Za nami ostatni dzień meczowy w dziesiątym tygodniu rozgrywek. Kolejny – bardzo duży krok w kierunku utrzymania w elicie wykonała drużyna Fux Pępowo, która ograła Merkurego za komplet punktów. Dość niespodziewanie takim samym wynikiem zakończyło się spotkanie Craftveny z ówczesnym liderem – Chilli Amigos. Zapraszamy na podsumowanie!
BL Volley – Energa Trefl Gdańsk 0-3 (14-21; 15-21; 15-21)
Nie potwierdziły się informacje Redakcji o rzekomych problemach kadrowych drużyny Energi Trefla Gdańsk. Zamiast tego problemy – co jest już przecież normą – mieli gracze BL Volley, którzy na jeden z ostatnich dni meczowych w drugiej lidze stawili się w sześciu graczy. Trzeba przy tym przyznać, że na początku spotkania nie prezentowali się tak źle, jak można się było tego spodziewać. Do połowy seta mieliśmy bowiem remis po 11. Dopiero po chwili, za sprawą kilku składnych akcji oraz, umówmy się, błędów rywali, Energa wysunęła się na prowadzenie 15-11. Na zadany przez najmłodszą drużynę w lidze cios gracze Wojciecha Strychalskiego nie zdołali jakkolwiek odpowiedzieć i finalnie faworyt wygrał tę partię do 14. Środkowa partia wyglądała dość podobnie (8-8). Z czasem ‘Tygrysy’ znowu mieli sporo problemów, przy czym niejednokrotnie dochodziło do nich w bardzo prostych sytuacjach. Sami się zastanawiamy, z czego to wynika. Tu powinna być już zabawa i próba zakończenia drugoligowej przygody z podniesioną głową. Tymczasem mamy wrażenie, że tragiczne wyniki napędzają spiralę kolejnych błędów, niedociągnięć, nieporozumień. Oj – źle się dzieje w drużynie BL, oj źle. Tak czy siak – w drugiej części środkowej partii zespół Ariela Fijoła podkręcił tempo i po atakach Wojciecha Pączka wysunęli się na prowadzenie 18-11, by już po chwili cieszyć się z drugiego punktu w meczu (21-15). Ostatni set – a jakże – to historia, którą oglądaliśmy już wcześniej (21-15). No, powiedzmy sobie szczerze – nie było to wybitne spotkanie, ale nie winilibyśmy za tę sytuację graczy Energi Trefla Gdańsk, którzy wykonali swoją pracę i zasłużenie sięgnęli po trzy punkty.
Chilli Amigos – Craftvena 0-3 (18-21; 14-21; 17-21)
Ledwie 24 godziny temu w zapowiedziach przedmeczowych przestrzegaliśmy drużynę Chilli Amigos przed Craftveną. Choć zespół Bartka Zakrzewskiego musiał dzielić się w obecnej edycji punktami z niemal każdym rywalem, to fakty są takie, że mieli oni kapitalne ratio zwycięstw oraz porażek. Mimo to – więcej szans na zwycięstwo dawaliśmy graczom w czerwonych strojach, bo poza aktualną formą nakazywała tak sądzić również historia bezpośrednich spotkań, gdzie Chilli mogli pochwalić się siedmioma zwycięstwami, natomiast Craftvena czteroma. Tak czy siak – czwartkowe starcie rozpoczęło się w wymarzony dla ‘Rzemieślników’ sposób i już na początku spotkania zdołali oni wypracować sobie kilkupunktową przewagę. Niesieni na fali – na półmetku seta prowadzili już 13-8 i choć rywal zdołał zbliżyć się na zaledwie jeden punkt, to w kluczowym momencie popełnił kilka błędów, które zapewniły Craftvenie pierwszy punkt w meczu (21-18). Ta machina, jak się z czasem okazało, nie zwalniała. Ku zaskoczeniu społeczności Inter Marine SL3 – w drugim secie ‘Rzemieślnicy’ wyglądali jeszcze lepiej, skuteczniej, pewniej, no i co bardzo ważne – nie było tam tego niechlujstwa, które tak bardzo charakteryzowało wczoraj drużynę ‘Amigos’. Dzięki składowej wszystkich wymienionych elementów team w czarnych strojach wysunął się na prowadzenie 10-6. Choć ‘Amigos’ naprawdę się starali, to wobec świetnie dysponowanego rywala byli po prostu bezsilni (21-14). W trzecim secie faworyt chciał ugrać choćby seta, ale i to się nie udało. Choć w połowie seta, gdy Chilli doprowadzili do remisu po 13, wydawało się, że może tym razem im się uda, to skończyło się tak, że mocarna wręcz Craftvena wybiła to rywalom z głów. Dzięki trzem oczkom – ‘Rzemieślnicy’ dołączają do grona drużyn, które powalczą o awans. Prawdę mówiąc nie spodziewaliśmy się tego, ale tu chylimy przed nimi czoła. Może się bowiem okazać, że za chwilę ‘Rzemieślnicy’ pogodzą wszystkie drużyny i sami uzyskają bezpośredni awans do trzeciej ligi. Wow – co za imponujący wieczór!
