Dzień: 18 czerwca 2021

Zmieszani – Dziki Wejherowo

W zasadzie początek tego podsumowania moglibyśmy skopiować z hitu pierwszej ligi – pomiędzy drużynami EviRent VT oraz Volley Gdańsk. Niestety tak to nieraz bywa, że w momencie kiedy pompujemy balonik do niewyobrażalnych rozmiarów, ten pęka zanim w ogóle dojdzie do spotkania. Mecz miał być siatkarskim świętem, a okazał się niewypałem. W zapowiedzi przedmeczowej wskazaliśmy Zmieszanych jako faworyta tego spotkania. Pamiętaliśmy, że w tym składzie ekipa bardzo dobrze radziła sobie w drugiej lidze. Z drugiej strony wiedzieliśmy również, że w drużynie Edyty Woźny zabraknie w piątkowy wieczór dwóch bardzo ważnych zawodników. To nie była zasłona dymna. W protokole meczowym próżno było szukać Michała Grzeni oraz Michała Kocbucha. Dziki z kolei wystawiły w meczu praktycznie najsilniejszy skład. Od samego początku meczu to gracze z Wejherowa przejęli inicjatywę i wyszli na kilkupunktowe prowadzenie. Niestety, zanim ten mecz rozpoczął się na dobre, doszło w nim do przykrej sytuacji. Będący w świetnej dyspozycji na zagrywce Jakub Korowicki po jednej z zagrywek upadł na parkiet i złapał się za nogę. Pierwsza diagnoza była niestety bardzo przykra dla zawodnika, który ma podejrzenie zerwania więzadła. Po chwili przerwy, Dziki wróciły do gry ze zdwojoną siłą. Na tablicy wyników mieliśmy aż 10-1! dla drużyny Filipa Stabulewskiego. Mimo, że z czasem Zmieszani zaczęli prezentować się trochę lepiej, nie zmieniło to obrazu seta. Wynik 21-10 dla Dzików. Druga partia zaczęła się lepiej dla graczy w czerwonych koszulkach. Po drugiej stronie siatki, zminimalizować różnicę punktową próbował Jacek Kujałowicz, jednak wobec świetnej dyspozycji Bartka Beszczyńskiego czy Adama Śliwińskiego Zmieszani byli po prostu bezsilni. Wynik 21-13 dla Dzików. Trzecią odsłonę, ku zaskoczeniu wszystkich, po tym, co obejrzeliśmy w dwóch pierwszych setach, lepiej rozpoczęli Zmieszani. Po chwili prowadzili już 8-1. Od tego momentu, horda z Wejherowa rozpoczęła szaleńczy pościg, który doprowadził ich do remisu 16-16. Po całkiem ciekawej końcówce zawodnikom z Wejherowa udało się wygrać tę partię, co w odniesieniu do początku spotkania było prawdziwym mistrzostwem świata.

