Za nami poniedziałkowa seria gier, w której swoją siłę udowodniła ekipa MPS Volley, pewnie pokonując Old Boys i zgarniając komplet punktów. W najwyższej klasie rozgrywkowej pierwszej porażki w tym sezonie doznała z kolei drużyna AiP, która nawiązała do niechlubnej historii i ponownie musiała uznać wyższość Bossmana. Zapraszamy na podsumowanie!
MPS Volley – Old Boys 3-0 (21-9; 21-15; 21-12)
Choć zespół Old Boys miał bardzo słaby początek sezonu, ich imponujące zwycięstwo z Energą Trefl Gdańsk sprawiło, że uznaliśmy poniedziałkowe starcie za potencjalny hit piątego tygodnia rozgrywek. W taki właśnie sposób anonsowaliśmy mecz, a już kilka chwil po jego rozpoczęciu wiedzieliśmy, że to klasyczny przykład powiedzonka ‘z dużej chmury mały deszcz’. Od pierwszych piłek zespół w białych strojach miał kłopoty z trafianiem w boisko, niezależnie od tego, czy chodziło o zagrywkę, czy próbę ataku (10-6). W kolejnych fragmentach ‘Miłośnicy Piłki Siatkowej’ dołożyli skuteczną grę w bloku, po której Old Boysom wręcz odechciewało się grać (21-9). Drugi set był już nieco bardziej wyrównany, choć w praktyce MPS utrzymywał wyraźną przewagę. Już na początku drużyna Jakuba Nowaka wyszła na prowadzenie 8-4 i ani przez moment nie sprawiała wrażenia zespołu, który mógłby wypuścić kontrolę nad przebiegiem gry. Po chwili tablica wyników pokazywała 16-11, a następnie – drugi punkt w meczu dla teamu Jakuba Nowaka (21-15). Trzeci set nie przyniósł zmiany obrazu rywalizacji. Finałowa partia rozpoczęła się od miażdżącego prowadzenia Miłośników Piłki Siatkowej (7-1), którzy już niemal na początku seta zapewnili sobie zwycięstwo. Oj, dawno nie widzieliśmy tak bezradnych graczy Old Boys. Choć od zakończenia meczu minęło kilka godzin, wciąż zastanawiamy się, jak w ciągu kilku dni można zaprezentować tak zupełnie inną grę. Z drugiej strony – gra się tak, jak przeciwnik pozwala. MPS nie pozwolił rywalom ani na moment złapać oddechu i przynajmniej na chwilę wskoczył na fotel lidera drugiej ligi – brawo!
BEemka Volley – Czerepachy Volley 3-0 (21-12; 21-16; 21-15)
Po średnim bilansie z początku sezonu, BEemka Volley miała w poniedziałkowy wieczór jeden cel – wygrać za komplet punktów i diametralnie poprawić swoją sytuację. Zadanie to nie było w teorii przesadnie trudne. Team Daniela Podgórskiego mierzył się bowiem z drużyną, która jak do tej pory nie wygrała jeszcze meczu i prawdę mówiąc – nic nie wskazywało na to, że mogłoby to się zmienić. Choć z szacunkiem do rywala, plan BEemki był taki, by poza zespołem w zielonych strojach, nie mierzyć się z jeszcze jednym przeciwnikiem – samym sobą. Pierwsze nerwy odpuściły BEemce tuż po początku spotkania, bo team w różowych strojach rozpoczął perfekcyjnie. Po kilku punktach Macieja Rzepczyńskiego oraz Przemysława Wawera, BEemka prowadziła 8-2. W dalszej części seta przewaga faworyta jeszcze się powiększyła (18-9), a rywal sprawiał wrażenie, jakby nie do końca rozumiał, co się tak naprawdę dzieje. Ostatecznie BEemka wygrała tę partię do 12. Nieco lepiej team ‘Żółwi’ zaprezentował się w środkowej odsłonie, gdzie do połowy seta utrzymywał kontakt z rywalem (10-9). Po świetnej zagrywce ‘Rzepy’, przewaga BEemki urosła do czterech punktów (16-12) i był to koniec marzeń ‘Zielonych’ o wygraniu tej partii (21-16). Ostatni set nie przyniósł żadnego zwrotu akcji, a czwarta siła poprzedniego sezonu kontrolowała przebieg gry i bez większego problemu wygrała do 15. Dzięki trzem punktom BEemka wskoczyła na drugie miejsce w ligowej tabeli i z ich perspektywy wygląda to już całkiem przyjemnie.
