Sezon: Jesień 2025

Flota Active Team – Fux Pępowo

W zapowiedziach przedmeczowych wskazywaliśmy na to, że dość mało prawdopodobne jest to, by któraś z drużyn sięgnęła we wtorek po wymarzony komplet punktów. Było to o tyle istotne, że ten – był dla obu ekip przepustką do tego, by sezon w ich wykonaniu był tym perfekcyjnym. Graczom z Pępowa trzy punkty dawałyby mistrzostwo, a Flocie – bezpośredni awans do elity. Już początek spotkania pokazał, że będzie to bardzo wyrównane starcie. W pierwszym secie rywalizacji oglądaliśmy bardzo jakościową grę po obu stronach siatki, która zaprowadziła nas do stanu 14-14. Jako pierwsi na prowadzenie wysunęli się gracze z Pępowa, którzy po atakach Kornela Krakowskiego i Tomasza Piaska, prowadzili trzema oczkami (17-14). Choć Flota zdołała pod koniec podgonić nieco wynik, to pierwszy punkt rywalizacji – trafił na konta ‘Koniczynek’ (21-19). Po pierwszym secie stało się jasne, że Flota nie awansuje bezpośrednio do elity, a żeby zagrać w meczu barażowym – muszą wygrać przynajmniej jednego seta. Pod koniec środkowej odsłony, Fux Pępowo zdawał się być bliżej mistrzostwa. Po kolejnym ataku Tomka Piaska, prowadzili oni 17-16. Mimo to – tym razem to Flota była górą i po błędzie jednego z graczy w czarnym stroju – cieszyli się z wyrównania stanu rywalizacji (21-19). Wówczas wszystko stało się jasne – Fux zajął w lidze drugie, a Flota trzecie miejsce. Mimo to – graczom obu drużyn nie przeszło przez myśl by trzecią partię potraktować sparingowo. Z boku można było wręcz odnieść wrażenie, że trzeci set rywalizacji decyduje o mistrzostwie w najwyższej klasie rozgrywkowej. Po bardzo zaciętym boju zakończonym walką na przewagi – z wygranej cieszyli się gracze Karoliny Kirszensztein, którzy dziś powalczą w meczu barażowym o prawo gry w pierwszej lidze. Jeśli im się powiedzie, to w przyszłym sezonie obie drużyny zmierzą się po raz kolejny – tym razem już w elicie.

Inter Marine Masters – Challengers

Z całą pewnością – był to najważniejszy mecz dla obu drużyn od bardzo dawna, a już na pewno – w obecnym sezonie. Stawką meczu była bowiem walka o utrzymanie w drugiej klasie rozgrywkowej. W zdecydowanie gorszym położeniu byli gracze Challengers, którzy aby się utrzymać – musieli wygrać. Początek spotkania ułożył się dla nich bardzo dobrze, bo już po chwili – wysunęli się na prowadzenie 6-2. W tym przypadku powiedzonko ‘miłe złego początki’ sprawdziła się w przerażający dla Challengersów sposób. Już po chwili mieliśmy serię ‘Mastersów’, po której to oni wysunęli się na prowadzenie 12-9. Choć Inter Marine zdawało się przejąć kontrolę nad poczynaniami boiskowymi, to w dalszej części seta, gra się bardzo wyrównała a końcówkę oglądało się wręcz wybornie. Ostatecznie więcej zimnej krwi zachowali ‘Mastersi’, którzy wygrali tę partię do 20. Wynik premierowej partii sprawił, że Challengersi znaleźli się na musiku. Sprawa była tu dość prosta – albo wygrają dwa kolejne sety, albo spadną z ligi. Niestety dla nich – stało się to jasne już po drugim secie, który powiedzmy sobie wprost – nie należał do Challengersów. Kiedy dwoma skutecznymi atakami popisał się ściągnięty przed sezonem z Maritexu Stanisław Płochocki (18-13), stało się jasne, że ‘Mastersi’ już tego nie wypuszczą (21-17). Trzeci set nie miał tak naprawdę znaczenia dla układu tabeli. Była to partia, w której Challengersi wygrali do 12, ale pocieszenie to mniej więcej takie, jak dla osoby, która po amputacji kończyny staje na wagę i z zadowoleniem stwierdza, że udało jej się zrzucić kilka kilogramów.