EviRent VT – Volley Gdańsk

To miało być prawdziwe święto siatkówki. Zamiast nocy sylwestrowej na Times Square dostaliśmy odpust w Przywidzu. Zamiast szykownych drinków w doborowym towarzystwie czuliśmy, że pijemy bełta w ciemnej bramie. Wreszcie, zamiast ‘Gry o tron’ oglądaliśmy ‘Damy i Wieśniaczki’ na TTV. Kurde no, liczyliśmy na to, że o meczu będziemy mogli opowiadać przez długi czas. Zanim doszło do pierwszego gwizdka sędziego wiedzieliśmy, że obie drużyny zmagają się z poważnymi problemami kadrowymi. Po obu stronach zabrakło kilku ‘ważnych ogniw’. Co ciekawe, gracze Volley Gdańsk mieli przed spotkaniem nieco ułatwione zadanie. O godzinie 20:00 EviRent rozgrywało swoje spotkanie ze Speednetem. Zawodnicy Volley oglądali ten mecz i wydawało się, że wyciągnęli odpowiednie wnioski. Będąc złośliwym napisalibyśmy, że chyba niezbyt uważali, bo w pierwszym secie byli tylko tłem dla drużyny Radosława Koniecznego. Ci, w przeciwieństwie do przedmeczu ze Speednetem zdawali się nic nie robić sobie z braków kadrowych. Pierwszy set zakończył się wygraną niebieskich do 17. Drugi set, ponownie jak pierwszy przyniósł emocji tyle, co łowienie ryb czy zbieranie grzybów. EviRent kontrolował przebieg tej partii i zasłużenie wygrał ją do 18. Najciekawiej w meczu było w trzeciej odsłonie, w której w końcu zaczęły grać obie drużyny. Kluczowym momentem dla wyniku seta była obrona Sebastiana Miąsko, który odbił piłkę nogą po ataku Mateusza Szturmowskiego. Nie minęła chwila, a akcję punktowym atakiem zakończył Kuba Firszt i VG wyszło na prowadzenie (14-10). Z czasem EviRent zdołało zniwelować tę przewagę, ale w końcówce to Volley okazał się lepszy. To, co może martwić u ‘żółto-czarnych’ i co niestety obserwujemy od kilku spotkań to zdecydowanie gorsza atmosfera towarzysząca ich spotkaniom. Kiedyś, nawet jeśli drużynie nie szło to zawodnicy z ławki nieśli ich swoim dopingiem. Dziś mamy takie czasy, że ławki nie ma, a kiedy już jest to nie ma atmosfery, którą pamiętamy. Kiedyś każdy zdobyty mały punkt sprawiał graczom ogromną radość. Gra cieszyła, atmosfera była rewelacyjna. Obecnie jesteśmy sto kilometrów od tego ‘kiedyś’. Pytanie, czy w momencie, kiedy wróci stary Volley, wrócą również wyniki? Na koniec słówko o EviRent. Jeśli w piątkowych okolicznościach drużyna dwukrotnie wygrała swoje spotkania to rekord Volley Gdańsk wynoszący 49 zwycięstw z rzędu staje się coraz bardziej zagrożony.

Speednet – AVOCADO friends

Mimo, że w zapowiedziach przedmeczowych to AVOCADO friends wskazywaliśmy jako faworyta spotkania to po tym, jak Różowi zaprezentowali się w meczu z EviRent, zaczęliśmy się zastanawiać, czy przypadkiem nie popełniliśmy błędu. Przypomnijmy, że Speednet na oczach Wegan oglądających to spotkanie z boku, stał się sprawcą największej niespodzianki w obecnym tygodniu rozgrywek. Mimo ich dobrej postawy to EviRent wygrało spotkanie, co oznaczało, że o 21:00 naprzeciw siebie staną dwie drużyny, które w obecnym sezonie jeszcze nie wygrały. Sam mecz lepiej rozpoczęli gracze AVOCADO, którzy po dobrej zagrywce Miłosza Bazylińskiego wyszli na prowadzenie 6-1. Wypracowana na początku zaliczka pozwoliła zawodnikom Arkadiusza Kozłowskiego na utrzymanie kontroli i wygranie pierwszej odsłony 21-13. Po wygraniu pierwszego seta zastanawialiśmy się, czy historia ponownie się powtórzy. Przypomnijmy, że w meczach, w których AVOCADO wygrywało pierwszą odsłonę, nie potrafiło postawić kropki nad ‘i’ i wygrać meczu. Nie inaczej było i tym razem. W drugim i trzecim secie zobaczyliśmy całkiem inne oblicze drużyny ‘Przyjaciół’. W drugim secie to Speednet wypracował sobie kilkupunktową zaliczkę, którą utrzymywał przez większość seta. Po asie serwisowym Kacpra Iwaniuka było już 16-9 dla Speednetu, co w praktyce oznaczało, że drużyny mogą szykować się do seta, który miał wyłonić zwycięzcę. Weganie zdawali się być początkowo zagubieni, a kiedy się trochę rozkręcili, potężnego gwoździa ze środka posłał nowy nabytek ‘Różowych’ – Krzysztof Mejer, po którym libero AVOCADO nie był w stanie utrzymać się na nogach. To, co było kluczowe dla wygranej Speednetu w tym secie to dużo lepsza gra w przyjęciu oraz bloku. W końcówce, przy remisowym stanie, podobnie jak w drugim secie, wielką krzywdę rywalom wyrządził zagrywką Kacper Iwaniuk i pierwsza wygrana Speednetu w sezonie Wiosna’21 stała się faktem.

