MATCHDAY #32

Za nami poniedziałkowa seria gier, w której jednym z głównych wydarzeń było przełamanie Handluwy, która wygrała mecz z DHP Oliwą. W meczu na szczycie trzeciej ligi kolejne zwycięstwo zanotowała z kolei drużyna Team Spontan, która jest już bardzo bliska powrotu na drugoligowe parkiety. Zapraszamy na podsumowanie!

ACTIVNI Gdańsk – ME Sulmin Volley 3-0 (23-21; 24-22; 21-18)

W obecnej kampanii zespół ACTIVNYCH musiał mierzyć się z naprawdę sporą krytyką. Tam, gdzie można było potencjalnie nieco zwolnić, my wciskaliśmy ‘gaz do dechy’. Źle, źle, źle. Taka była nasza narracja. Oczywistym jest to, że my nie mamy monopolu na wiedzę, ba – częściej się mylimy niż mówimy prawdę, ale może jednak ci ACTIVNI nie grają tak źle, jak gadaliśmy? Konfrontując to bowiem z faktami, wychodzi na to, że przez całą poprzednią kampanię ACTIVNI uciułali jedenaście oczek. Dziś po wygranej z ME Sulmin Volley za komplet punktów mają ich już czternaście, a na dodatek – przed nimi aż dwa mecze. Co więcej – w co najmniej jednym z nich będą faworytem – o tym jednak kiedy indziej. Warto podkreślić też, że mało brakowało, a nasza dzisiejsza narracja byłaby zupełnie inna. Kilka piłek w drugą stronę czy jak możemy wyczytać na fanpage’u drużyny z Sulmina, inna decyzja sędziego i to gracze Fabiana Ehrlicha mogliby cieszyć się ze zwycięstwa. Wracając do wątku sędziego – takiej narracji to my totalnie nie kupujemy. Z tego, co bowiem kojarzymy, to i ACTIVNI mieli jakieś pretensje, więc tak na nasze to o ile błędy były, to były w dwie strony. Pluć w brodę to gracze z Sulmina powinni wyłącznie sobie. To oni, a nie ktoś inny, wygrywali w premierowej odsłonie 15-11. To oni, a nie ktoś inny, roztrwonili przewagę i dali swoim rywalom wygrać seta (23-21). Środkowa odsłona to bardzo wyrównana partia od samego początku aż do końca. Ok – były momenty, gdzie obie drużyny wychodziły na dwu- lub trzypunktowe prowadzenie, ale błyskawicznie rywal doskakiwał. W taki sposób dobiliśmy do końcówki, o którą ME Sulmin Volley miał potężne pretensje. Ostatecznie drugi punkt w meczu zasilił konta ACTIVNYCH, którzy w ostatnim secie nie dali już rywalom zbyt dużo punktów zaczepienia. Ostatecznie wygrali tę partię do 18, a cały mecz 3-0 – brawo!

Speednet 2 – Hydra Volleyball Team 2-1 (13-21; 21-17; 28-26)

Starcie drużyn, które w obecnym sezonie prezentują zbliżony poziom sportowy, zwiastowało, że nie będziemy się raczej nudzić. W pierwszym secie rywalizacji próżno było jednak szukać emocji. Od samego początku Hydra narzuciła ‘Programistom’ swoje warunki gry. Po skutecznych blokach Marcina Kukielskiego oraz Łukasza Birunta ‘Bestia’ wysunęła się na prowadzenie 10-5. W dalszej części seta niby Speednet coś tam próbował, ale bardzo dobra gra w defensywie oraz kontrze Hydry sprawiła, że beniaminek nie miał większych problemów z tym, by ograć rywali do 13. Druga część spotkania rozpoczęła się idealnie dla Speednetu. Zanim się obejrzeliśmy, gracze Marka Ogonowskiego prowadzili 5-0, a po chwili 9-3. Wysoka przewaga w początkowej fazie seta ustawiła dalszą część zmagań w analogiczny sposób, jak miało to miejsce w premierowej odsłonie. Precyzując – Speednet 2 nie miał większych problemów z tym, by postawić kropkę nad i (21-17). Trzeci set? Absolutne szaleństwo. Mieliśmy tutaj wszystko, a zwroty akcji były naprawdę spektakularne. Zdecydowanie lepiej rozpoczęli ‘Programiści’, którzy wysunęli się na prowadzenie 6-1. Po bardzo dobrej dyspozycji skrzydłowych – Filipa Ziółkowskiego oraz byłego gracza Speednetu – Michała Doroza, Hydra zdołała z czasem wysunąć się na prowadzenie 13-9. Mimo drzemki w środkowej części seta, Speednet zdołał się z czasem przebudzić i finalnie doprowadzić do wyrównania po 18. Końcowa faza seta to już walka na wyniszczenie, która zakończyła się happy-endem drużyny dowodzonej przez Marka Ogonowskiego. Podsumowując – trzeci set sprawił, że całe spotkanie oceniamy jako bardzo ciekawe.