BL Volley – Wolves Volley

Mega lubimy takie historię. No bo wiecie. BL Volley był jak kuzyn z małej miejscowości, który przyjeżdża do wielkiego miasta i co do zasady – ma się podporządkować regułom tam panującym. Tymczasem ten, jak gdyby nigdy nic zostaje kapitanem drużyny, biją się o niego dziewczyny z klasy, a on sam – staje się okoliczną gwiazdą. From zero to hero, moi mili. Nikt chyba nie stawiał na to, że BL Volley zdoła awansować do drugiej ligi. W sensie nikt, jeszcze kilka tygodni temu, bo przez wspomniany okres – ‘Tygrysy’ rosły w mgnieniu oka. Stawali się coraz więksi i coraz silniejsi. W ostatecznym rozrachunku wygrali 10 z 13 spotkań i awansowali – w pełni zasłużony sposób. Tu nie można mówić o niesprawiedliwości i parafrazując słowa z polskiego sejmu – ‘ten awans im się po prostu należał’. Skoro przy metaforach byliśmy na początku podsumowania, to i teraz musimy jedną wtrącić. Bo z wtorkowym meczem było jak z melodramatem. Wiecie – na początku była sielanka i nic nie wskazywało na to, że sprawy potoczą się nie tak, jak nasz główny bohater by tego oczekiwał. Kiedy wydawało się, że epilog tej historii nie będzie happy-endem, mieliśmy jeszcze jeden zwrot akcji, który sprawił, że w obozie BL zapanowała euforia. Precyzując. BL miał swoje potężne problemy w trzecim secie, którego rozpoczął od stanu 5-10. To, że wykaraskali się z tak dramatycznej sytuacji pokazuje klasę drużyny i to, że potrafią sobie radzić w kryzysowych momentach. Podsumowując – brawo. Nie możemy się wręcz doczekać not w skali 1-10 w czwartkowym magazynie. STAY TUNED.

Złomowiec Gdańsk – Old Boys

Spośród wszystkich dziewięciu spotkań, do których doszło we wtorkowy wieczór – tylko rywalizacja Złomowca z Old Boysami nie miała znaczenia dla układu tabeli. Obu drużynom nie groził już spadek. Nie było również możliwości, by któryś team pokusił się o podium rozgrywek. Mimo to – zestawienie tej pary dawało nam niemal pewność, że żadna ze stron nie będzie chciała odpuścić. Pierwszy set rywalizacji to wyraźna przewaga Złomowca, który wykorzystał potężne problemy w komunikacji u rywali i na półmetku seta – prowadził 11-5. Z czasem Złomowiec, nie forsując zbytnio tempa, objął prowadzenie 18-10 i wówczas stało się jasne, że to właśnie oni wygrają premierową odsłonę (21-13). W połowie środkowej partii – Złomowiec po atakach Krzysztofa Kopernika prowadził 13-10. Tuż po chwili – sytuacja boiskowa diametralnie się zmieniła. Po bloku oraz ataku Szymona Sawickiego – Old Boysi wysunęli się na pierwsze w tym secie prowadzenie (19-18) i po chwili to właśnie oni cieszyli się z wygranej seta do 20. Decydujący o zwycięstwie set rozpoczął się od miażdżącej przewagi Złomowca, po której uznaliśmy, że nic złego im się już w tym meczu nie przydarzy (8-3). Mimo pięciopunktowego prowadzenia – w kolejnych kilku minutach gracze Witolda Klimasa zdobyli zaledwie dwa punkty. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że rywale zdobyli w tym czasie dziewięć i to oni wysunęli się na prowadzenie 12-10. W dalszej części seta – gracze Bartłomieja Kniecia trzymali rywala na bezpieczny dystans i finalnie – to oni wygrali mecz, osładzając sobie tym samym dziesiąte miejsce w sezonie Jesień’25.

