MATCHDAY #30

Za nami wtorkowa seria gier, w której bardzo ważny krok w kierunku utrzymania w lidze zrobiła ekipa Stay Win. Ze świetnej formy pokazali się również gracze Spontana, którzy umocnili się w fotelu lidera trzeciej ligi. Zapraszamy na podsumowanie!

EKO-HURT – DHP Oliwa 2-1 (22-20; 21-10; 21-23)

Żeby nie było na koniec sezonu, że nie ostrzegaliśmy. Rany, w jakie kłopoty pcha się ostatnio Eko-Hurt. Niby mają uciekać od Inter Marine Masters, a jednak – kiedy tamci wygrywają za trzy oczka, Eko-Hurt zgarnia dwa. Wszystko wskazuje na to, że na koniec sezonu zamiast powalczyć o mistrzostwo, Eko-Hurt będzie musiało bronić drugiego miejsca, bo Inter Marine Masters oraz Old Boysi na pewno tego nie odpuszczą. Biorąc pod uwagę bezpośrednie spotkania… to wszystko sprawia, że Eko-Hurt zniszczyło sobie bufor bezpieczeństwa. Ok – chwalimy ich za wygraną, ale ten poczucie niedosytu jest po prostu niemożliwe do wyparcia. Prawdziwe męczarnie Eko-Hurt miał już w pierwszym secie spotkania. Choć pod koniec prowadzili 17-13, to po serii błędów roztrwonili przewagę i na tablicy wyników mieliśmy remis po 17. Końcówka seta to walka punkt za punkt, która mogła skończyć się różnie – wiadomo. Ostatecznie – nie po raz pierwszy w tym sezonie – szczęście uśmiechnęło się do Hurtowników. Drugi set rywalizacji wyglądał wreszcie tak, jakby Eko-Hurt sobie tego życzył grając z drużyną z dolnych partii ligowej tabeli. W skrócie – demolka i zezłomowanie rywala do 10. No i wiecie – wydawałoby się, że trzeci set jest formalnością, prawda? Cóż – witamy w świecie Eko-Hurtu, gdzie nic nie jest niemożliwe. Mimo prowadzenia Hurtowników 7-1 tak doświadczony zespół to wypuścił. Cóż – wiadomka, bekoni, śmiechy, brak koncentracji. Dalej ze stanu 14-8 zrobiło się już tylko 19-18, później remis po 20, a następnie katastrofa gotowa. Niewiarygodne. W taki sposób przegrywa się mistrzostwo, a kto wie – być może nawet awans do elity.

Speedway AWKS – Stay Win 0-3 (11-21; 17-21; 16-21)

Pamiętamy scenę sprzed kilkunastu lat z jakiegoś filmu, gdzie nieświadomy turysta zza granicy trafia do Polski do rodziny, a poprzez barierę językową nie jest świadomy, że zamiast do restauracji – udaje się właśnie do domu pogrzebowego. Czemu nam się to przypomniało? Ano dlatego, że przed wtorkową serią gier nie zdawaliśmy sobie sprawy, że trafimy na trzecioligowy pogrzeb drużyny Stay Win. No bo wiecie – ich rywal również nie grał w ostatnim czasie zbyt dobrze i z pewnością team w żółto-czarnych barwach mógł mieć nadzieję na odmienienie swojego losu. Dziś już wiemy, że to nie nastąpiło – drużyna Stay Win wygrała za komplet punktów i dajemy sobie uciąć rękę, że skończą zmagania przed swoim wczorajszym rywalem. To oznacza z kolei, że jeden problem z głowy – już za drużyną Tomasza Bobcowa. Inna kwestia, nie do końca związana z meczem, ale sytuacją Stay Win jak najbardziej, to porażka Staltestu w stosunku 0-3. To oznacza, że Stay Win wykonał nie jeden, a dwa kroki w kierunku utrzymania. A sam mecz? Cóż – oglądało się to dość trudno. Wpływ na taki stan rzeczy miała rzecz jasna dyspozycja graczy w żółto-czarnych strojach, która nie podjęła nawet walki. Rany, co to w ogóle było. Już pierwszy set rywalizacji pokazał, że AWKS ma potężne problemy na niemal wszystkich płaszczyznach siatkarskiego rzemiosła. Efekt? Wysokie prowadzenie Hotelarzy, zakończone zwycięstwem do 11. Ok – jakieś przebłyski formy drużyna Mateusza Bojke miała w środkowej partii, gdzie do połowy seta prowadziła z rywalem wyrównaną grę (11-11). Po chwili z bardzo dobrej strony pokazał się Daniel Zalewski, który niejednokrotnie był dla rywali zagadką nie do odgadnięcia. Po kilku punktach Stay Win zdołał odjechać na cztery punkty (17-13) i po chwili zapewnił sobie drugi punkt w meczu (21-17). Ostatnia odsłona to bardzo podobny obraz gry do tego co oglądaliśmy w środkowej partii. Do pewnego momentu Speedway mógł mieć nadzieję na choć jeden punkt, ale koniec końców – trzy oczka zdobyła ekipa Tomasza Bobcowa – gratulacje!

