Dzień: 2025-09-11

Feniks Gdańsk – Siatkersi

Nie ma chyba w lidze drugiej takiej drużyny, która tak bardzo lubi przekomarzać się z Redakcją jak Siatkersi. Scenariusz jest bardzo często podobny. My – nie do końca wierzymy, że Siatkersom uda się mecz, a Oni bardzo chętnie nam to przypominając, grając naprawdę kozacko. Tak było w przeszłości, tak było i tym razem. Wynik rywalizacji z Feniksem Gdańsk jest doprawdy imponujący, bo serio – sądziliśmy, że to team Łukasza Dubickiego będzie górą. Z drugiej strony warto nadmienić, że gdyby mieli odrobinę więcej szczęścia to mogliby wygrać dwa pierwsze sety. Często to powtarzamy, ale jest to prawdziwa teza. Gdybanie ma jednak to do siebie, że jest niemierzalne. Pierwszy set czwartkowego meczu, przez długi czas był pod dyktando graczy w czarnych strojach. Po kilku atakach świetnie dysponowanego Patryka Szulca, Feniks objął prowadzenie 18-14. Mimo, że było blisko to z kapitalnej strony pokazał się zdecydowanie najlepszy gracz meczu – Maciej Tarulewicz. Po kilku punktach środkowego, Siatkersi doprowadzili do wyrównania po 19, a następnie po ataku ze skrzydła Krzysztofa Lewandowskiego, cieszyli się z wygranej seta do 19. Środkowa partia wyglądała nieco inaczej. To Siatkersi prowadzili grę (8-5), a Feniks musiał ich gonić. Graczom Łukasza Dubickiego udało się to przy stanie 14-14, ale raz jeszcze – w końcówce zdecydowanie lepiej ciśnienie trzymali gracze w niebieskich strojach, którzy wygrali tę partię do 18. Ostatni set rywalizacji był siatkarskim odpowiednikiem ‘meczu do jednej bramki’. Precyzując – ze zdecydowanie lepszej strony pokazali się gracze Macieja Tarulewicza, którzy wygrali partię do 13 i mogli świętować kapitalne spotkanie, brawo!

Merkury – Bossman Team

To już chyba oficjalne. Merkury skończył z parszywą serią spotkań z Bossmanem, która aktualnie wynosi 2 wygrane i 3 porażki. Pamiętając mecze z przeszłości nie ukrywamy nostalgii. Wszystko za sprawą, że we wspomnianych spotkaniach działo się zdecydowanie więcej. Dziś? Mecz bardzo długimi fragmentami przypominał sparingową gierkę na conradinium. Tożsamość Bossmana została złamana, a ‘w boksie’ jest cicho jak w domu pogrzebowym. Dziwnie się to ogląda i sami nie wiemy z czego to wynika. Tak jak pisaliśmy w zapowiedziach – Bossman zrobił krok wstecz. Dziś dopowiadamy, że jeśli chodzi o atmosferę to cofnął się o kilka lat świetlnych. Dobra – nie ma co narzekać, jest jak jest. Pierwszy set rywalizacji ułożył się idealnie dla Merkurego, który po kilku świetnych akcjach Pawła Dolaka, objął prowadzenie 11-7. Trzy kolejne punkty Bossmana nie zmieniły obrazu gry (11-10) i druga część seta to wyraźna przewaga pięciokrotnych Mistrzów Inter Marine SL3 (21-16). Środkowa odsłona to już absolutna demolka. Choć do połowy seta nic na to nie wskazywało (11-8) to w drugiej części środkowej partii, Bossman kompletnie stanął, zaspał czy Bóg wie co tam zrobił. Był myślami przy Paprykarzu lub puszcze szczecińskiego piwa, bo wyglądało to naprawdę miernie (21-11). Ostatni set to najciekawsza odsłona. Po wyrównanej części, Merkury za sprawą asa serwisowego Daniela Godlewskiego wysunął się na prowadzenie 15-13. Mimo ogromnej szansy na komplet punktów, gracze w granatowych strojach zaprzepaścili szanse. Już po chwili pięć kolejnych punktów z rzędu zdobyli gracze Bossmana (18-15), którzy z czasem mogli cieszyć się z nagrody pocieszenia w postaci drugiego punktu w sezonie Jesień’25.