Feniks Gdańsk – Remedios Sopot Ortopedia

Powiedzmy to sobie wprost. Ustalając terminarz Inter Marine SL3 na końcówkę sezonu, trudno było zestawić nam dziewięć par, w których – obie drużyny byłyby ‘pod prądem’. Nie ma się co oszukiwać – mecz pomiędzy Remediosem, a Feniksem Gdańsk był w naszym odczuciu najmniej ciekawym widowiskiem spośród wszystkich środowych spotkań. Fakt, że drużyny nie walczyły już o wielką stawkę sprawił, że mecz wyglądał bardziej na sparingową gierkę niż walkę o ligowe punkty. Pierwszy set rywalizacji był jednocześnie tym najciekawszym. W premierowej odsłonie obie drużyny miały swoje problemy, przede wszystkim w przyjęciu. Pod koniec seta po dwóch atakach Michała Ryńskiego, objęli prowadzenie 20-15. Pod koniec Feniks zdołał zdobyć jeszcze kilka oczek, ale o wygranej seta – nie mogło być już mowy. Środkowa odsłona to absolutna dominacja Remediosu, który na tle swojego rywala, wyglądał już jak team o dwie klasy lepsze. To co rzucało się w oczy w przypadku Feniksa to bardzo duża liczba błędów, które nie pozwoliły drużynie w czarnych strojach podjąć choćby walki (21-10). W trzecim secie rywalizacji – Remedios walczył już o to by w ostatecznym rozrachunku, znaleźć się na czwartym miejscu w ligowej tabeli. Aby tak się jednak stało – musieli wygrać i prawdę mówiąc – nie mieli z tym żadnego problemu. Pod koniec meczu doszło do ciekawej sytuacji, w której asa serwisowego zdobył Maciej Kot i dało mu to wygraną w kategorii ‘najlepiej zagrywający’ czwartej ligi (21-12).

ACTIVNI Gdańsk – Only Spikes

Choć sytuacja w ligowej tabeli nakazywała sądzić co innego – w zapowiedziach wskazaliśmy na to, że to ACTIVNI Gdańsk będą faworytem spotkania. Skąd taki wniosek? Sami nie wiemy. Często za pewną drużyną ciągnie się piękna historia i wynikająca z tego aura. Czasy się jednak zmieniają i jest na to kilka dowodów. Pamela Anderson nie jest już tak piękna jak niegdyś, a ACTIVNI Gdańsk nie są już mocną drużyną ani w drugiej, ani w trzeciej, ani w czwartej lidze. Scorpionsi śpiewali kiedyś o ‘wietrze zmian’. Te w ostatnich sezonach sprawiły, że ACTIVNI są już cieniem drużyny z przeszłości. Okrzyk wersja – Beta? Cóż, nazwalibyśmy to raczej zbugowanym kodem, na którego suchej nitki nie zostawili recenzenci. Inaczej ma się sprawa w przypadku Only Spikes, którzy przeżywają obecnie swój zdecydowanie najlepszy czas w rozgrywkach Inter Marine SL3. Ależ ta drużyna rozkwitła. Ależ oni się rozwinęli. Brak nominalnej sypy na meczu? Nie ma problemu – zagra libero, w myśl zasady ‘wszystkie ręce na pokład’. Mimo że ‘żółci’ przegrywali 6-11, to po świetnej ‘zagrze’ Patryka Łabędzia – doprowadzili do wyrównania po 12, a po chwili poszli za ciosem, wygrywając finalnie do 20. W środkowej odsłonie gracze Only Spikes szli za ciosem i mimo że tym razem to oni prowadzili 16-13, to ACTIVNI Gdańsk zdołali odwrócić losy rywalizacji, wygrywając finalnie do 19. Dwa pierwsze sety były bardzo wyrównane i w związku z tym – trzeci również musiał dostarczyć emocji. Tak to już w tym spotkaniu było, że kilkupunktowe prowadzenie jednej z drużyn, nie było żadnym gwarantem sukcesu. W ostatnim secie, ACTIVNI prowadzili 15-11, a wzięty w tę porę czas – zdziałał cuda. Już po chwili gracze w żółtych trykotach doprowadzili do wyrównania po 18, a po chwili cieszyli się z czwartej wygranej w sezonie Jesień’25. Brawo – to naprawdę mega progres.