Inter Marine Masters – Energa Trefl Gdańsk 3-0 (21-17; 21-13; 21-9)

Powiedzmy to sobie wprost – medalem pachnie nie od wczoraj, nie od tygodnia, a niemal od samego początku zmagań w sezonie Wiosna’26. Wczoraj wieczorem Mastersi zmierzyli się z Energą Trefl Gdańsk, która swoje ostatnie i w zasadzie jedyne spotkanie w sezonie w stosunku 0-3 przegrała w premierowym starciu sezonu Wiosna’26. Od tamtego czasu ich forma była już tylko i wyłącznie coraz lepsza. Cóż – do czasu, kiedy na ich drodze stanęła ekipa dowodzona przez Andrzeja Masiaka. Nie bójmy się tego powiedzieć – choć z czasem pewnie umiejętności gdańskich lwów będą wyższe – to jednak jeśli chodzi o doświadczenie, boiskową mądrość, a czasami i cwaniactwo, było zdecydowanie po stronie Inter Marine Masters. To była po prostu przepaść i cenna lekcja dla graczy Ariela Fijoła. Okazało się bowiem, że jeśli team trafi nie na drugoligowych harpaganów, a zespół, który na boisku myśli, to pojawia się duży problem. Pierwszy set wtorkowego spotkania rozpoczął się od mocnego uderzenia drużyny w niebieskich trykotach (5-1). Choć z czasem gdańskie lwy zniwelowały stratę do jednego oczka (11-10), to w dalszej części seta na parkiecie dominowało wspomniane wcześniej doświadczenie (21-17). Środkowa odsłona to jeszcze większa dysproporcja. To co rzucało się w oczy to wyraźnie lepsza gra w obronie oraz bloku drużyny Inter Marine Masters, gdzie najmłodsza drużyna w lidze nadziewała się na niego aż jedenastokrotnie (!) – 21-13. Ostatni set to desperackie próby Energi na zmianę oblicza spotkania. Dokonane zmiany na nic się jednak zdały, a zespół prezentował się jeszcze gorzej niż wcześniej. Tym razem przegrali tę partię do 9 i prawdę mówiąc – dawno takiego lania w Inter Marine SL3 nikt im nie sprawił.

VB Inter-Grahen Sulmin – Inter Marine Masters 2 2-1 (21-17; 20-22; 21-18)