EviRent VT – Speednet

Ok, w kontekście tego, co napisaliśmy w zapowiedzi przedmeczowej, możecie sobie śmieszkować z Redakcji. Przyznajcie jednak z ręką na sercu, czy ktokolwiek, kto czyta te słowa przypuszczał, że Speednet stać na to, aby urwać punkty EviRent? Przecież to brzmiało tak niedorzecznie, że gdyby któryś z graczy Speednetu przeniósł się w czasie i głosił podobne herezje to zostałby spalony na stosie obok Joanny d’Arc. Nie jest to oczywiście żadne usprawiedliwienie, ale gracze EviRent w przeddzień rozgrywanego spotkania poprosili o przełożenie meczu na inny termin. Jako, że na jakiekolwiek zmiany po opublikowaniu terminarza jest już za późno to równo o godzinie 20:00 wybrzmiał pierwszy gwizdek sędziego. W EviRent na przyjęciu ponownie zagrał Radosław Konieczny oraz debiutujący w drużynie ex rozgrywający Trójmiejskiej Strefy Szkód – Bartek Błoński. Tak, jak zaznaczyliśmy jednak na początku tekstu – sytuacja ta w żaden sposób nie tłumaczy jednak wyniku i stylu gry EviRent. Kiedy Speednet dostawał po ryju w poprzednim sezonie czy na początku obecnego to również nie pisaliśmy, że byłoby inaczej gdyby grał Iksiński z Nowakiem. Jak to się mawia – ‘co byka obchodzi, że się krowa cieli?’ Pierwszy set dość nieoczekiwanie lepiej rozpoczęli gracze Speednetu, którzy pisząc całkiem uczciwie – zagrali w piątkowy wieczór dwa naprawdę dobre spotkania. Kilkupunktowa przewaga utrzymywała się do końcówki seta. W niej doszło do ciekawej sytuacji, w której najpierw asem serwisowym popisał się Piotr Pepliński, by za chwilę w identycznym stylu zaserwował Marek Ogonowski. Punkt ten bardzo przybliżył drużynę do wygranej seta i po chwili niemożliwe stało się namacalne. 1-0 dla Speednetu. Drugi set to kontrola faworyzowanej drużyny, która objęła prowadzenie na samym początku i nie wypuściła go aż do końca. Wynik seta 21-14 dla Evi. Trzecia partia sprawiła, że po meczu Speednet mógł czuć pewien niedosyt. Przy stanie 14-14 drużyna ‘Różowych’ popełniła sporą liczbę błędów własnych, po których EviRent odjechał na 19-14 i wygrał ostatniego seta. Uważamy, że bez względu na okoliczności – wynik 2-1 jest sporym zaskoczeniem.

Chilli Amigos – SzachMat

Drużyna Chilli Amigos przystąpiła do swojego czwartego spotkania w sezonie Wiosna’21 tuż po porażce odniesionej w meczu rozgrywanym o godzinie 19:00, w którym ich rywalem była ekipa Prometheus. Od początku wiadomym było, że Szach-Mat będzie bardziej wymagającym przeciwnikiem. Jeśli w spotkaniu z drużyną Mykoli Pocheniuka nie udało się zdobyć choćby punktu, trudno byłoby oczekiwać od Papryczek szukania punktów w meczu przeciwko obecnemu liderowi drugoligowych rozgrywek. Samo spotkanie rozpoczęło się od zdecydowanej przewagi faworyzowanej drużyny. Nie minęła nawet chwila, a na tablicy wyników widniało 14-5 dla ‘Szachistów’. Mimo tak niekorzystnego obrazu meczu, gracze Grzegorza Walukiewicza cieszyli się grą, a każdy zdobyty punkcik celebrowali w bardzo ekspresyjny sposób. Ostatecznie, partia ta zakończyła się wynikiem 21-12, przy czym drużyna w czerwonych strojach zdobyła zaledwie 4 punkty po własnych dobrych akcjach. Drugi set rozpoczął się lepiej dla Szachistów, którzy po zagrywce Przemysława Lewandowskiego prowadzili od początku do samego końca seta. W trakcie jego trwania można było odnieść wrażenie,, że drużyna Szach-Mat, nie czująca presji ze strony rywali, pozwala sobie na większą niż standardową dawkę nonszalancji. Mimo kilku błędów wynikających z tego, o czym pisaliśmy, ‘Szachiści’ i tak dominowali w spotkaniu. Ostatecznie, partia numer dwa zakończyła się wynikiem 21-13, co sprawiło, że w obozie Amigos zrobiło się naprawdę wesoło. Trzeci set był wyrównany do stanu 7-7. Od tego momentu drugi bieg włączyli gracze w czarnych koszulkach i finalnie wygrali partię do 12, a cały mecz 3-0.