Eko-Hurt – Challengers

Po początku sezonu w wykonaniu Eko-Hurtu przy jednoczesnym falstarcie Challengersów, nie mieliśmy wątpliwości, która z drużyn będzie faworytem meczu. Ba, uznaliśmy nawet, że dla Eko-Hurtu, czwartkowe spotkanie powinno być czymś w rodzaju spacerku. Cóż. Było zupełnie inaczej, a team Pawła Dawczaka przebył w czwartek prawdziwą drogę przez piekło. Owszem – zakończyła się ona happy-endem, ale powiedzmy sobie wprost. Z taką grą, Eko-Hurt nie ma co marzyć o szybkim powrocie do elity. Pierwszy set rywalizacji rozpoczął się dla ‘Hurtowników’ fatalnie. Po sporej liczbie błędów w ataku oraz dużo większym szacunku do wyprowadzanych ataków po drugiej stronie siatki, Eko-Hurt zaczął spotkanie od stanu 5-10. W dalszej części seta team Pawła Dawczaka miał olbrzymie problemy z zatrzymaniem Mariusza Kuczko i w rezultacie team Wojciecha Lewińskiego, objął prowadzenie 18-10. Choć wydawało się, że za chwilę drużyny zmienią strony, Eko-Hurt podkręcił mocno tempo i realnie zagroził w końcówce swoim rywalom, przegrywając finalnie do 19. Środkowa odsłona była ozdobą całego czwartkowego dnia meczowego. Lepiej w tę partię weszli gracze Eko-Hurt, którzy po ataku nowego nabytku drużyny – Marka Dębskiego, objęli prowadzenie 10-7. W dalszej części seta, Challengersi zdołali doprowadzić do wyrównania, a to z kolei sprawiło, że temperatura meczu bardzo mocno urosła (20-20). W końcówce nie brakowało zwrotów akcji, kontrowersji, kłótni czy tego co najważniejsze – świetnej gry. Ostatecznie po długiej wymianie ciosów i punktach Andrzeja Pipki oraz Piotra Okoniewskiego, górą byli gracze Eko-Hurt. Trzeci set rywalizacji rozpoczął się lepiej dla ‘underdoga’ spotkania. Po świetnym początku, Challengersi objęli prowadzenie 10-4 i wydawało się, że to oni postawią kropkę nad ‘i’. Dalsza część seta przypominała to co oglądaliśmy w premierowej odsłonie, z jedną tylko różnicą. W odróżnieniu od pierwszego seta, tu przewaga, która systematycznie topniała nie wystarczyła Challengersom do wygranej i dwa punkty z czwartkowego spotkania, zasiliły konta ex-pierwszoligowca.

Trefl Gdańsk – Staltest Pomorze

Jakie są aktualnie największe atuty Energi Trefla Gdańsk? Bez wątpienia gra blokiem. Drugi mecz, drugi raz team Edwarda Pawluna notuje aż 10 (!) bloków w meczu, wykręcając średnią z kosmosu. Owszem – za chwilę się to na pewno pogorszy, ale póki co – druga drużyna pod tym kątem może pochwalić się 7 blokami na mecz. Przepaść. Oczywiście są też minusy, bo wczorajsze spotkanie było wyraźnie gorsze niż te środowe ze Speednetem. Widać to było po reakcjach trenera, który w pierwszym w secie rywalizacji zyskał kilka kolejnych siwych włosów. Oj, nie szło młodzieży w pierwszym secie, a liczba błędów była…zatrważająca. Oczywiście potwierdzają to statyki. Po dwóch meczach sezonu, gracze Energi popełniają średnio 22 błędy na mecz co jest drugim najgorszym wynikiem w drugiej lidze. Aby zobrazować o czym mówimy podamy przykład Złomowca, który popełnia tych błędów zaledwie 11. Ok, zostawmy statystyki, bo trzeba również pochwalić Staltest. Mimo, że gracze Arkadiusza Kozłowskiego nie mieli w naszym odczuciu większych szans, to w pierwszym secie ich grę oglądało się naprawdę przyjemnie. Z ich perspektywy zapewne szkoda, że nie udało im się tego utrzymać w dwóch kolejnych setach, które były już znacznie słabsze. Tak czy siak – plan minimum na czwartkowy wieczór został w naszym odczuciu zrealizowany. Staltest wygląda o niebo lepiej niż jeszcze dwa tygodnie temu. Teraz jednak czas by podkręcić tempo i w końcu coś wygrać.