HANDLUWA – DHP Oliwa 2-1 (21-13; 21-18; 23-25)

Historia Handluwy powinna mieć osobny rozdział w motywujących książkach. Wiecie – że nie ma się co poddawać nawet wtedy, kiedy upadło się bardzo nisko. Bo my to w sumie uwielbiamy uderzać w Handluwę. Prawda jest jednak taka, że spośród wszystkich 52 drużyn w ligowej stawce moglibyśmy policzyć na jednej ręce ekipy, które zachowały w tym wszystkim spokój, nie pokłóciły się, nie waliły rękami w kotarę i nie przestały przychodzić na mecze. Ci goście niezmiennie cieszyli się z gry, nawet wtedy, kiedy przegrywali. A powiedzmy sobie szczerze – sztukę przegrywania wymasterowali do bardzo wysokiego pułapu. Pułapu nieosiągalnego dla wielu drużyn. To był bardzo późny etap gry – niemalże FINAL BOSS. Tak czy siak – Handluwa przerwała wczoraj serię DWUDZIESTU TRZECH porażek z rzędu, a my kłaniamy im się w pas. Co ciekawe – dzięki wczorajszemu zwycięstwu gracze Dawida Gałki wciąż mają teoretyczną szansę na utrzymanie. Aby tak się stało, musieliby na ostatniej prostej wyprzedzić Złomowca, co łatwe nie będzie, ale przecież wczorajsza wygrana z DHP Oliwą też nie miała być łatwa, prawda? A DHP Oliwa? Ech, szkoda nawet strzępić ryja. Już ostatnio w meczu z BL Volley była lipa – wówczas drużyna przegrała jednego seta z absolutnym underdogiem. To, co jest dość niepokojące, to fakt, że team uznał, że skoro już się utrzymał w lidze, to nie ma większego sensu się przesadnie spinać. W efekcie już w drugim meczu z rzędu obserwowaliśmy bardzo duże problemy kadrowe ekipy Adama Wyrzykowskiego. Choć zespół ostatecznie zdołał się utrzymać, to jednak mamy mały niesmak.

Sharks – Kraken Team 1-2 (21-14; 15-21; 16-21)

Mogąca się pochwalić rewelacyjną formą w ostatnim czasie drużyna Sharks przystępowała w poniedziałkowy wieczór do jedenastego spotkania w sezonie Wiosna’26. Już przed meczem stało się jasne, że jeśli Sharksi zdołają wygrać mecz, to zapewnią sobie to, na co zanosiło się od kilku tygodni. Precyzując – zapewnią sobie utrzymanie w trzeciej lidze. Plan ‘Rekinów’ skomplikował się jednak jeszcze przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Okazało się bowiem, że będą musieli sobie radzić bez rozgrywającego – Maksymiliana Borowego, który w ostatnich tygodniach prezentował bardzo wysoką formę. Wobec wspomnianej absencji na rozegraniu w pierwszym secie zobaczyliśmy Artura Kuleszę. Mimo potencjalnych problemów, zespół ‘Rekinów’ prezentował się w pierwszym secie bardzo dobrze i już na samym początku wysunęli się na prowadzenie 8-4. Choć w teorii to rywale byli faworytem, to gracze Roberta Skwiercza nie mieli pomysłu na to, jak odwrócić niekorzystny dla siebie stan. Kiedy na tablicy wyników mieliśmy 17-11 dla Sharksów, stało się jasne, że oni już tego nie wypuszczą (21-14). Ospała ‘Bestia’ przebudziła się dopiero w drugim secie, przy czym początek należał do ‘Rekinów’, którzy po skutecznej zagrywce Andreia Stepanova rozpoczęli od prowadzenia 8-3. Na zagrywkę środkowego rywala odpowiedział po chwili kapitan Krakena – Robert Skwiercz, po czym faworyt doprowadził do wyrównania po 9. Po krótkiej wymianie mieliśmy remis 14-14, ale druga część seta należała już zdecydowanie do drużyny z północy województwa (21-15). Nie inaczej było w trzecim secie, który do połowy był wyrównaną partią (11-10), ale z czasem po blokach Pawła Kossa Kraken Team wysunął się na prowadzenie 15-11 i po chwili cieszył się z drugiego punktu w meczu (21-16).

