Dzień: 2025-10-14

DHP Oliwa – Challengers

Nie chcemy użyć słowa ‘sceptyczni’, bo z pewnością nie będzie ono pasowało. Nawiązujemy rzecz jasna do wiary Redakcji w to, że DHP Oliwa zdoła podnieść się po poniedziałkowym, bardzo słabym meczu z MPS-em Volley i jakimś cudem ograć Challengersów. Z drugiej strony forma drużyny Wojciecha Lewińskiego pozostawała zagadką. Swoje ostatnie spotkanie w rozgrywkach Inter Marine SL3 Challengersi rozegrali kilka tygodni temu. Choć wówczas nie udało im się wygrać, to mimo wszystko pozostawili po sobie niezłe wrażenie. Jak było we wtorkowy wieczór? Cóż – zupełnie inaczej, niż można się było spodziewać. Już początek spotkania pokazał, że nie będzie to łatwa przeprawa dla faworyzowanych Challengersów. W połowie seta oglądaliśmy bardzo wyrównaną grę, w której oba zespoły zasługiwały na pochwały za postawę w obronie (12-12). Do samego końca żadna ze stron nie odpuszczała, co oznaczało grę punkt za punkt (20-20). Co zadecydowało o tym, że w końcówce szczęście uśmiechnęło się do beniaminka? W naszym odczuciu – bardzo dobra gra w bloku ‘Oliwiaków’ (23-21). Środkowa odsłona to już wyraźna przewaga zespołu z ‘serca Gdańska’. Po kilku skutecznych i atomowych atakach Kamila Krasińskiego team DHP wysunął się na prowadzenie 8-3. Choć Challengersi zdołali zniwelować straty do jednego punktu (10-9), dalsza część seta była absolutnie jednostronnym widowiskiem (21-13). Ostatni set rywalizacji to partia ‘na otarcie łez’ dla Challengersów, którzy rozpoczęli od prowadzenia 11-5 i nie mieli problemów z tym, by zgarnąć ‘nagrodę pocieszenia’. Dzięki wygranej DHP Oliwa spycha Challengersów na ostatnie miejsce w ligowej tabeli. Warto jednak zaznaczyć, że ci drudzy rozegrali o trzy spotkania mniej.

Inter Marine Masters – Eko-Hurt

Obie ekipy, które miały zmierzyć się we wtorkowy wieczór, borykają się z własnymi problemami. Jeśli spojrzymy w ligową tabelę, oczywiście w o wiele gorszej sytuacji znajdują się gracze Inter Marine. Jakby tego było mało, stawili się na spotkanie bez nominalnego rozgrywającego. Obowiązek ten w pierwszej partii wziął na siebie Jacek Ragus. Początek spotkania to istne bajlando w wykonaniu Eko-Hurtu, który rozpoczął od prowadzenia aż 9-0! Wreszcie na tle przeciwnika prezentowali się jak ex pierwszoligowiec. Gracze Inter Marine z kolei sprawiali wrażenie, jakby myślami wciąż byli na plaży w hiszpańskim Benidorm. Partia zakończyła się wynikiem 21-7, co możemy określić jako istny pogrom. Tym bardziej dziwi to, co wydarzyło się w kolejnych odsłonach. W drugim secie, gdy zawodnicy Inter Marine pozbierali już zęby z parkietu, postawili na inny wybór jeśli chodzi o pozycję rozgrywającego. Na boisku zameldował się Wiktor Chełmiński, którego do tej pory zwykle oglądaliśmy na libero. I musimy przyznać, że od razu przyniosło to efekty. Przez większość partii przewaga była po stronie zawodników Andrzeja Masiaka, aż do stanu 15-10. Wtedy doszło do przebudzenia w szeregach Eko-Hurtu i szybko udało im się odrobić straty punktowe, a następnie przechylić szalę zwycięstwa w secie na swoją korzyść (21-19). Był to zwiastun tego, że przeciwnik tanio skóry nie sprzeda. Jednak tego, co wydarzyło się na początku trzeciej odsłony chyba nikt nie był w stanie przewidzieć. Inter Marine zaczęło od prowadzenia 8-1! I choć Eko-Hurt dwoił się i troił, nie udało im się wyjść z tej sytuacji obronną ręką. Finalnie, set zakończył się ich przegraną 14-21. Raczej żadna ze stron nie może być zadowolona, czy to z przebiegu czy z wyniku tego meczu.