Nie ukrywamy – przekomarzanki z graczami VB Inter-Grahen Sulmin stały się dla nas pewnym nieodzownym elementem składającym się na cały MATCHDAY. A to ktoś napisze po obejrzanym magazynie, a to wpadnie jakiś zakładzik, a to w związku ze zbliżającą się majówką wrzucimy graczy z Sulmina na rozpalonego grilla. No – nie ma nudy. Wczoraj wieczorem jeden z zawodników z Sulmina był tak pewny przełamania, że postanowił się założyć z Redakcją. W pierwszym secie rywalizacji mogli oni czuć, że to będzie ten dzień. Od samego początku gracze Daniela Bąby grali naprawdę nieźle i po punktach Jonatana Drygiela oraz Michała Tredera wysunęli się na prowadzenie 14-9. W dalszej części nie zwalniali tempa i finalnie nie mieli problemu z ograniem faworyzowanego rywala do 17. No – takie ich granie to nam się nawet podoba. Bardzo dużo wskazywało na to, że gracze w czarnych trykotach pójdą po chwili za ciosem i wygrają również środkową odsłonę. Mimo prowadzenia 16-12, na które drużynę skutecznym atakiem wyprowadził środkowy Rafał Szopieraj, VB złapał po chwili przestój, który ich rywale bezwzględnie wykorzystali. Po kilku atakach bardzo dobrze dysponowanego Arkadiusza Wasilewskiego Mastersi najpierw doprowadzili do wyrównania po 20, a następnie cieszyli się z wygrania seta (22-20). Dyspozycja graczy w czarnych trykotach była jednak zupełnie inna niż przez cztery ostatnie mecze, gdzie team za każdym razem przegrywał. W ostatniej odsłonie lepiej rozpoczęli Mastersi (6-2) i to gracze z Sulmina musieli gonić. Po kilku błędach rywali nastąpiło to szybciej niż mogłoby się wydawać (8-8). W drugiej części seta VB Inter-Grahen Sulmin poszedł już za ciosem i finalnie wygrał pierwszy mecz od… 1 kwietnia.

Dream Volley – Flota TGD Team 1-2 (21-18; 20-22; 19-21)

Sytuacja w trzeciej lidze robi się coraz ciekawsza. Jeszcze do niedawna w magazynach czy podsumowaniach kreowaliśmy drużynę Dream Volley jako ekipę, która jest o jeden krok przed goniącym ich peletonem. Wspominaliśmy wówczas, że Marzyciele nie będą mieli raczej problemów z tym, by uzyskać bezpośredni awans do elity. Ba – wyrokowaliśmy nawet, że nie będą mieli problemów z tym, by sięgnąć po mistrzostwo trzeciej ligi. W ostatnim czasie to wszystko wywróciło się jednak do góry nogami. Nie bez znaczenia pozostaje tu fakt, że Marzyciele w ośmiu wygranych spotkaniach aż cztery razy musieli dzielić się punktami z rywalem. Krytykowana przez nas ekipa Team Spontan za komplet oczek wygrała aż sześć razy. Dodatkowo – wczoraj pokazała się z doskonałej strony, ogrywając gładko Audiofon w stosunku 3-0. Dziś to Dream musi główkować, co zrobić, by zrównać się liczbą punktów z drużyną, która do niedawna ich goniła. To oczywiście nie jest zmartwienie Floty TGD Team, która po raz kolejny udowodniła wczoraj, że jest drużyną ze sporym potencjałem. W obecnej kampanii team Karoliny Kirszensztein poza Marzycielami ograł również innego kandydata do awansu – zespół Challengers. To naprawdę duża rzecz. Problemem Niebieskich jest jednak to, że kiedy grają z drużynami w teorii słabszymi – potrafią zawodzić. Tak było chociażby w spotkaniach z Sharksami czy ostatnią drużyną w tabeli – Speedway AWKS. Jeśli w przyszłości dojdzie do momentu, w którym Flota poukłada sobie to wszystko w głowie, to kto wie – być może dorosną do grania o wysokie cele.

Speednet – Fux Pępowo 1-2 (19-21; 21-13; 25-27)

