Za nami wtorkowa seria gier, w której doszło do kilku arcyważnych spotkań dla końcowego układu tabeli. Bardzo duże kroki w kierunku awansu do wyższych lig wykonały wczoraj drużyny Volley Gdańsk oraz Dream Volley. Bardzo cenne zwycięstwa w kontekście utrzymania padły łupem Speednetu, Fuxa Pępowo oraz trzecioligowego Stay Win. Zapraszamy na podsumowanie!
Szach-Mat – Speednet 0-3 (11-21; 17-21; 16-21)
Jeszcze nigdy nie mieliśmy w grupie spadkowej sytuacji, w której los którejkolwiek z drużyn walczących o utrzymanie byłby przesądzony. Po rundzie zasadniczej było wiadomo jedynie tyle, że Merkury raczej nie spadnie. Co ciekawe – w ostatnim meczu rundy zasadniczej wygrali z nimi gracze Szach-Matu, co w diametralny sposób poprawiło ich sytuację w tabeli, nie wspominając nawet o aspekcie psychologicznym. W skrócie – ogranie tak mocnej drużyny miało być w zamyśle agregatorem do tego, by zacząć wreszcie wygrywać i dzięki temu utrzymać się w elicie. No – tyle teoria, bo w praktyce już chwilę po pierwszym gwizdku sędziego Szach-Mat był tylko tłem dla rozpędzonego rywala. Już na półmetku seta Speednet wysunął się na prowadzenie 10-6. W dalszej części dysproporcja była jeszcze większa, na co wpływ miała między innymi spora liczba błędów ‘Szachistów’ (21-11). Środkowa partia to nieco lepsza dyspozycja drużyny Dawida Kołodzieja, ale wciąż to zdecydowanie nie to, co było jeszcze w poprzedniej edycji. Owszem – był moment, w którym Szach-Mat prowadził nawet 12-10, ale druga część seta to kolejne błędy Szach-Matu oraz zdecydowanie zimniejsza głowa graczy Macieja Miścickiego, którzy konsekwentnie grali swoje i wygrali tę partię do 17. Ostatni set to dość podobny obrazek, w którym Szach-Matowi sił wystarczyło tylko do połowy seta. W drugiej części dobrze dysponowany Speednet narzucił rywalom swoje warunki gry i w konsekwencji wygrał tę partię do 16, a cały mecz 3-0. Trudno nam nawet opisać, jak ważne to były punkty. W naszym odczuciu nie ma już takiej siły, która sprawiłaby, że w ostatecznym rozrachunku Szach-Mat zdołałby przegonić w tabeli Speednet. To się po prostu nie wydarzy. Wobec tego trudno nie dojść do konkluzji, że Szach-Mat jest już jedną nogą w drugiej lidze.
VB Sulmin – Volley Gdańsk 1-2 (22-24; 21-19; 14-21)
Po wczorajszej serii gier w całej 52-drużynowej stawce pozostały już tylko trzy drużyny, które nie przegrały do tej pory choćby jednego spotkania w sezonie. Piszemy o tym teraz, bo do wspomnianego elitarnego grona zalicza się lider drugiej ligi – Volley Gdańsk. Warto przy tym zauważyć, że spotkanie nie było dla nich spacerkiem, jak mogło się wydawać przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Ba – w naszym odczuciu mało brakowało do tego, aby to ekipa z Sulmina cieszyła się ze zwycięstwa. Team Daniela Bąby podszedł bowiem do wtorkowego rywala bez jakichkolwiek kompleksów. Oczywiście nie od samego początku – co to, to nie. Zanim się bowiem obejrzeliśmy, lider drugiej ligi prowadził już 7-0, a zespół w czerwono-czarnych strojach zdążył wykorzystać dwa przysługujące im czasy. Z każdą upływającą minutą gracze Daniela Bąby prezentowali się jednak coraz lepiej i ze stanu 18-11 dla rywali doprowadzili do wyrównania po 20, czym realnie postraszyli rywala. Ostatecznie po krótkiej chwili Volley dopiął jednak swego, ale było to ostrzeżenie, które jak się po chwili okazało, zostało zbagatelizowane. Po wyrównanym początku drugiego seta, jako pierwsi na prowadzenie wysunęli się faworyci meczu, którzy prowadzili już 17-13. Po chwili zaczęli popełniać jednak błędy, co w połączeniu ze skutecznymi atakami Igora Kazello okazało się skuteczną receptą na zwycięstwo drużyny z Sulmina do 19. Trzecia odsłona to dość wyraźna przewaga faworyta, który wygrał seta do 14 i już teraz ma więcej punktów niż mistrz drugiej ligi z poprzedniego sezonu (29 vs 28). Co ciekawe – właśnie z takim dorobkiem Volley awansował w sezonie Jesień’24. Jako że mają jeszcze dwa mecze w zanadrzu, to tego nie da się już po prostu zepsuć.