CTO Volley – AIP 2-1 (21-17; 21-16; 19-21)

No tak średnio idzie AiP w konfrontacji z CTO Volley. Wczorajsze starcie było jubileuszowym – dziesiątym bezpośrednim spotkaniem obu drużyn w rozgrywkach Inter Marine SL3. Zaledwie w dwóch przypadkach mecz padał łupem drużyny Adriana Ossowskiego, aczkolwiek było to już naprawdę bardzo dawno temu – w listopadzie 2024 r. Pisząc o historii, która łączy się z teraźniejszością, warto podkreślić, że choć CTO wygrywa te mecze, to jednak tylko raz w swojej historii zdołał zdobyć komplet punktów. Na początku sporo o historii, bo AiP mogło mieć nadzieję na to, że uda im się przełamać. Raz, że mieli fajną formę, a dwa to to, że rywal po raz kolejny w obecnym sezonie był dość mocno przeorganizowany. W związku z brakiem Grzegorza Dymińskiego oraz Adama Sobstyla, w ataku zagrał gość od zadań specjalnych – Szymon Rachwalski, na libero Kinga Legieta, a na lewym skrzydle – Maciej Szymula. I co? I team w pomarańczowych strojach na tle AiP wyglądał po prostu lepiej. Wspomnianemu Szymonowi Rachwalskiemu w obecnej edycji brakuje już grania tylko na libero i przyjęciu. Wczoraj wieczorem zdobył dziesięć punktów, co pokazuje, że jak ktoś jest dobry, to poradzi sobie wszędzie. Tak sobie myślimy, że gdyby w niedzielę trafił on do kościelnego chórku, to pewnie nikt by się nie połapał. Poziomem by na pewno nie odstawał. Dobra – wracając jednak do ogółu – już na początku spotkania gracze CTO zaakcentowali swoją przewagę. Po punktach świetnie dysponowanego ‘Bercika’, aktualny Mistrz rozpoczął od prowadzenia 10-6, co w dużym stopniu ustawiło dalszą część premierowej partii (21-17). Środkowa odsłona rozpoczęła się od wyrównanej gry obu ekip (7-7). Po blokach duetu Rachwalski – Dzieciuch gracze CTO uzyskali przewagę trzech oczek (13-10), a dokładniejsza gra od rywali pozwoliła im po chwili cieszyć się z drugiego punktu w meczu (21-16). Set na otarcie łez padł łupem graczy AiP, którzy po punktach byłych graczy CTO – Jakuba Sulimy oraz Adriana Białeckiego, wysunęli się na prowadzenie 18-16 i po chwili wygrali seta do 19.

BEemka Volley – Bossman Team 2-1 (17-21; 24-22; 31-29)