Napisać, że grupa spadkowa w pierwszej lidze będzie w obecnym sezonie ciekawa, to nie napisać nic. Po wczorajszej wygranej Fuxa Pępowo po podziale punktów, Speednet oraz Fux Pępowo mają po dziewięciu meczach dokładnie tyle samo oczek – po osiem. Dużo osób wskazuje na scenariusz, w którym po zakończeniu sezonu jedni z nich spadną do drugiej ligi, natomiast drudzy – zmierzą się w meczu barażowym. Nie mamy co do tego wątpliwości – przed najważniejszymi meczami sezonu przewaga psychologiczna będzie w drużynie z Pępowa. Wracając do wczorajszego starcia – rozpoczęło się od wyraźnie lepszej gry Speednetu, który wykorzystał problemy w przyjęciu rywali i objął prowadzenie 5-1, a następnie 11-5. Punkt zwrotny? Spora liczba wybloków, po których Fux wrócił i doprowadził do wyrównania po 13. Dalsza część seta to bardzo wyrównana gra i wygrana Koniczynek za sprawą punktów Filipa Kowalewskiego oraz Tomasza Piaska w końcowej fazie seta. Oj, niewykorzystana okazja Speednetu może się z czasem odbić u nich czkawką. W drugim secie gracze Macieja Miścickiego nie popełnili już tego błędu. Podobnie jak w premierowej odsłonie rozpoczęli bardzo mocno, ale z czasem nie dali dojść do głosu rywalom, a zamiast tego dokręcili śrubę jeszcze mocniej, zapewniając sobie wygraną do 13. Trzeci set to zdecydowanie najciekawsza partia w meczu. Od samego początku żadna ze stron nie zdołała zbudować sobie przewagi i maksymalna różnica punktów przez cały set to… dwa oczka. W taki sposób dotarliśmy do stanu po 20. W końcówce po dwóch punktach środkowego – Pawła Kolana – wydawało się, że to Speednet zdoła przechytrzyć rywala. W końcówce popełnili oni jednak dwa błędy z rzędu i po skutecznym ataku Kornela Krakowskiego z wygranej cieszyły się Koniczynki – brawo!

Flota Active Team – VB Sulmin 2-1 (21-16; 21-15; 15-21)

We wczorajszej zapowiedzi znalazła się mała analiza tego, ile punktów potrzebuje Flota do dorobku punktowego z poprzedniej – bardzo udanej edycji. Przypomnijmy, że wówczas drużyna zdobyła brązowe medale i za swoją postawę była bardzo chwalona. Ok – wczoraj pisaliśmy o czternastu punktach w sześciu meczach, czyli średniej 2,33 na mecz. Dziś mamy update, bo po wygranej w stosunku 2-1 Flota potrzebuje dwunastu oczek w pięciu meczach, czyli 2,4/mecz. Do czego zmierzamy? Ano do tego, że ich sytuacja pomimo wygranej się pogorszyła. Warto przy tym zaznaczyć, że przez bardzo długi czas wydawało się, że Flota zmierza pewnym krokiem po zwycięstwo za pełną pulę. Po dobrej asekuracji i grze w obronie oraz sporej liczbie błędów drużyny z Sulmina Flota rozpoczęła pierwszego seta od prowadzenia 11-6. Wypracowana w pierwszej części zaliczka okazała się bezpiecznym buforem przed dalszą częścią i w konsekwencji zapewniła Flocie zwycięstwo do 16. Jeszcze bardziej imponująco Flociarze prezentowali się w środkowej odsłonie, gdzie błyskawicznie wykorzystali problemy swoich rywali w przyjęciu i ogólnej organizacji gry. Nim się obejrzeliśmy, było już 9-3 dla faworyzowanej drużyny. W dalszej części seta oglądaliśmy dokładnie to samo co w premierowej odsłonie – gracze VB Sulmin nie mieli absolutnie pomysłu na to, by jakkolwiek zaskoczyć rywala. Cóż – emocji nie było zbyt dużo (21-15). Po takim obrazie gry trzeci punkt zdawał się być czymś oczywistym – obowiązkiem i rzeczą absolutnie naturalną. W życiu nie wszystko jest jednak biało-czarne, a istnieje wiele odcieni szarości. Tak jak zdarza się, że przed wyjściem z kibla ktoś nie umyje rąk, tak samo Flota nie zdołała wypełnić oczywistej rzeczy i docisnąć rywala. Po bardzo słabym początku w ich wykonaniu zespół rzucił się do gonitwy, ale ta okazała się bezskuteczna (21-15).