Staltest Pomorze – Stay Win 1-2 (17-21; 16-21; 25-23)
Uwielbiamy ten etap sezonu, gdzie niemal każdy mecz toczy się o wielką stawkę. Dość niepozorne zestawienie Staltestu oraz Stay Win sprawiało, że na parkiecie numer trzy mieliśmy jeden z większych hitów w obecnym tygodniu. Naprzeciw siebie stanęły bowiem ekipy, które na finiszu rozgrywek znalazły się w ogromnych tarapatach, przy czym w gorszym położeniu znaleźli się gracze Staltestu Pomorze. Do spotkania przystępowali oni bowiem z zaledwie ośmioma punktami na koncie i kolejna porażka mogła być ich przysłowiowym ‘gwoździem do trumny’. Początek spotkania to bardzo wyrównana gra, po której mieliśmy remis 13-13. W końcowej fazie seta kluczowym graczem okazał się Andrey Oknov, po którego kilku atakach z rzędu ekipa Stay Win wysunęła się na prowadzenie 19-16 i cieszyła się po chwili z pierwszego punktu w meczu. Po stronie Staltestu liderem – nie tylko w drugim secie, ale i całym sezonie – był Jan Ciupa. To po atakach wspomnianego gracza Staltest pozostawał przez długi czas ‘przy życiu’ (11-11). W drugiej części seta sprawę w swoje ręce wziął tym razem kapitan drużyny – Tomasz Bobcow, który świetną zagrywką wyprowadził swój team na prowadzenie 16-11, co umówmy się – ustawiło dalszą część zmagań (21-16). W trzecim secie Stay Win stanął przed olbrzymią szansą na komplet punktów, co w naszym odczuciu zagwarantowałoby im utrzymanie. Niestety dla nich – potoczyło się to nie w tę stronę, w którą Stay Win by tego oczekiwał. Chwilę po półmetku seta dwoma blokami popisał się rozgrywający Staltestu – Arkadiusz Kowalczyk, co w połączeniu z serią koszmarnych błędów ‘Hotelarzy’ dało Staltestowi prowadzenie 19-13. Gracze w seledynowych strojach zamiast jednak zamknąć szybko seta, dali dojść do głosu rywalom, co dało nam bardzo emocjonującą końcówkę. Ostatecznie po grze na przewagi Staltest zdołał wygrać tę partię do 23, ale tak jak mówimy – powodów do optymizmu to tu zbyt dużo nie widzimy.
Wolves Volley – Kraken 1-2 (21-19; 16-21; 21-23)
W ostatnim czasie zwracaliśmy uwagę na to, że ekipa Wolves Volley może na finiszu rozgrywek włączyć się jeszcze w walkę o awans do wyższej klasy rozgrywkowej. O ile na zajęcie jednego z dwóch pierwszych miejsc nie było mowy, to włączenie się do walki o trzecią lokatę, która otwierałaby furtkę do meczu o prawo gry w drugiej lidze, było jak najbardziej możliwe. Aby tak się jednak stało, zespół ‘Wilków’ musiał liczyć na dwie rzeczy. Pierwszą z nich – że Dream Volley ogra Challengersów (tu był komplet punktów, więc wymarzony scenariusz dla Watahy). Był też drugi czynnik, który jak się okazało, był znacznie trudniejszy. Mianowicie – samemu trzeba było wygrać mecz z Krakenem, co okazało się barierą nie do przeskoczenia. Już początek spotkania pokazał, że nie będzie to łatwe starcie dla ‘Watahy’. Na początku to Kraken wyglądał lepiej i po punktach Dmytro Hurtovyia oraz Jakuba Wałdocha wysunęli się oni na prowadzenie 14-9. Z czasem w meczu odblokował się jednak Tomasz Głębocki, po którego atakach Wolves Volley doprowadzili do wyrównania po 18, a następnie – cieszyli się z pierwszego punktu (21-19). Środkowa partia była jednak z ich perspektywy ogromnym zawodem. Choć do połowy seta oglądaliśmy wyrównaną grę (11-11), to po kilku atakach powracającego do wielkiej formy Volodymyra Krolenki, Kraken wysunął się z czasem na prowadzenie 17-12, które po chwili zapewniło im wyrównanie stanu rywalizacji (21-16). Ostatni set był jednocześnie tym najciekawszym. Kiedy dwoma punktami z rzędu popisał się Tomasz Głębocki, wydawało się, że szala zwycięstwa przechyli się finalnie na korzyść ‘Wilków’ (16-14). Z czasem duet Dmytro Hurtovyi oraz Volodymyr Krolenko okazał się nie do zatrzymania i po atakach skrzydłowych Kraken wysunął się na prowadzenie 20-19, a po chwili zdołał postawić kropkę nad i, wygrywając do 21.