Speednet – Szach-Mat 2-1 (21-18; 21-18; 10-21)
Dawno nie mieliśmy takiego problemu, typując faworyta spotkania. Ostatecznie nasz wybór padł na drużynę Szach-Matu, bo błędnie uznaliśmy, że wreszcie zdołają nawiązać do wydarzeń z zeszłego sezonu. Życie ‘wspomnieniami’ to jednak niezbyt dobry pomysł, o czym w poprzedniej kampanii przekonał się Speednet. Tak czy siak, rywalizacja pomiędzy obiema drużynami nie przyniosła większych emocji. Choć długimi fragmentami mecz był wyrównany, brakowało w nim tej aury, w której oba zespoły nakręcają się wzajemnie i serwują widowisko z prawdziwego zdarzenia. W tych nieco ospałych okolicznościach Szach-Mat prowadził w pierwszym secie 13-11 i wydawało się, że to oni za chwilę będą cieszyć się z wygranej. Kilka piłek później Speednet złapał jednak wiatr w żagle, a po dwóch istotnych punktach Piotra Wojtkiewicza wysunął się na prowadzenie 16-14. Choć była to jedynie skromna zaliczka, Speednet nie pozwolił już wyrwać sobie inicjatywy i zakończył tę partię zwycięstwem do 18. Środkowa odsłona miała nieco inny przebieg – tu Speednet od początku narzucił swój rytm i po udanych akcjach przyjmujących ‘Programistów’, Łukasza Żurawskiego oraz Sebastiana Konarzewskiego, prowadził 9-5. Szach-Mat zdołał jeszcze doprowadzić do remisu 11-11, ale druga część seta upłynęła już pod dyktando rywali, którzy triumfowali 21-18. Ostatni set rywalizacji był z kolei zaskakującym zwrotem – Speednet z niewiadomych powodów całkowicie się zatrzymał i stracił sześć punktów z rzędu (0-6). Choć w dalszej części drużyna Macieja Miścickiego próbowała się przebudzić, nie miała już możliwości odrobić strat i przegrała bardzo wyraźnie, bo do 10.
AIP – Bossman Team 1-2 (21-17; 17-21; 19-21)
Przed spotkaniem wiele mówiliśmy o najlepszym otwarciu sezonu w wykonaniu AiP. Mówiliśmy również o tym, że w czasie gdy inni się biją i co rusz gubią punkty – zespół Adriana Ossowskiego zdaje się być ponad to, wygrywając 9 na 9 możliwych setów. Z drugiej strony wspominaliśmy również historię bezpośrednich pojedynków obu drużyn, a ta – była dla AiP opłakana. Z jednym wyjątkiem, ilekroć mierzyły się obie drużyny – wygrywał Bossman. Co ciekawe – za każdym razem był to wynik 2-1 i nie zgadniecie jak zakończył się poniedziałkowy pojedynek. 2-1. Początek spotkania to jednak świetne otwarcie AiP, które zdawało się być na dobrej drodze do kontynuowania passy (10-5). Trzeba przyznać, że Bossman im w tym szczególnie nie przeszkadzał, wysyłając co chwilę piłki po autach czy w siatkę. Dalsza część seta to przewaga drużyny Adriana Ossowskiego, która bardziej szanowała zagrywkę i nie popełniała tak dużo błędów w innych elementach (21-17). W środkowej odsłonie – wszystko się jednak zmieniło. Przede wszystkim – bawiący się świetnie od początku meczu Bossman – dorzucił do tego naprawdę niezłą grę, z którą AiP miało spore problemy. Co ciekawe – po tym jak Jakub Jetke ‘ustrzelił’ zagrywką stojącego w narożniku boiska Szymona Zalewskiego – team ‘Przyjaciół’ prowadził 7-6. Mimo to – w kilku kolejnych akcjach na jeden punkt drużyny w fioletowych strojach, przypadło aż…osiem punktów przeciwników. Już po chwili Bossman wysunął się bowiem na prowadzenie 14-8, które po chwili jeszcze powiększył, wygrywając finalnie do 17. Ostatni set był jednocześnie tym najciekawszym. Przez długi fragment wydawało się, że będzie to partia bez historii. Bossman prowadził bowiem 18-12. W końcówce, zespół AiP rzucił się do szaleńczej gonitwy i sztuka ta, prawie im się udała. Ostatecznie zespół ‘Przyjaciół’ zdołał zniwelować stratę do jednego oczka (20-19), ale ostatnie słowo, należało już do Bossmana, który notuje drugie zwycięstwo z rzędu.