Audiofon Karczemki – Team Spontan 0-3 (10-21; 15-21; 9-21)

Jeśli w ostatnim czasie mówiliśmy coś o Audiofonie, to były to raczej same superlatywy. Wiecie – zespół, który jest w stanie włączyć się do walki o czołówkę ligi. No – może jeszcze nie teraz, ale niedługo na pewno. W końcówce sezonu gracze Pawła Urbaniaka mają jednak dość wymagający terminarz, a spotkanie ze Spontanem miało być odpowiedzią na to, czy faktycznie biało-czerwonych dużo dzieli od drużyn z czołówki. Cóż… prawdę mówiąc nie spodziewaliśmy się, że aż tak dużo. Sądziliśmy, że w meczu dojdzie do podziału punktów, a prawdę mówiąc – nie pamiętamy kiedy ostatnio Spontaniczni stłamsiliby kogokolwiek tak mocno. Rany, to wyglądało jak spotkanie drugoligowca z ekipą z czwartej ligi. O ile Audiofonowi spadek nie grozi, to jednak warto pochylić się nad sytuacją drużyny Piotra Raczyńskiego. Krytykowana do niedawna drużyna wygrała za komplet punktów i wykorzystała to, że ich rywal w walce o mistrzostwo – Dream Volley przegrał swój mecz. W związku z tym Spontan ma aktualnie o trzy punkty więcej niż Marzyciele, przy czym trzeba zwrócić uwagę na to, że rozegrali o jeden mecz więcej. Teraz to jednak problem Dream Volley, co zrobić, by wygrać kolejne starcie za trzy oczka i zrównać się punktami ze Spontanem. No – powiedzmy to sobie głośno – ten wieczór nie mógł się ułożyć dla nich lepiej. A sam mecz? Tu naprawdę nie ma o czym gadać, bo było to klasyczne spotkanie gołej dupy z batem.

Staltest Pomorze – Wolves Volley 0-3 (20-22; 19-21; 18-21)

Takie porażki bolą najbardziej. Mowa tu o meczach, w których drużyna potrzebuje punktów jak tlenu do życia, gra dobrze, czasami nawet bardzo, a koniec końców – wraca do domu na pustaka. Gorycz jest tym większa, że swoje spotkanie i to za komplet punktów wygrała ekipa Stay Win, a to oznacza, że na kilka tygodni przed zakończeniem sezonu Staltest Pomorze znajduje się na przedostatnim miejscu w ligowej tabeli. Jakby tego było mało – grupa ucieczkowa zdołała im już odjechać na cztery punkty. Ok – sytuację drużyny Arkadiusza Kozłowskiego ratuje nieco fakt zaległych spotkań, ale to już nie są dwa czy trzy spotkania, a jedno. Nawet jeśli wygrają je za komplet punktów – co raczej nie nastąpi – to i tak będą tracić do miejsca utrzymania. No – nie jest dobrze. Zupełnie inna narracja byłaby, gdyby we wtorkowym starciu nie zabrakło im nieco szczęścia. Warto podkreślić, że pod koniec premierowej partii wszystko wskazywało na to, że to ex-drugoligowiec będzie górą. Kiedy nie wykorzystuje się jednak prowadzenia 18-14, to nie ma się co dziwić, że sytuacja w tabeli jest jaka jest (22-20). W kolejnych tarapatach, choć już nie tak dużych, zespół Wilków znalazł się w środkowej partii. Tym razem pod koniec seta gracze Arkadiusza Kozłowskiego prowadzili 19-18, ale podobnie jak w premierowej odsłonie i tym razem nie zdołali zamknąć seta na swoich zasadach. Po dwóch błędach z rzędu oraz punkcie Tomasza Głębockiego ekipa Wolves Volley cieszyła się z drugiego punktu w meczu, a tym samym – szóstego zwycięstwa w sezonie (21-19). Wygrana za 2-0 ich jednak nie usatysfakcjonowała. Już na początku trzeciej odsłony zespół Wilków wypracował sobie kilkupunktową zaliczkę i choć wynik na to nie do końca wskazuje, to w naszym odczuciu nie było ani jednego momentu, gdzie wygrana Wolves Volley w tej partii byłaby zagrożona (21-18).

Start a Conversation

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.