Tiger Team – VB Inter-Grahen Sulmin 0-3 (16-21; 16-21; 14-21)
Myśląc o meczu, na myśl przychodzi nam pewna przyśpiewka stadionowa, którą można na potrzeby tego podsumowania nieco parafrazować: ‘cała Polska dziś widziała, jak drużyna Tigera się obsrała’. Ostro? Nie może być inaczej. Do niedawna przekonywali się o tym gracze VB Inter-Grahen Sulmin, których dziś będziemy tylko chwalić. Zanim jednak o tym – kilka słów o drużynie Marcina Kwidzińskiego, która miała autostradę do tego, by założyć wczoraj żółtą koszulkę lidera. Jako niepokonany do tej pory team mierzyli się z przeżywającą ogromny kryzys ekipą VB Inter-Grahen Sulmin. Jak możecie się domyślić – zamiast pewnej wygranej skończyło się na zawstydzającej porażce 0-3. Patrząc na to, jak prezentują się ‘Tygrysy’, przeszła nam myśl, czy tym drapieżnym zwierzakom alkohol z obiegu krwi nie spada przypadkiem wolniej niż ludziom. Bo powiedzmy sobie szczerze – oni grali jakby wciąż byli na pomajówkowym kacu. Skandaliczny występ, który może sprawić, że nie awansują przez to do wyższej ligi. No nie ma co – gratulujemy. A VB Inter-Grahen Sulmin? Już w zapowiedziach na fanpage’u mogliśmy przeczytać, że plan na wczorajsze spotkanie jest taki, że każdy z zawodników ma zasuwać za dwóch i faktycznie to było widać. Kiedy zespół ‘występujący w delegacji’ wygrywał pierwszego seta do 16, można było mieć poczucie, że już za chwilę, już za momencik ‘Tygrysy’ odpalą. Początek środkowego seta to jednak miażdżąca przewaga underdoga spotkania, który rozpoczął od prowadzenia…7-0. Tiger Team podjął co prawda jeszcze rękawice, ale no dajcie spokój – we wtorek byli bez podjazdu (21-16). Trzeci set to powtórka tego, co już widzieliśmy – miażdżąca przewaga drużyny z Sulmina i potężne kłopoty….PAPIEROWEGO TYGRYSA. Ostatecznie team trenera Daniela Bąby wygrał tę partię do 14, a cały mecz 3-0. Wow, ależ oni nam wczoraj zaimponowali – brawo!
MPS Volley – Bossman Team 3-0 (21-13; 21-16; 21-14)
Marsz Po Szczyt Volley. Mamy nowe rozwinięcie skrótu drużyny Jakuba Nowaka, która po wtorkowej serii gier znajduje się na samym szczycie pierwszoligowej tabeli. Napisać, że robi się już poważnie, to nic nie napisać. Napisać, że team sfokusował się na maksa na pierwszy w historii tytuł mistrzowski, to banał, o którym wie już każdy. Kurde – z boku wygląda to bardzo dobrze i w naszej ocenie wyczuwamy tu zapach złota. Do tego pozostały jednak jeszcze trzy bardzo ważne kroki. Wczoraj wieczorem zespół Jakuba Nowaka rywalizował z Bossmanem i co do zasady – miało to być wymagające starcie. Tyle teoria, bo w rzeczywistości Bossman miał takie problemy kadrowe, że nie do końca rozumieliśmy, dlaczego zgodzili się na przełożenie meczu z czwartku na wtorek. Z drugiej strony – zrozumieć Bossmana się bardzo często nie da. Tak czy siak – team nieobecnego we wtorkowy wieczór Jakuba Kłobuckiego był tylko tłem dla rozpędzonego rywala. Choć początek był wyrównany (8-8), to w drugiej części seta mieliśmy prawdziwą kanonadę MPS-u, po której faworyt wysunął się na prowadzenie 16-11 i po chwili cieszył się z pierwszego punktu w meczu (21-13). Jeśli w meczu mielibyśmy szukać na siłę jakiegoś punktu zaczepienia, to byłaby to środkowa partia, gdzie po asie serwisowym grającego na sypie Dawida Kulara oraz bloku Adriana Zajkowskiego Bossman wysunął się na prowadzenie 14-13. Już po chwili prawdziwą demolką na zagrywce popisał się Igor Ciemachowski, po którego trzech asach MPS wysunął się na prowadzenie 18-14 i cieszył się po chwili z drugiego punktu w meczu (21-16). Ostatnia partia to już formalność i pewna wygrana – tym razem do 14. Podsumowując mecz chcielibyśmy napisać, że mieliśmy wobec niego zdecydowanie większe oczekiwania, a jednak widowisko zbytnio nie porwało. Tak jak jednak wspomnieliśmy – to nie jest powód do zmartwień dla MPS-u.