Port – MiszMasz

Po rewelacyjnej wygranej za komplet punktów z zespołem MysterElektroRockets – ‘Portowcy’ byli już o włos od utrzymania w trzeciej klasie rozgrywkowej. Do tego, by wyprzedzić zarówno Tiger Team jak i MysterElektroRockets – gracze Tomasza Bobcowa potrzebowali co najmniej jednego punktu. Nieco bardziej skomplikowana sytuacja była w drużynie MiszMasz, która niespodziewanie przegrała z Tiger Team i do utrzymania – potrzebowała wygranej z rywalami. Pierwszy set rywalizacji to koronny dowód na to, jak obu drużynom zależało na korzystnym wyniku. Ależ to była emocjonująca partia. Co ciekawe – do pewnego momentu wszystko wskazywało na pewną wygraną MiszMaszu, który prowadził 17-12. Przestój MiszMaszu przyszedł w najmniej oczekiwanym momencie i po zagrywce Piotra Wieruszewskiego, Port doprowadził do wyrównania po 18. Dalsza część seta to walka punkt za punkt, w której żadna z drużyn nie chciała odpuścić. Ostatecznie po długiej wymianie ciosów – w końcówce Port popełnił dwa błędy z rzędu i pierwszy punkt w meczu, zasilił konto MiszMaszu. Środkowa odsłona to bardzo podobna historia, w której MiszMasz zdawał się mieć pod kontrolą poczynania boiskowe, ale pod koniec – wygrana zaczęła wymykać im się z rąk. Ostatecznie mimo prowadzenia 20-18, zespół Jakuba Waszkiewicza nie mógł dopiąć swego, a z wyrównania – cieszyli się po chwili ‘Portowcy’ i jak się okazało – był to punkt na wagę utrzymania w trzeciej lidze. Ostatni set rywalizacji to już wyraźna przewaga MiszMaszu, który dysponował zdecydowanie szerszym składem na przestrzeni sześciu rozegranych w środę setów. Sądzimy, że miało to znaczenie i nieco ‘świeżsi’ gracze Jakuba Waszkiewicza – wygrali seta do 13, zapewniając sobie utrzymanie w trzeciej lidze.

Chilli Amigos – VB FE Sulmin

Choć za Chilli Amigos już 12 sezonów to zastanawiamy się, czy team Pawła Kalety nie ma aktualnie swojego prime. Po chwili dochodzimy do wniosku, że zestawiając dzisiejszy team w czerwonych strojach z ekipą z przeszłości… moglibyśmy liczyć na spokojny komplet punktów aktualnych ‘Amigos’. Ależ to w ostatnim czasie żre. Dowód? Na wczorajszym meczu stawili się niemal wszyscy gracze, co pokazuje, że poza aspektem sportowym – wybitnie wręcz prezentuje się szeroko rozumiany team-spirit. Jeśli chodzi o samo spotkanie, to środowe starcie rozpoczęło się od wyraźnej przewagi ‘Amigos’, którzy wysunęli się na prowadzenie 14-5 i nie mieli problemu ze zgarnięciem premierowego punktu (21-8). W środkowej odsłonie – zespół z Sulmina zawiesił poprzeczkę na zdecydowanie wyższym pułapie. Ku naszemu zaskoczeniu, to oni rozpoczęli seta od prowadzenia 9-6. Niestety dla nich – w ślad za udanym początkiem nie poszła dalsza część gry. Już po chwili siedem punktów z rzędu zdobyli gracze w czerwonych trykotach (13-9), którzy z czasem poszli za ciosem, wygrywając do 14. Ostatni set to kontynuacja wyraźnej przewagi drużyny Pawła Kalety i w konsekwencji – wygrana do 13. Dzięki trzem punktom – zespół ‘Amigos’ zakończył ligowe zmagania na siódmym miejscu z 24 punktami na koncie. Uważamy, że jest to świetny wynik, aczkolwiek wydaje nam się, że ‘Amigos’ nie powiedzieli ostatniego słowa.