Flota Active Team – Staltest Pomorze

Wtorkowy wieczór miał być dla Floty miłym doświadczeniem. Co mogło pójść bowiem nie tak, kiedy rywalizuje się z przeciwnikiem, który przeżywa swoje potężne problemy? Do pewnego momentu wszystko zdawało się iść zgodnie z planem napisanym w siedzibie Floty. Zespół Karoliny Kirszensztein rozpoczął od bardzo mocnego uderzenia i na półmetku premierowej partii prowadzili już 13-5. To z kolei wprawiło ‘Flociarzy’ w doskonałe nastroje i pozwoliło na nieco luźniejszą atmosferę. Dopóki wynik się kleił, wszystko wyglądało fantastycznie (21-12). Środkowa odsłona to kontynuacja ‘święta Floty’. Warto przy tym podkreślić, że i sportowo nie można im było nic zarzucić. Najpierw wysunęli się na prowadzenie 13-6, a następnie wygrali partię, która była kopią wydarzeń z pierwszego seta. Warto zaznaczyć, że niby Staltest coś tam próbował zmienić, ale koniec końców – na nic się to zdało (21-11). Po dwóch takich setach chyba nikt nie spodziewał się, jak będzie wyglądała finałowa partia. Staltest już jakiś czas temu (całkiem słusznie) uznał, że skoro w obecnych realiach nie mogą wygrywać meczów, muszą przynajmniej wygrywać sety, co w ostatecznym rozrachunku może dać im utrzymanie w drugiej lidze. Wracając do trzeciego seta – warto zauważyć, że przed rozpoczęciem tej partii Flota wymieniła połowę składu. W połowie seta team w fioletowych barwach zrozumiał, że nie jest już tak fajnie i zabawnie jak jeszcze chwilę wcześniej (10-10). Mimo to po chwili faworyt wysunął się na prowadzenie 18-13 i wszystko wskazywało na to, że zaraz zgarną komplet punktów. W zamian za to były gracz Floty – Maciej Kucia – zaprezentował się rewelacyjnie w bloku, zdobywając kilka punktów i… pogrążając przy tym byłych kolegów z drużyny. Ostatecznie team Arkadiusza Kozłowskiego wygrał tę partię do 19, a Flota, mimo wygranej, może czuć ogromny niedosyt. Po tym, jak wyglądały dwa pierwsze sety, wygrana za komplet punktów zdawała się być obowiązkiem.

Feniks Gdańsk – Craftvena

Gdybyśmy przed meczem spojrzeli tylko i wyłącznie na miejsca obu drużyn w ligowej tabeli, moglibyśmy obstawić, że szybkie 3-0 na korzyść Craftveny będzie w tym przypadku czystą formalnością. Wiemy jednak, że ‘Czarni’, mimo świetnej passy zwycięstw, nie prezentują w ostatnich spotkaniach swojej najlepszej formy. Również w tym meczu nie obyło się bez ‘ciężarów’, ponieważ przeciwnik zaprezentował się naprawdę dobrze. Początek pierwszej partii był bardzo wyrównany. Mimo, że gra Feniksa opierała się w dużej mierze na skuteczności w ataku Patryka Szulca, rywal nie potrafił znaleźć żadnego sposobu na zatrzymanie tego zawodnika. W dalszej części seta gracze Bartosza Zakrzewskiego wrzucili jednak wyższy bieg i już bez większych problemów zwyciężyli 21-17. W drugiej partii Feniks Gdańsk postawił jeszcze trudniejsze warunki. Przez większość czasu utrzymywali kilkupunktową przewagę, wywierając niemałą presję na przeciwnikach. W pewnym momencie pojawiły się potężne problemy ‘Rzemieślników’ w przyjęciu zagrywki Damiana Wiącka, a przy stanie 19-15 zanosiło się na naprawdę sporą niespodziankę. Craftvena, sobie tylko znanym sposobem doprowadziła do wyrównania i udało im się uciec spod topora, finalnie wygrywając 21-19. W trzecim secie Feniks Gdańsk od samego początku wysunął się na prowadzenie. ‘Czarni’ musieli gonić wynik, ale od stanu 8-8 zaprezentowali się tak, jak tego oczekiwaliśmy od samego początku spotkania. Co prawda rywale próbowali ich jeszcze ‘kąsać’, jednak niewiele już mogli ugrać przy wysokiej skuteczności graczy Craftveny. Partia zakończyła się wynikiem 21-14 i trzy oczka znów lądują na koncie ‘Rzemieślników’, choć kolejny raz nie bez problemów.

