisowych oraz atakach Mirosława Wiśniewskiego oraz Michała Markiewicza, prowadziła 10-2. Im dłużej trwał jednak set, tym coraz śmielej zaczęła sobie radzić drużyna ‘Logistyków’. Po dwóch atakach Mateusza Siwko, ‘Pomarańczowi’ zniwelowali straty do czterech oczek. Trzeba przyznać, że pomogli w tym sami gracze Craftveny, którzy w kolejnym już meczu popełniali bardzo dużą liczbę błędów. W końcówce faworyzowana ekipa się jednak ogarnęła i finalnie wygrała partię do 15. W zapowiedziach przedmeczowych pisaliśmy o meczu, w którym Hapag-Lloyd zdobył największą liczbę punktów w secie. Tak się składa, że było to 17 punktów, czyli dokładnie tyle ile w środowej rywalizacji z Craftveną. Czy było blisko premierowego punktu? Cóż – i tak i nie. To Craftvena miała kilkupunktową przewagę przez całą partię. Pod koniec Hapag zdołał zniwelować stratę do dwóch oczek (18-16), ale kiedy zaczynało robić się gorąco – Craftvena postawiła kropkę nad ‘i’. Trzeci set obie drużyny rozpoczęły od walki ‘łeb w łeb’ (11-9). Dopiero w drugiej części seta, Craftvenie przypomniało się, że w teorii są drużyną znacznie mocniejszą, a na pewno bardziej doświadczoną. Druga część partii to już wyraźna przewaga graczy w czarnych trykotach, którzy wygrali seta do 14, a cały mecz 3-0.

Dream Volley – Maritex

Po bardzo ważnym zwycięstwie we wtorkowy wieczór, w siedzibie Maritexu odśpiewano piosenkę zespołu B.R.O – ‘wiem, że jeszcze będzie pięknie, przegonimy mrok, przegonimy całe zło – o – o.’ I co? I rozczarowań sto. Mecz z ‘Marzycielami’ miał być opatrunkiem łagodzącym ból, a okazał się solą wsypaną na otwartą ranę. Choć rywale Maritexu również mają swoje problemy, to jednak na przestrzeni całego spotkania wygrali zupełnie zasłużenie. O ile początek spotkania był całkiem obiecujący i ‘Maritex’ podłączył się pod pędzących graczy Dream Volley nieco na gapę, to z czasem nieproszony gość został wyrzucony z pojazdu. Po dwóch błędach z rzędu Marka Wieruszewskiego, Dream Volley objął prowadzenie 13-10 i w dalszej części swą przewagę wyłącznie powiększał. Finalnie wygrał tę odsłonę do 15. Nieco lepiej team Michała Pietrasika zaprezentował się w drugim secie. Minęlibyśmy się z prawdą, gdybyśmy napisali, że Maritex był w tej partii realnym zagrożeniem dla przeciwników. Co to, to nie. Już od początku Dream Volley zaczął grać swoje i w konsekwencji objął prowadzenie 12-8. Z czasem przedostatniej drużynie w ligowej tabeli udało się doprowadzić do wyrównania po 17, ale koniec końców – kolejna fala ataków zatopiła Maritex, który przegrał do 17. Ostatnia odsłona to wreszcie wyrównany set, który mógł się podobać. Choć zaczęło się od dobrej gry Dream Volley, który posiadał przewagę od samego początku seta do stanu 18-14, to w końcówce – coś się zepsuło. Po dwóch atakach Marcina Gorlikowskiego i kilku błędach rywali, Maritex doprowadził do wyrównania po 18, a z czasem miał nawet piłkę setową. Kiedy jednak do tego doszło – Kuba Wierzejski posłał piłkę z zagrywki prosto w drabinki i Dream Volley, który dostał ‘tlen’ tej szansy już nie przegapił, wygrywając ostatecznie 23-21.