Aqua Volley – Hydra Volleyball Team 0-3 (15-21; 14-21; 12-21)
Występy Hydry Volleyball Team w obecnym sezonie? Zależy jak na to patrzeć. Jeśli ktoś lubił w przeszłości walki Floyda Mayweathera, to spotkania Hydry w Inter Marine SL3 będą dla takiej osoby kunsztem. Czymś rewelacyjnym. Wspomniany pięściarz był prawdziwym kotem, ale jednak – stosunkowo rzadko wygrywał walki przez nokaut, a najczęściej na punkty. Zamęczał przeciwnika. Jeśli jednak ktoś chciałby obejrzeć w akcji Mike Tysona i liczy na konkretne i błyskawiczne lanie – powinien omijać mecze nomen omen ‘Bestii’ w rozgrywkach Inter Marine SL3. No bo powiedzmy sobie wprost. Mecz pomiędzy pierwszą, a czternastą drużyną w ligowej tabeli nie był przesadnie elektryzującym widowiskiem. Gracze Hydry mogą się złościć, że niezbyt dużo czasu poświęcamy im w magazynach, ale o czym tu mówić? Wygrali, bo byli lepsi i nie było tu absolutnie żadnego zaskoczenia. Choć do połowy premierowej partii, Aqua trzymała się blisko przeciwnika (10-10), to druga część seta była wyraźną przewagą faworyta (21-15). Środkowy set wyglądał bardzo podobnie. Wiecie – niby Aqua mogła czuć, że ten rywal wcale nie jest taki mocny i można z nim powalczyć. To oczywiście wyłącznie urojenia, bo kiedy Hydrze znudziło się granie ‘po równo’ (11-10), odjechała rywalom, wygrywając do 14. Ostatni set to już partia bez jakiejkolwiek historii. Ok – Aqua Volley ma za sobą najtrudniejszego rywala, ale cóż z tego, skoro po pięciu meczach ma dwa punkty?
Maritex – Tiger Team 3-0 (21-18; 21-13; 21-15)
Choć brutalne, to fakty są jednak takie, że mecz pomiędzy Maritexem, a Tiger Team był rywalizacją drużyn z dolnych partii ligowej tabeli. Mimo, że w ostatnim czasie Maritexowi nie szło zbyt dobrze, to uznaliśmy, że to właśnie oni mają nieco więcej szans na tryumf. Pierwszy set rywalizacji, to jednak bardzo wyrównana gra obu drużyn, która doprowadziła nas do stanu po 18. W końcówce ważny punkt dla Maritexu zdobył rozgrywający – Kacper Kania. Do tej pory obie drużyny szły ‘łeb w łeb’, ale w końcówce, kiedy piłka była po ‘Tygrysiej stronie siatki’, pomylił się jeden z zawodników beniaminka rozgrywek, a przewaga Maritexu urosła do dwóch oczek i po chwili – ci, cieszyli się z wygrania premierowego seta (21-18). Po premierowej partii można było mieć poczucie, że dalsza część meczu będzie równie wyrównana. Niestety – przeliczyliśmy się, a widowisko kreowała już tylko jedna drużyna. Po kilku punktach świetnie dysponowanego Andrzeja Lubańskiego, oraz dużej liczbie błędów Tigera – Maritex wysunął się na prowadzenie 18-11 i bez problemów wygrał partię do 13. Ostatni set poniedziałkowego starcia to zdecydowana przewaga Maritexu, który ‘zagrał jak za dawnych lat’. Po demolce urządzonej rywalom na początku seta, team Michała Pietrasika objął prowadzenie 14-5 i stało się jasne, że nic złego im się już nie przytrafi. Pod koniec seta Tiger nadrobił co prawda kilka punktów, ale ich gry z początku seta nie da się już ‘odzobaczyć’.