Sharks – Only Spikes

W meczu z tak renomowanym rywalem zespół Only Spikes nie miał absolutnie nic do stracenia, a wyłącznie do zyskania. Z perspektywy słabszych drużyn jest to o tyle łatwiejsze, że nikt nie oceni ich surowo w przypadku porażki. Mimo to sztuką jest zagrać z takim przeciwnikiem bez kompleksów. Skoro można było uszczknąć punkt w rywalizacji z DSGSA, to czemu nie spróbować z Sharksami? Tyle planów, bo realizacja – przynajmniej w pierwszym secie – to już zupełnie inna historia. Od samego początku zarysowała się wyraźna przewaga ‘Rekinów’, którzy po kilku atakach Sergieja Ivanenko objęli prowadzenie 10-4. W dalszej części seta team Pavlo Kudinova jeszcze podkręcił tempo, by finalnie zakończyć partię do 8. Zdecydowanie wyżej poprzeczkę gracze Only Spikes zawiesili w drugiej odsłonie rywalizacji. Do połowy seta zespół Patryka Łabędzia trzymał się kurczowo rywala (12-11). Sytuacja zmieniła się w dalszej części. Po kilku skutecznych akcjach dobrze dysponowanego Igora Kazello Sharksi odskoczyli na sześć punktów (18-12) i po chwili cieszyli się z drugiego wygranego seta (21-14). Najlepiej team Only Spikes zaprezentował się w finałowym secie. Choć partia rozpoczęła się wyraźnie lepiej dla Sharksów (12-6), to po chwili Only Spikes coraz śmielej dochodzili do głosu. Po kilku punktach Mateusza Czerniawskiego zespół w żółtych strojach zbliżył się do faworyzowanego rywala na zaledwie jeden punkt (15-14). Kiedy jednak zrobiło się gorąco, Sharksi podkręcili tempo i finalnie wygrali tę partię do 18, a cały mecz w stosunku 3-0. Mimo upływu kolejnego tygodnia pozostają jedną z dwóch drużyn, które w tym sezonie nie straciły jeszcze ani jednego seta.

Dream Volley – Maritex

Może w tym przypadku nie sprawdza się zasada kija i marchewki? Może Maritex nie powinien być zachęcany do lepszej gry, lecz po prostu – konkretnie rugany? Jak to wytłumaczyć? Porażka z beniaminkiem MysterElektroRockets w fatalnym stylu, a następnie mecz z Dream Volley, w którym Maritex był o włos od wygrania za komplet punktów. Tak czy inaczej wtorkowe spotkanie dobitnie pokazało, że od zespołu Michała Pietrasika można wymagać, bo jest tam po prostu jakość. Pierwszy set rywalizacji to bardzo wyrównana gra, po której na tablicy wyników widniał remis 11-11. Chwilę później ‘Marzyciele’ popełnili trzy błędy z rzędu, a Maritex objął prowadzenie 14-11. Gdy wynik brzmiał 18-14 dla ekipy z Gdyni, wydawało się, że nic niespodziewanego się już nie wydarzy. W końcówce Dream Volley doprowadził jednak do wyrównania po 19, ale po błędzie jednego z graczy w niebieskim trykocie oraz skutecznym ataku Rafała Siduna – Maritex cieszył się z wygrania premierowej odsłony do 19. W drugiego seta lepiej weszli gracze Dream Volley, którzy po kilku skutecznych blokach objęli prowadzenie 13-9. Maritex nie dawał jednak za wygraną i – podobnie jak rywale w pierwszej odsłonie – doprowadził z czasem do wyrównania po 19. Choć zespół Mateusza Dobrzyńskiego mógł jeszcze odwrócić coraz bardziej niekorzystny wynik, nie wykorzystał dwóch piłek setowych i zamiast cieszyć się z remisu – oddał seta ambitnemu Maritexowi (23-21). Ostatni set to, a jakże, walka na przewagi. Zanim jednak do niej doszło, Maritex wysunął się na prowadzenie 20-17 i był o włos od wygrania za komplet punktów. Jak jednak wiadomo – kilkupunktowe prowadzenie niczego nie gwarantuje. Już po chwili Dream Volley doprowadził do wyrównania po 20, a następnie w końcówce przechylił szalę zwycięstwa na swoją stronę (23-21).