Challengers – Drużyna A

Zadaniem Challengersów na środowe spotkanie było to by za wszelką cenę zdobyć komplet punktów. Przyznamy, że w naszych głowach nie zakładaliśmy innego scenariusza. Ba, uznaliśmy nawet, że będzie to szybkie lanie, po których team Wojciecha Lewińskiego uda się pod prysznic na przygotowaną specjalnie dla nich strefę z dogodnymi warunkami do przebrania. Choć faworyzowany zespół faktycznie sięgnął po trzy oczka, to już obraz meczu mógł być dla niejednej osoby pewnym zaskoczeniem. Wszystko za sprawą tego jak wysoko poprzeczkę zawiesiła w środowy wieczór Drużyna A. Choć w pewnym momencie team w niebiesko-różowych strojach prowadził już sześcioma punktami (16-10), to po kilku atakach Daniela Iwaszko, Drużyna A zniwelowała stratę do jednego oczka (17-16). Kiedy zaczęło robić się ciekawie, Challengers podkręciło jednak tempo i wygrali premierową partię do 17. Druga odsłona to godna podziwu walka Drużyny A, która na półmetku seta remisowała z głównym pretendentem do awansu po 10. Niestety dla widowiska – team Karola Majkowskiego nie był w stanie utrzymać tego szaleńczego tempa i w jednym z ustawień Challengers zdobyli osiem punktów z rzędu (18-11), po których stało się jasne, która z drużyn wygra (21-15). Ostatni set może być nieco zakłamany, kiedy spojrzymy na suchy wynik. Prawda jest bowiem taka, że Challengers mieli kontrolę od pierwszej piłki w secie i przez długie fragmenty prowadzili czteroma-pięcioma punktami. Dopiero w końcówce w ich szeregi wkradło się rozluźnienie, które kosztowały ich kilka małych oczek. Tak czy siak – Challengers zrobili swoje. Jeśli chodzi o Drużynę A to zaprezentowali się naprawdę godnie.

BL Volley – Volley Surprise

Wiecie ile % osób stawiało w typerze na to, że Volley Surprise zgarnie we wtorkowy wieczór pełną pulę? Nieco ponad jeden. Zdecydowana większość uznała, że mecz skończy się zwycięstwem ‘Tygrysów’, którzy w ostatnim czasie byli przez nas dość mocno chwaleni. Cóż. Powiedzonko ‘trzecia liga styl życia’ wciąż aktualne. Już początek spotkania pokazał, że ‘Słupszczanie’ są w mega gazie. Po atakach Jakuba Klimika oraz Damiana Breszki, Volley objął prowadzenie 11-6. Trzeba przyznać, że w dalszej części BL Volley nie robił kompletnie nic, aby ten stan odwrócić. Albo grali kiepsko w obronie, albo popełniali błędy, albo nie nadążali w bloku. Lista mankamentów była bardzo obszerna. Za to Volley Surprise zagrał świetnie i mamy pewną satysfakcję, że rosnącą formę drużyny wyłapaliśmy już przed tygodniem. Druga odsłona to zdecydowanie trudniejsze zadanie dla Volley Surprise. W końcu, BL Volley zaczął bowiem grać w siatkówkę, a nie uchylać się przed piłką niczym w zbijaku. Choć set rozpoczął się od prowadzenia ‘żółto-czarnych’ (13-8), to z czasem BL doprowadził do wyrównania po 15. Kiedy wydawało się, że pójdą za ciosem – problemy z przyjęciem dały ponownie o sobie znać, a to sprawiło, że Volley Surprise odzyskał prowadzenie (18-15) i po chwili cieszył się z wygranej meczu. Team Macieja Siacha parł jednak dalej, tym razem po trzeci punkt w spotkaniu. Po wyrównanym początku seta, mieliśmy wynik po 13. W końcowej fazie seta BL wyglądał tak jak wygląda mucha, która wpadnie w obleśny lep. Na początku ofiara jeszcze walczy, próbuje wydostać się ze śmiercionośnej pułapki, ale koniec jest już przesądzony. Tak było i tym razem, gdzie po kilku chwilach Volley Surprise cieszył się z szalenie istotnego kompletu oczek. Brawo!