Challengers – Dream Volley 0-3 (17-21; 18-21; 16-21)
Przez bardzo długi okres – nie tylko w obecnym sezonie, ale również wcześniej – wydawało nam się, że będzie to najważniejszy mecz w trzeciej lidze. Wiecie: wieńczący zmagania, gdzie rozegra się podział poszczególnych kolorów medali. Z czasem nasza perspektywa się nieco zmieniła, głównie za sprawą Challengersów, którzy bądź co bądź w obecnej kampanii często ‘nie dowozili’. W ostatnim czasie przyszło jednak pewne przebudzenie, co w połączeniu z widocznymi na pierwszy rzut oka problemami kadrowymi ‘Marzycieli’ dawało im ogromną szansę na zwycięstwo. Ostatecznie stało się jednak inaczej i po absolutnie bezbarwnym występie drużyny w niebiesko-różowych strojach układ sił w trzeciej lidze nam się dość mocno krystalizuje. Trudno na dziś wyobrazić sobie scenariusz, w którym dwóch pierwszych miejsc miałyby nie zająć Dream Volley oraz Team Spontan. To oznacza, że z dużą dozą prawdopodobieństwa w meczu barażowym zmierzą się Challengersi oraz DSGSA. Ok – o tym jeszcze będzie okazja. A sam mecz? Do połowy premierowej partii oglądaliśmy wyrównaną grę (13-13). Po chwili z kapitalnej strony pokazał się przeżywający swój prime – Michał Hawrylik. To po jego kilku atakach Dream wysunął się na prowadzenie 19-14 i zapewnił sobie pierwszy punkt w meczu (21-17). Na tym zespół grający w eksperymentalnym zestawieniu jednak nie poprzestał. Skuteczny duet Żebrowski oraz wspomniany wcześniej Hawrylik wyprowadzili swój team na prowadzenie 14-12. Po kilku atakach Grzegorza Boguszewskiego Challengersi mieli jeszcze nadzieję na korzystny wynik (18-18), ale końcowa faza seta należała do ‘Marzycieli’, którym jak widać kompletnie nie robią kolejne problemy i kontuzje, które na nich spadają (21-18). Bezsilni oraz bezradni Challengersi nie byli w stanie realnie zagrozić swoim rywalom, a trzeci set rywalizacji to tylko potwierdził. Dream na przestrzeni całego spotkania okazał się drużyną zdecydowanie bardziej dojrzalszą oraz poukładaną. Dokładnie taką, dla których jest miejsce w wyższej lidze. Tak jak wspomnieliśmy – nie wierzymy, że mogłoby im się to wymknąć z rąk.