BL Volley – Port

Mimo, że obie ekipy w ligowej tabeli dzieli przepaść, wiemy jednak nie od dziś, że Portowcy w swojej historii zaleźli za skórę już niejednemu mocarnemu rywalowi. BL Volley z drugiej strony słynie z tego, że często nie potrafi postawić kropki nad ‘i’. Spodziewaliśmy się zatem, że nie będzie to wcale łatwe do wygrania spotkanie dla ekipy ‘Tygrysów’. Gracze Portu zameldowali się na hali w szóstkę, dodatkowo bez nominalnego rozgrywającego. Rolę tę przejęli dotychczasowy libero Piotr Wieruszewski oraz debiutujący w ekipie Stanisław Urban, którzy dodatkowo wzięli na siebie również ciężar zdobywania większości punktów z ataku. W pierwszym secie, mimo że z obu stron obserwowaliśmy spektakularne obrony oraz dość długie akcje, przeplatane one jednak były całą masą błędów, których oczywiście Port popełnił o wiele więcej. Nic dziwnego, że partia zakończyła się wynikiem 21-11 na korzyść zawodników Wojciecha Strychalskiego. Druga partia również zaczęła się bardzo dobrze dla ‘Tygrysów’, jednak w miarę jej upływu Portowcy zaczęli być coraz skuteczniejsi. W połowie seta wypracowali sobie trzypunktową przewagę (12-9), co wywołało lekkie poruszenie w szeregach rywala. BL Volley, na ich szczęście, szybko otrząsnął się z tego impasu, odrobił straty i finalnie zwyciężył 21-16. W trzeciej odsłonie gracze BL również zdecydowali się wystąpić w szóstkę. Od samego początku jednak sytuacja nie wyglądała dla nich zbyt dobrze. Portowcy dzięki niesamowitej ofiarności w obronie oraz skuteczności w ataku duetu Wieruszewski-Urban wyszli na kilkupunktowe prowadzenie. Przy stanie 18-14 jednak zaczęli popełniać błędy, a wiemy, że gdy Tygrysy wyczują krew to sytuacja przestaje wyglądać kolorowo. Szybko udało się odrobić straty i wyjść na prowadzenie 20-18. Port miał jeszcze swoją ostatnią szansę w tym secie, doprowadzając do gry na przewagi, finalnie jednak nie udało im się zapunktować w tym spotkaniu. Tym sposobem BL Volley wygrywa pierwsze spotkanie za komplet punktów od niemal roku. 30 października 2024 wygrali 3-0 z… Portem.