Inter Marine Masters – Old Boys

Po niedawnych porażkach z tą samą ekipą – Flotą Active Team, obie drużyny miały w czwartek jedno zadanie – ‘odkuć się’. W naszym odczuciu faworytem i to wyraźnym była ekipa Old Boys. Już początek spotkania pokazał, że nie będzie to takie łatwe zadanie jak mogłoby się wydawać. Od pierwszego gwizdka sędziego to Inter Marine Masters przejęło inicjatywę, co zostało udokumentowane prowadzeniem 13-9. Warto przy tym zauważyć, że Old Boysom nie pomogły kapitalne obrony, którymi co chwilę popisywał się ich przyjmujący – Mateusz Batyra. W dalszej części seta, przewaga mądrze grających ‘Mastersów’ stawała się coraz bardziej okazała (17-11), by po chwili mogli się oni cieszyć z premierowego punktu w sezonie Jesień’25 (21-15). Środkowa odsłona to zwrot akcji. Po najlepszym fragmencie drużyny z Pruszcza Gdańskiego w całym meczu, objęli oni zasłużone prowadzenie 8-3. Choć po niezwykle długiej i pełnej ofiarnych obron akcji, Inter Marine Masters zniwelowało straty do trzech oczek (11-8), to dalsza część seta była już dominacją ekipy ‘znad Raduni’ (21-13). Wynik 1-1 po dwóch setach oznaczał, że zwycięzcę meczu wyłoni trzecia partia. Przez bardzo długi czas wydawało się, że wszystko idzie po myśli faworyta. Gracze Bartłomieja Kniecia prowadzili na półmetku już 11-6 i wówczas chyba nikt nie wierzył, że w meczu może dojść do takiego twistu. Po kilku udanych kontrach Andrzeja Masiaka oraz ściągniętego przed sezonem do ‘Mastersów’ – Grzegorza Boguszewskiego, Inter Marine Masters wysunęli się na prowadzenie 17-16, a po chwili poszli za ciosem, zdobywając cztery kolejne i zarazem ostatnie punkty w meczu. Wow. Ostatni tak dobry finisz, widzieliśmy podczas jednego z wyścigów w Tour de France w wykonaniu Tadeja Pogacara. Imponujące (21-17).

Team Spontan – BL Volley

Górnolotne plany, sen o potędze, nadzieja, że obecny sezon będzie inny niż poprzednie, a fakty są takie, że w trzech pierwszych meczach, Team Spontan dostał dwa razy w ryj. Dość zabawną anegdotką jest to, że dziś w drużynie (z przymusu na rozegraniu) zadebiutował Michał Truskowski, który jeszcze niedawno wspominał, że jeszcze nigdy nie przegrał meczu w SL3. Kilka sezonów temu, wspomniany gracz występował w drużynie Piękni i Młodzi, która z czasem zmieniła się w Merkurego. Tak czy siak – wystarczył jeden mecz po przerwie i już w ryj. Gdyby Redakcja była złośliwa, a wiadomo, że nie jest, mogłaby powiedzieć, że Mikołaj Kopernik też nigdy w Inter Marine SL3 nie przegrał choć w jego przypadku się to raczej nie zmieni. Odstawmy żarty na bok i zachowajmy na chwilę powagę. O formie BL Volley na początku rozgrywek trzeba bowiem mówić z powagą, bo w naszym odczuciu są oni jednymi z największych wygranych inauguracyjnych kolejek. Ani z Kraken, ani ze Spontanem nie byli oni faworytem, a mimo to wracają z Ergo Areny ‘z tarczą’ i czteroma punktami na koncie. Wow – nie zaimponowaliście nam tak od dobrych kilka sezonów. Skoro BL ograł tak mocnych rywali to co będzie kiedy wpadnie na grupę trzecioligowych ‘ogórków’, których legitymację BL zdał wraz z otwarciem nowego sezonu? Jedno jest pewne, przed BL ciekawe czasy, nie spieprzcie tego.