To jest wręcz niewiarygodne. Mając na uwadze to co wydarzyło się we wczorajszym starciu trudno nie odnieść wrażenia, że żyjemy w jakiejś symulacji. Tydzień temu, obie drużyny rywalizowały ze sobą w rundzie zasadniczej o awans do grupy mistrzowskiej. Ówczesne spotkanie do pewnego momentu układało się wybornie dla Bossmana, który gładko wygrał pierwszego seta, a na półmetku drugiego miał bezpieczną wydawałoby się przewagę. Jak się skończyło? Ano tak, że BEemka doprowadziła do wyrównania, wygrała środkową partię, a następnie również trzeciego seta. Tydzień od wspomnianego spotkania to jednak zbyt krótki odstęp czasu, by w drużynach nie została ‘pamięć mięśniowa’. W bardzo wielu płaszczyznach – był to mecz identyczny. Pierwszy – gładko wygrany set. W drugiej partii, Bossman miał olbrzymią przewagę. Zastanawiamy się jak można było to zepsuć, naprawdę (14-7 -> 16-10 -> 16-16 -> 17-19 -> 22-24). Oj, dobrze, że jesteśmy przy tym wszystkim neutralni, bo gdybyśmy byli fanami Bossmana, to po tym co zrobili w drugim secie wystawilibyśmy ich koszulki na vinted, a puszeczkę Bossmana wypilibyśmy, ale z obrzydzeniem. Trzeci set? Tu mieliśmy w sumie powtórkę z tego co widzieliśmy chwilę wcześniej. Wyraźnie lepiej rozpoczęli gracze Jakuba Kłobuckiego, którzy prowadzili już 8-3, a następnie 15-10. Nie było jednak takiej przewagi, której Bossman nie byłby w poniedziałek w stanie roztrwonić. Już po kilku chwilach widzieliśmy, że graczom BEemki udało się ‘złamać przeciwnika’ i z czasem to oni byli o jedną piłkę przed rywalem. Choć nie udało im się wygrać, ani w pierwsze, ani nawet piąte tempo to finalnie po asie serwisowym Macieja Rzepczyńskiego, zapewnili sobie drugi punkt w meczu. Tu oczywiście należą się brawa za świetną walkę do końca (31-29).

Speedway AWKS – Kraken Team 2-1 (21-13; 17-21; 21-17)

Nawiązując do zapowiedzi – niemożliwe nie istnieje. Nawet szesnastoletni pryszczaty małolat ma dziś szansę wyrwać topową dziewczynę. Oj, przejechaliśmy się po graczach Speedway AWKS we wspomnianym tekście. Zresztą – nie tylko w nim, bo w ostatnich tygodniach Speedway był prawdziwym workiem bokserskim, którego można było naparzać aż miło. Nie ukrywamy, że nie dawaliśmy drużynie Mateusza Bojke absolutnie żadnych szans w starciu derbowym z ekipą Kraken Team. A jednak – już w pierwszym secie rywalizacji, gracze w żółto-czarnych strojach zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i po świetnej zagrywce – zdemolowali rywala do 13. Wówczas wydawało się jeszcze, że ok – Kraken Team podobnie jak w meczu z Sharksami zamulił na początku spotkania, ale zaraz powinno być już dużo lepiej. Patrząc na drugiego seta – istotnie tak było. Już na początku partii zespół AWKS popełnił sporo błędów, po których faworyt wysunął się na prowadzenie 10-7. Kiedy czarna tablica wyników wskazywała już 15-10 to stało się dla nas jasne, że o zwycięstwie zadecyduje trzeci set (21-17). Finałowa partia to rewelacyjna gra skrzydłowych Speedway AWKS – Mateusza Sadowskiego oraz najlepszego gracza meczu – Bartłomieja Haski. Po atakach wspomnianego duetu, Speedway wysunął się na prowadzenie 13-7 i nie dał już sobie zrobić krzywdę, sprawiając tym samym niespodziankę (21-17). Choć po meczu w obozie AWKS zapaliła się lampeczka nadziei to wciąż uważamy, że chyba tylko cud mógłby ich jeszcze uratować. Sądzimy, że team może żałować, że lepszy fragment nastąpił tak późno.