MysterElektroRockets – Kraken Team

Kilka razy w obecnym sezonie podkreślaliśmy, że Kraken Team jest pewniaczkiem bukmacherów. Kiedy mają wygrać za komplet punktów – to to robią. Kiedy z kolei rywal jest faworytem, Kraken przegrywa. Precyzując – łatwo odgadnąć ich wyniki. Czytając zapowiedzi przedmeczowe, gracze MER mogli czuć zmartwienie, bowiem redakcja stawiała na to, że Kraken Team sięgnie we wtorek po komplet oczek. Początek spotkania układał się dla Krakena bardzo dobrze – po kilku akcjach duetu Motyka – Kulpiński Kraken wysunął się na prowadzenie 14-10. MysterElektroRockets nie zamierzali bynajmniej przyjąć roli statystów i po chwili, za sprawą Piotra Ceynowy oraz Sebastiana Pietrasa, potrafili odpowiedzieć w najlepszy możliwy sposób. ‘Biało-czerwoni’ po kilku punktach wspomnianego duetu wysunęli się na prowadzenie 18-17, a po krótkiej chwili i ataku Wiktora Feliksiaka zapewnili sobie bardzo ważny i niespodziewany siódmy punkt w sezonie (21-19). Środkowa odsłona przyniosła zwrot akcji i wreszcie lepszą grę faworyta, który nie pozwolił MER na zbyt wiele. Po kolejnej w meczu punktacji Pawła Pallacha z ‘drugiej piłki’ Kraken wysunął się na prowadzenie 12-6 i wówczas stało się jasne, że ‘Granatowi’ już nie odpuszczą (21-13). Chwilę po początku trzeciego seta uznaliśmy, że MysterElektroRockets jest w stanie sprawić kolejną sensację. Bardzo dobrze w obronie spisywała się Julia Tarasek, świetnie w ataku funkcjonował tercet Pietras – Feliksiak – Ceynowa, a MER w pełni zasłużenie wysunęli się na prowadzenie 10-8. Mimo to Kraken to jednak solidna trzecioligowa marka, która się nie podpala, daje rywalom się wyprztykać, a kiedy wyczuje u nich chwilę słabości – zaatakuje. Już po chwili prawdziwą kanonadę urządzili Michał Kulpiński oraz najlepszy gracz spotkania – Przemysław Motyka, a ‘Bestia’ wygrała tę partię do 14.

Tiger Team – Flota TGD Team

Dobrnęliśmy do takiego etapu sezonu, w którym Tiger Team nie może pozwolić sobie na to, by kalkulować. Rozwijając tę myśl – chodzi o to, że ‘Tygrysy’ muszą podchodzić do spotkań bez kompleksów. Mimo że walczą z faworyzowanym rywalem, muszą bić się o punkty na 120% możliwości, bo za chwilę może zabraknąć dla nich miejsca w trzeciej lidze. Z takim nastawieniem Tiger Team zdawał się rozpocząć wtorkową konfrontację z faworytem. Mimo że to Flota TGD zaczęła lepiej (10-7), z czasem ‘ofiara wcieliła się w rolę oprawcy’. Pod koniec seta nieustępliwy Tiger Team doprowadził do wyrównania po 17, a następnie poszedł za ciosem i po świetnym fragmencie środkowego – Szymona Burdynewicza, wygrał partię do 18. Niepowodzenie w pierwszym secie wyraźnie wkurzyło Flotę TGD Team, która na wydarzenia z premierowej odsłony zareagowała w najlepszy możliwy sposób. Oj, to było prawdziwe lanie urządzone przez Flotę. Po kilku punktach aktywnego Sebastiana Sołtysa Flota TGD Team objęła prowadzenie 10-3. Choć po punktach Przemysława Masznera oraz Krzysztofa Cieśluka Tiger Team zniwelował straty do czterech oczek (12-8), do końca seta zdołał zdobyć zaledwie jeden punkt. W tym samym czasie rywal zapisał na swoim koncie aż dziewięć, choć trzeba przyznać, że duża w tym zasługa samych ‘Tygrysów’, którzy mylili się na potęgę (21-9). Ostatni ‘rozdział’ wtorkowego spotkania lepiej rozpoczął się dla faworyta, który objął prowadzenie 12-7. Choć po kilku udanych akcjach Mateusza Cieśluka Tiger Team zbliżył się do rywala na jeden punkt (13-12), to po problemach na wielu płaszczyznach Tigera, punkt za trzeci set trafił na konto Floty TGD Team.