Feniks Gdańsk – Hapag-Lloyd 3-0 (21-9; 21-12; 21-11)
Przed meczem realnie zastanawialiśmy się, czy Hapag-Lloyd przy sprzyjającej konstelacji gwiazd jest w stanie pokusić się o punkt. Niby rywal bardzo mocny, ale też taki, który potrafi oddawać punkty rywalom. Tę historię oglądaliśmy już bowiem tyle razy. No cóż – nie tym razem, bo powiedzmy sobie szczerze – Hapag-Lloyd nie miał przez choćby sekundę punktu zaczepienia. Nigdy nie dowiemy się tego, czy była to wyłącznie kwestia słabej dyspozycji, czy jednak był to wpływ tego, że ‘Logistycy’ nie mogli skorzystać z etatowej pary rozgrywających – Joanny Kożuch oraz Macieja Piotrowicza. Wobec tego, w pierwszym secie na ‘sypie’ wystąpił Michał Kądziela, a partia ta była absolutną dominacją Feniksa, który nie pozwolił rywalowi na to, by ten zdobył dwucyfrowy dorobek punktowy. Ech – gdybyśmy mieli określić jednym słowem ‘Logistyków’, to wybralibyśmy: SŁABIZNĘ. Przed drugą odsłoną mieliśmy kontynuację projektu eksperyment i na rozegraniu zobaczyliśmy tym razem Karola Maćkowiaka i trzeba przyznać, że poradził sobie naprawdę nieźle. Oczywiście – to nie sprawiło, że ‘Pomarańczowi’ mieli szanse z rozpędzonym rywalem, który chyba na poważnie wziął sobie do serca ten atak po 20 punktów w sezonie. Po kilku punktach bardzo aktywnego duetu – Kanka – Dubicki Feniks zbudował sobie bezpieczną przewagę i w konsekwencji wygrał tę partię do 12. W finałowej odsłonie oglądaliśmy powtórkę – całkiem niezły początek drużyny Hapag-Lloyd, po którym następowała kaskada kolejnych błędów. Tu na serio nie ma co podsumowywać – wygrała drużyna o dwie klasy lepsza, a wygrana ani przez chwilę nie była zagrożona.