Tiger Team – MiszMasz

Kurde… dawno nie mieliśmy tak, że było nam po ludzku żal, którejś z drużyn. Przez tyle lat i sezonów. Przez 3500 obejrzanych spotkań, uodporniliśmy się na drużynowe dramaty. Ten w wykonaniu drużyny Tiger Team nas jednak w jakiś sposób dotknął, bo team Dawida Staszyńskiego – walczył z wieloma przeciwnościami losu, a od początku sezonu – wymieniany był jako kandydat nr 1 do spadku. Ostatecznie zespół ‘Tygrysów’ zgromadził 13 oczek co niejednokrotnie wystarczało do utrzymania. Nie tym razem, a zespół Tiger Team przegrał trzecią ligę o… 10 małych oczek. Oczywiście dziś mogą się zastanawiać co by było gdyby nie mieli wczoraj problemów kadrowych i mogli zagrać w optymalnym zestawieniu. Tego nie dowiemy się już nigdy. Pierwszy set rywalizacji rozpoczął się co prawda dla Tigera obiecująco, ale mniej więcej w połowie seta – team nie uniknął błędów, po których z pierwszego punktu w meczu – cieszyli się gracze MiszMasz. W drugim secie MiszMasz nijak nie przypominał drużyny z wcześniejszego etapu sezonu. Grał po prostu – bardzo słabo i choć na półmetku seta trzymał fason (10-10), to w dalszej części seta – to rywal dyktował warunki gry, wygrywając finalnie do 18. Decydujący o zwycięstwie set, to… obraz nędzy i rozpaczy MiszMaszu, który na tle beniaminka, prezentował się bardzo słabo. Ostatecznie faworyzowana ekipa przegrała tę partię do 14, a cały mecz 1-2 i choć udało im się utrzymać, to… spotkanie z MiszMaszem do udanych z pewnością nie należało.

Port – MysterElektroRockets

Uniwersum Inter Marine SL3 nie zawiodło. To co wydarzyło się w środowy wieczór w dolnych partiach trzecioligowej tabeli, wymyka się z jakichkolwiek ram logiki. Przez długie tygodnie wydawało się, że zespół MysterElektroRockets zdołał uciec z bagienka, w którym znajdowały się drużyny walczące o życie. Wczoraj wieczorem – zespół Pawła Urbaniaka miał to udowodnić, a do utrzymania – potrzebowali w zasadzie jednego punktu. Komplikacje pojawiły się już w pierwszym secie rywalizacji, w którym zespół w biało-czerwonych strojach… zdawał się nie dojechać do hali Ergo Arena. Ależ to była dominacja ‘Portowców’. Ależ to było lanie, ależ to było dobre granie. Z drugiej strony warto podkreślić to, że dawno nie widzieliśmy tak słabej drużyny MysterElektroRockets. Pięć punktów w secie po własnych akcjach? Wstyd (21-11). W środkowej odsłonie ‘biało-czerwoni’ wzięli się w garść i po bloku Macieja Łyszczarza – wysunęli się na prowadzenie 7-3. Z czasem prowadzili już 12-7 i wydawało się, że za chwilę doprowadzą do wyrównania w setach co da im utrzymanie w lidze. Po dwóch asach serwisowych Marka Wieruszewskiego – Port uwierzył, że nie wszystko stracone (12-11). Dalsza część seta to bardzo dobra gra ‘Portowców’, która dała im drugi punkt w meczu (21-18)! Ostatni set to kontynuacja przewagi drużyny ‘z doków’ wobec, której gry – MysterElektroRockets byli totalnie bezradni. Ostatecznie Port zakończył seta wygraną do 13, co miało fundamentalne znaczenie dla utrzymania w lidze. Wówczas gracze MER nie zdawali sobie sprawy, jak bardzo sprawy się pokomplikują. Po innych – niekorzystnych wynikach okazało się, że biało-czerwoni zagrają w przyszłym tygodniu mecz barażowy, co jeszcze do niedawna – wydawało się nierealnym scenariuszem.