Siatkersi – Remedios Sopot Ortopedia 1-2 (21-11; 14-21; 14-21)
Chwilę przed rozpoczęciem swojego spotkania gracze Remediosu mogli obserwować swojego rywala w walce o mistrzostwo – Tiger Team – i wyciągać wnioski, czego nie robić, by ich historia nie skończyła się tak samo. Jak poszło? Cóż – pewne wnioski dotarły do nich chyba z opóźnieniem. W pierwszym secie rywalizacji oglądaliśmy taką demolkę, jakiej się absolutnie nie spodziewaliśmy. Bo jak się okazało, tym zdemolowanym wcale nie byli Siatkersi, tak jak było to przewidziane w scenariuszu. To Remedios miał olbrzymie problemy i na tle nabuzowanego rywala wyglądał po prostu bardzo słabo. Mocarne granie – kto wie, czy nie najlepsze w ekipie Siatkersów, odkąd sięgamy pamięcią – rozpoczęło się wraz z pierwszym gwizdkiem sędziego. Rzadko ogląda się takie obrazki, gdzie drużynie idzie absolutnie wszystko. Ataki, kiwki, obrony, kontry no i oczywiście… zagrywki. Dla przykładu – przy zagrywce Krzysztofa Lewandowskiego Siatkersi zdobyli pięć punktów z rzędu i wysunęli się na prowadzenie 13-6. W dalszej części cisnęli dalej i finalnie wygrali do 11, pozostawiając po sobie kapitalne wrażenie. Stało się jasne, że prowadząc z taką prędkością – długo tak nie zajadą. Coś jak w samochodzie – gdy się go piłuje, to jest fun, ale dość krótki oraz kosztowny. Na tym samym baku można przejechać więcej kilometrów wtedy, gdy się tak nie szarżuje. Tak czy siak – już na początku drugiego seta role nam się odwróciły i to Remedios wysunął się na prowadzenie 10-5. Z czasem team Macieja Kota prowadził już 16-9 i wówczas stało się jasne, że o zwycięstwie zadecyduje trzecia odsłona. W niej Siatkersi mieli już widoczne problemy z przyjęciem zagrywki rywali, gdzie kilkukrotnie odprowadzali piłkę wzrokiem, która finalnie lądowała w polu (11-6). Żeby jednak pokonać faworyta, trzeba grać nie tak jak w drugim czy trzecim secie, a w tym pierwszym. Sztuka ta Siatkersom się nie udała. Na koniec chcieliśmy pochwalić Remedios, który po koszmarnym początku zdołał się odbudować i finalnie wygrać mecz. To naprawdę wielka sztuka, która w dużej części drużyn się po prostu nie udaje.
Tufi Team – Fux Pępowo 1-2 (21-19; 13-21; 19-21)
Zastanawiamy się, czy przypadkiem grupa spadkowa pierwszej ligi nie jest aktualnie obszarem, gdzie dzieje się najwięcej ciekawych rzeczy. Rany, tu naprawdę nikt nie chce spaść z ligi. Oj, mamy wewnętrzne przekonanie, że w obecnej kampanii spadną mocniejsze drużyny niż te, które awansują do elity. Po rundzie zasadniczej ekipa Tufi Team miała jeden punkt przewagi nad goniącym ich peletonem składającym się z Szach-Matu, Speednetu oraz właśnie Fuxa Pępowo. Cóż – z drugiego miejsca po wtorkowym starciu ‘Tuffiki’ spadły na przedostatnią lokatę i jeśli sezon kończyłby się właśnie dzisiaj, to spadliby oni z ligi. Choć po raz kolejny stawialiśmy ich w roli faworyta meczu, to po raz drugi w obecnym sezonie przegrali z Fuxem Pępowo 1-2 i mamy poczucie, że był to właśnie najsprawiedliwszy wynik w meczu. Choć lepiej w spotkanie weszli gracze z Pępowa (10-7), to z czasem zespół Pawła Szafrana narzucił rywalom własne warunki gry i po dwóch punktowych blokach z rzędu Wojciecha Paszylka objęli oni prowadzenie 17-14. Z czasem zespół ‘Koniczynek’ doprowadził co prawda do wyrównania po 19, ale w końcówce popełnili dwa błędy, które zapewniły drużynie Tufi Team pierwszy punkt w meczu (21-19). Środkowa odsłona to jednak wyraźna przewaga drużyny Dominika Szadacha. Po sporych problemach i błędach przy zagrywce Tomasza Piaska zespół Tufi Team przegrywał już siedmioma punktami (18-11) i w konsekwencji nie był w stanie nawiązać walki, przegrywając finalnie do 13. W trzecim secie zespół z Pępowa zaczął coraz częściej korzystać ze środkowego – Patryka Bruchmanna. To po jego atakach Fux wysunął się na prowadzenie 15-12 i choć Tufi zniwelowali z czasem przewagę rywali do jednego punktu, to ostatnie słowo – za sprawą skrzydłowych Fuxa – należało już do drużyny z Pępowa, która zrobiła gigantyczny krok w kierunku utrzymania w elicie – brawo!