BL Volley – Złomowiec Gdańsk 0-3 (17-21; 18-21; 14-21)
W trakcie czwartkowego spotkania naszła nas pewna myśl. Gdybyśmy byli sympatykami Złomowca Gdańsk, to żałowalibyśmy obecnie tego, że do spotkania z BL Volley doszło na koniec sezonu, gdy karty zostały już rozdane, a nie kilka tygodni wcześniej. Sądzimy bowiem, że gdyby Złomowiec odblokował się wcześniej, to prawdopodobnie zapewniłby sobie bezpieczne utrzymanie i nie musiał drżeć o to, jak pójdzie im w meczu barażowym. Oczywiście już tego nie zweryfikujemy, mogłoby tak być, a mogło być jeszcze gorzej. Niemniej jednak już przed meczem sądziliśmy, że grając z ekipą BL Volley, Złomowiec Gdańsk, który też ma przecież swoje problemy, będzie zdecydowanym faworytem starcia. Ostatecznie team Witolda Klimasa zgodnie z oczekiwaniami wygrał za komplet punktów, aczkolwiek były momenty, gdzie ‘Tygrysy’ prezentowały się całkiem nieźle. Oczywiście nie mówimy tu o przespanym początku spotkania, po którym Złomki wysunęli się na prowadzenie 16-8. Dopiero pod koniec seta zespół Wojciecha Strychalskiego zaczął gonić, ale to wystarczyło jedynie do zniwelowania strat i porażki czteroma punktami (21-17). Szczególnym momentem, o którym myśleliśmy, był drugi set spotkania, którego BL Volley rozpoczął od prowadzenia 11-5. Owszem – duża w tym zasługa Złomowca, który popełnił w tym czasie mnóstwo błędów. Tak czy siak – wynik był niezwykle korzystny, ale przecież nie takie prowadzenie BL Volley potrafi wypuścić, prawda? Wszyscy pamiętamy bowiem co działo się w ich meczu z Bayerem Gdańsk. Tu aż tak jaskrawego przykładu nie mamy, ale z prowadzenia 11-5 do stanu 16-16 to też trzeba się nieźle postarać. Finalnie Złomowiec, czując słabość rywala go docisnął i wygrał tę partię do 18. Trzeci set został rozstrzygnięty już w jego pierwszej części, kiedy bardzo dobrą zagrywką popisał się kapitan Złomowca – Witold Klimas (9-4). Wówczas stało się jasne, że Złomowiec sięgnie po pierwszy komplet punktów od… 25 sierpnia 2025 r. i ich pojedynku ze Staltestem Pomorze.
Only Spikes – Siatkersi 0-3 (19-21; 18-21; 17-21)
Podskórnie przeczuwaliśmy, że będzie to wyrównane spotkanie. Jako nieznacznego faworyta wskazaliśmy ekipę Siatkersów, która z aktualnym liderem czwartej ligi pokazała się z naprawdę dobrej strony. No – przynajmniej przez pewien moment. Co by nie mówić – Remedios to nie Only Spikes i przeciwko drużynie Patryka Łabędzia Siatkersi prezentowali się nieźle przez cały mecz, za co zgarnęli komplet punktów. Pierwszy set spotkania przez bardzo długi fragment przebiegał pod dyktando Siatkersów, którzy na tle swojego rywala prezentowali o wiele większą kulturę gry. Team w żółtych strojach przebudził się dopiero w końcówce, co pozwoliło im finalnie na zdobycie aż dziewiętnastu punktów. Choć wynik na to nie wskazuje, to jednak drugą odsłonę oglądało nam się znacznie przyjemniej. Od samego początku seta była to bowiem wyrównana partia, która zaprowadziła nas do stanu po 15. W końcówce zaprocentowała chłodniejsza głowa drużyny Sebastiana Wilmy, która po ataku oraz asie serwisowym Jakuba Miszczuka wysunęła się na prowadzenie, którego już nie wypuściła (17-15 – 21-18). W naszym odczuciu zespół Only Spikes największą szansę na zaskoczenie rywala, co ponownie nie oddaje wyniku, miał w trzecim secie rywalizacji. Po dwóch punktach z rzędu Patryka Łabędzia gracze w żółtych trykotach wysunęli się na prowadzenie 17-13, lecz mimo to nie zdołali postawić kropki nad i. Już po chwili dwoma kapitalnymi blokami, które odwróciły losy rywalizacji, popisał się Maciej Tarulewicz (18-17). Następnie dzieła zniszczenia dokonał Krzysztof Lewandowski i trzeci punkt w meczu dla Siatkersów stał się faktem.