Inter Marine Masters 2 – Aqua Volley 2-1 (21-13; 21-11; 21-23)

Ok, historia występów drużyny Inter Marine Masters 2 w rozgrywkach SL3 nie jest zbyt długa. Niemniej jednak, po raz pierwszy w historii zespół ‘Mastersów’ musiał mierzyć się z sytuacją, w której do meczu podchodzili po serii nieudanych występów, po których ich obecność w czołowej piątce ligi stanęła pod znakiem zapytania. Niemniej jednak – w poniedziałkowy wieczór zespół stanął przed ogromną szansą na przełamanie. Gracze w niebieskich trykotach rywalizowali bowiem z zespołem Aqua Volley, który plasuje się w dolnych partiach ligowej tabeli i zdołał wygrać zaledwie trzy z dwunastu meczów w obecnej kampanii. Początek spotkania należał do faworyta. Bardzo dobrze na środku sprawował się Adam Kamiński, po którego trzech pojedynczych blokach w krótkim odstępie czasu, ‘Mastersi’ wysunęli się na prowadzenie 16-10, po którym rywale nie byli już w stanie nawiązać walki (21-13). Środkowa partia nie zapowiadała takiego lania, jakie finalnie oglądaliśmy. Na półmetku seta, faworyt prowadził bowiem zaledwie jednym punktem (11-10). Sytuacja zmieniła się diametralnie w drugiej części seta. Dość powiedzieć, że na dziesięć punktów ‘Mastersów’, zespół Aqua Volley zdobył…zaledwie jeden. Kończąc temat środkowej partii nie sposób nie wspomnieć o rewelacyjnej wręcz serii w ataku Rafała Artymiuka, który od stanu 16-11 do 21-11 zdobył…pięć punktów z rzędu. Not bad. Obrazek, w którym Aqua Volley nie miała szans na wygraną meczu, ale już jednego seta jak najbardziej tak, oglądaliśmy w historii wielokrotnie. Nie inaczej było w poniedziałkowej serii gier, gdzie po kilku udanych akcjach Jarosława Błażkowa, Aqua Volley wysunęła się na prowadzenie 14-9. Mimo wysokiego prowadzenia w końcówce Aqua miała problem z tym by postawić kropkę nad ‘i’. Choć rywal zdołał doprowadzić do wyrównania po 20, to jednak ostatnie słowo należało już do drużyny Mateusza Drężka (23-21).

Team Spontan – DSGSA 2-1 (21-19; 21-16; 15-21)

Ależ nam drużyna Spontanicznych okrzepła. Ok – mieli na to mnóstwo czasu, wczorajsze spotkanie było ich – uwaga – 195. występem w historii Inter Marine SL3. Oczywiście skład przez te wszystkie lata zmieniał się nie do poznania. Faktem natomiast jest, że historycznie w takich meczach team Piotra Raczyńskiego uwielbiał wręcz zawodzić. Wczoraj było jednak inaczej, a wygrana sprawiła, że Spontan jest już o krok od awansu. Początek spotkania to bardzo wyrównana gra, po której mieliśmy remis 10-10. Jako pierwsi na prowadzenie wysunęli się Spontaniczni, którzy zdołali zbudować sobie dwu-trzypunktową przewagę. Choć pod koniec seta gracze DSGSA zdołali doprowadzić do wyrównania po 18, to w końcówce większym sprytem wykazali się Spontaniczni, którzy wygrali bardzo cennego seta do 19. Jeszcze lepiej poradzili sobie w środkowej partii, gdzie rewelacyjnie spisywał się ściągnięty przed sezonem ze Staltestu Pomorze – Mikołaj Tempczyk. Wspomniany gracz był ścianą, przez którą DSGSA nie byli w stanie się przebić. Efekt? W całym meczu środkowy miał aż siedem bloków. Cóż – widywaliśmy gorsze występy. Tak czy siak – przewaga Spontana w środkowej partii była niekwestionowana i niezagrożona od samego początku aż do końca, gdzie faworyt cieszył się z wygranej do 16. W trzecim secie faworyzowanej drużynie nie udało się postawić kropki nad „i”. Nie oznacza to bynajmniej, że wynik 2-1 z bezpośrednim rywalem w walce o awans jest czymś złym – wręcz przeciwnie. Wydaje nam się, że na dwa mecze przed końcem ligi nie ma już takiej siły, która pozwoliłaby DSGSA odrobić cztery duże punkty i trzydzieści małych, które mogą mieć fundamentalne znaczenie. To oznacza, że w naszym odczuciu Spontan – niczym rewolwerowiec – odstrzelił już watażkę, który mógł mu sprawić potencjalne kłopoty. Brawo!

Start a Conversation

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.