MiszMasz – Staltest Pomorze 2-1 (21-16; 21-23; 21-11)
No nie będziemy nikogo czarować – przejechaliśmy się w zapowiedzi przedmeczowej po obu drużynach. Nie mamy przy tym jednak jakichś wyrzutów sumienia, bo na ostatniej prostej obie ekipy walczą o utrzymanie. W naszej przedmeczowej predykcji team, który przegrałby mecz, miał mieć w dalszej części sezonu potężne problemy z utrzymaniem w trzeciej lidze i chyba wszystko wskazuje na to, że tak właśnie będzie. Wczoraj wieczorem Staltest przegrał bowiem dziewiąty mecz w sezonie i przy równej liczbie rozegranych spotkań traci do miejsca barażowego już trzy punkty. Oj – brzmi to jak scenariusz science-fiction. Jak wyglądał sam mecz? Gracze Arkadiusza Kozłowskiego mogą mówić o sporym niedosycie, bo to właśnie oni rozpoczęli lepiej czwartkową rywalizację. Chwilę po półmetku seta i skutecznych akcjach Grzegorze Beredy oraz Tomasza Jasińskiego Staltest prowadził 15-11. Kiedy MiszMasz zrobił przejście, to był to wyrok na Stalteście. Na zagrywce stanął bowiem środkowy MiszMaszu – Anton Klios i po kilku jego udanych zagrywkach MiszMasz wysunął się na prowadzenie 17-16 i już po chwili cieszył się z pierwszego punktu w meczu (21-16). W drugiej odsłonie sytuacja nam się odwróciła. To właśnie gracze Rafała Wróblewskiego przez większość seta prowadzili grę i po ogromnych problemach w przyjęciu rywal wysunęli się na prowadzenie 13-5. Jak się po chwili okazało, każdą zaliczkę można roztrwonić. Dalsza część seta to festiwal błędów w MiszMaszu i coraz lepsza gra Staltestu, który w końcówce wyszarpał zwycięstwo i doprowadził tym samym do wyrównania w setach (23-21). Trzeci set to jednak przewaga MiszMaszu od samego początku aż do końca i w konsekwencji wygrana do 11, która przybliża team do utrzymania w trzeciej lidze. Jest już bowiem bardzo mało prawdopodobne, że po wczorajszym starciu Staltest mógł na ostatniej prostej ich wyprzedzić.
Merkury – Fux Pępowo 0-3 (18-21; 25-27; 20-22)
24 godziny temu pisaliśmy o tym, że Merkury ma już zapewnione utrzymanie. Ok – wciąż wydaje nam się, że prawdopodobieństwo oscyluje w granicach 95%, ale jeszcze wczoraj dalibyśmy sobie za taki scenariusz uciąć rękę. Dziś już tego byśmy nie zrobili, a to wszystko za sprawą wczorajszego starcia z walczącym o pierwszoligowe życie – drużyną Fuxa Pępowo. Rany, to co dzieje się obecnie w teamie Dominika Szadacha jest doprawdy imponujące. Nawiązując do ich przydomku, to odnosimy wrażenie, że ‘Koniczynki’ zostały w ostatnim czasie podlane konkretnymi nawozami. Dowód? Sześć ostatnich spotkań, to aż pięć wygranych, po których Fux przesunął się na drugie miejsce w grupie spadkowej. Jeśli sezon kończyłby się właśnie dzisiaj, to zapewniliby sobie oni utrzymanie w pierwszej lidze, co na początku sezonu zdawało się być nierealnym scenariuszem. Wróciły wyniki – wróciła atmosfera. Jeszcze niedawno informowaliśmy o jakiś tarciach w drużynie, po których nie ma dziś śladu, czego dowodem jest grafika z uśmiechniętym Patrykiem Bruchmannem, który wczoraj wieczorem był najlepszym graczem meczu i zdobył w nim aż…siedem punktów po blokach. Dziś nie chcemy popełniać błędów i nie będziemy wydawać wyroków. Wydaje nam się jednak, że z tą formą – Fux zapewni sobie za chwilę utrzymanie w elicie, a prawdziwy problem mają obecnie gracze Tufi Team, Szach-Matu oraz Speednetu. No – problemy mają również gracze Merkurego, którzy po meczu przez długi czas analizowali przyczyny słabej w ostatnim czasie dyspozycji. Takich obrazków nie oglądaliśmy już od dawna. Zastanawiamy się jaki skutek przyniesie wspomniana forma i czy w końcówce sezonu, Merkury zdoła odbudować nieco morale, które chyba nigdy nie były na tak parszywym pułapie.
Inter Marine Masters – Flota Active Team 1-2 (24-26; 17-21; 21-14)
We wczorajszej zapowiedzi pisaliśmy o tym, że ‘Mastersom’ z Flotą Active Team po prostu nie idzie. Wczoraj wieczorem mieliśmy kolejny rozdział tej historii i trudno nie było odnieść wrażenia, że gdzieś to już widzieliśmy. Mimo niekorzystnej historii dla ‘Mastersów’, to właśnie oni byli dla nas faworytem meczu, który notabene rozpoczęli bardzo dobrze (5-0). Początkowy szok nie stłamsił jednak graczy Floty, którzy błyskawicznie się przebudzili i doprowadzili do wyrównania po 7. Dalsza część seta to wyrównana gra, w której nie brakowało ciekawych wymian. To, co rzucało się jednak w oczy, to dobra gra w bloku obu drużyn i spora determinacja do tego, by wygrać pojedynek. Ostatecznie po długiej i wyniszczającej grze na przewagi z pierwszego punktu cieszyła się Flota (26-24). Środkowa partia była wyrównana, ale tylko do stanu po 13. Kluczowym momentem seta były w naszym odczuciu dwa skuteczne bloki rozgrywającego Floty – Jana Kostrowickiego. To właśnie po nich gracze Mateusza Iwana wysunęli się na prowadzenie 16-13 i po chwili cieszyli się z drugiego punktu w meczu (21-17). Potencjalna przegrana trzeciego seta dość mocno komplikowałaby kwestie podium dla ‘Mastersów’. Od samego początku drużynie Andrzeja Masiaka udało się przełamać opór rywali, dzięki czemu wysunęli się na prowadzenie 11-5. Tak duża zaliczka sprawiła, że Flota w odróżnieniu do początku spotkania nie była już w stanie wrócić i w konsekwencji ‘Mastersi’ wygrali tę partię do 14. Paradoksalnie ich sytuacja w kontekście podium nie pogorszyła się aż tak mocno, jak mogłoby się wydawać. Wciąż wiele wskazuje na to, że zdobędą oni medale, a kto wie – być może również awansują do elity.
Audiofon Karczemki – Dream Volley 1-2 (21-15; 10-21; 9-21)
Bardzo często w sporcie i to nie tylko tym amatorskim bywa tak, że trudniejszą przeprawą okazuje się ta, która w teorii miała być łatwiejszą. Po czwartkowym spotkaniu gracze Dream Volley chyba nam w tym przytakną. Z czego wynika ta teza? Głównie z tego, że mając zapewnione utrzymanie oraz grając na totalnym luzie i wtedy, gdy nikt na Ciebie nie stawia, można pozwolić sobie na większe ryzyko. To może się udać lub nie, ale nawet jeśli nie, to przecież nikt nie będzie miał do underdoga pretensji. Co innego Dream Volley, który podchodził do meczu z łatką ogromnego faworyta spotkania. Tu pod koniec sezonu oczekiwania są naprawdę olbrzymie i trzeba umieć to dźwignąć. W zapowiedzi zwracaliśmy uwagę na to, że ‘Marzyciele’ nie będą mieli raczej z tym problemu. Widząc jednak to, co działo się w pierwszym secie rywalizacji, uśmiechnęliśmy się pod nosem z tego, jak sport bywa nieprzewidywalny. To Audiofon Karczemki dominował w tej partii, a podjęte ryzyko, o którym pisaliśmy wcześniej, się opłaciło. Odrzuceni od siatki ‘Marzyciele’ mieli problem z wyprowadzaniem akcji, a na dodatek – kiedy robił to rywal, to zawsze mieścił piłkę w obrębie boiska. Efekt? Niespodzianka i wygrana ‘biało-czerwonych’ do 15. Sytuacja zmieniła się diametralnie w drugim secie rywalizacji, gdzie to, co do pewnego momentu wychodziło drużynie z Karczemek, odeszło w zapomnienie. Poprawiła się również gra nowego lidera trzeciej ligi i w konsekwencji Dream wygrał tę partię do 10. Jak się okazało – Audiofon potrafił zagrać jeszcze gorzej i zrobił to już po chwili – w trzecim secie. Sami nie wiemy, jak to jest w ogóle możliwe, żeby ci sami ludzie, ta sama pora, ten sam przeciwnik, te same boisko, ta sama piłka, a żeby było tak różnie. Pierwszy i trzeci set w ogóle trudno ze sobą jakkolwiek zestawić – nawet nie próbujemy. Już na początku seta widać było, że team z Karczemek jest ugotowany i że nic z tego już nie będzie. Faktycznie – Dream wygrał tę partię do 9 i dzięki wygranej awansował na sam szczyt ligowej układanki – brawo!