Zmieszani – DNV S*M*A*S*H

W zapowiedzi przedmeczowej pisaliśmy, że spotkanie z DNV miało być zaledwie przystawką przed daniem wieczoru, czyli pojedynkiem z Dzikami Wejherowo. Cóż, wiedzieliśmy że Zmieszani są murowanym faworytem tego spotkania, ale kiedy przed rozpoczęciem spotkania zobaczyliśmy, że DNV wystąpi w zaledwie pięciu graczy – rozwiało to nasze wszelkie wątpliwości. Mecz rozpoczął się od prowadzenia Zmieszanych 10-4. Po nieudanym początku, drużyna z ulicy Łużyckiej zaczęła grać dużo lepszą siatkówkę, dzięki czemu zminimalizowali oni różnicę punktową obu drużyn (18-14). Ostatecznie, set ten zakończył się po ataku wracającego do drużyny Tomasza Kamoli. Początek drugiego seta dla DNV rozpoczął się jeszcze gorzej. Faworyzowana drużyna Zmieszanych męczyła zagrywką rywali, którzy nie mogli sobie z nią za specjalnie poradzić. Wyniki 6-1, 11-3, czy w końcu 21-12 dość dobitnie pokazują, kto rządził w tej partii. Jeśli ktoś żywił nadzieję na to, że w trzeciej odsłonie będzie nieco bardziej emocjonująco – musiał czuć rozczarowanie. Po kilku świetnych atakach Marcina Gorlikowskiego na tablicy wyników widniało już 10-1 dla drużyny Edyty Woźny. Mimo, że od tego momentu tempo spotkania nieco spadło to Zmieszani nadal utrzymywali dziesięciopunktowe prowadzenie i ostatecznie ograli swoich rywali do 11, zgarniając w meczu trzy punkty.

Omida Team – Tufi Team

W zapowiedzi przedmeczowej wspominaliśmy o tym, że oba dotychczasowe mecze drużyn kończyły się podziałem punktów. Nie inaczej było i w piątkowy wieczór, w którym Omida wygrała 2-1. Zanim jednak do tego doszło, obie ekipy w podanych przed sezonem składach musiały wykreślić kilku zawodników. Weekendowa pora sprawiła, że w Omidzie zabrakło Dmytro Moroziuka, Sebastiana Rydygera, Mateusza Chyla czy Tomasza Zabrockiego. Tufi Team musiało stanąć do walki bez Łukasza Dejko, Marcina Dylowicza, Łukasza Paszkowskiego, czy wreszcie Szymona Straszaka. Wydaje się zatem, że w ubytkach obie drużyny miały po równo. Otwierający set rozpoczął się lepiej dla obecnego mistrza Siatkarskiej Ligi Trójmiasta. Drużyna Konrada Gawrewicza szybko wyszła na 3-4 punktowe prowadzenie (10-6) i konsekwentną grą doprowadzili seta do końca. W pierwszej odsłonie po stronie ‘Logistyków’ imponował spokój i radość z gry. W Tufi zabrakło nam trochę sportowej złości czy wiary w odniesienie wygranej seta. Zdecydowanie inaczej wyglądało to w drugiej partii. Mimo, że Omidę w piątkowy wieczór wspierał sam Jezus, o czym co rusz w przyśpiewkach przypominał Konrad Gawrewicz to lepszą grę zaprezentowały Tuffiki. Pod koniec seta doszło do sytuacji, o której rozmawialiśmy w czwartkowym wywiadzie z Kamilem Romańskim. W końcowej akcji seta wydawało się, że przyjmujący Bartek Plasun uderzył w pole. Inaczej tę sytuację widziała sędzia i w setach mieliśmy 1-1. Tak jak wspominaliśmy – suma szczęścia i pecha ostatecznie zawsze równa się zero. Trzeci set rozpoczął się lepiej dla Omidy. Duża w tym zasługa kapitana, który bardzo dobrą zagrywką odrzucił rywali od siatki. Wypracowana zaliczka (podobnie jak w pierwszym secie), wystarczyła do tego, aby wygrać tę partię. Najlepszym graczem spotkania został – jakżeby inaczej – Łukasz ‘Jezus’ Wiktorko.

Chilli Amigos – Prometheus

Tak to już bywa, że problemów kadrowych nie mają tylko i wyłącznie drużyny grające w Siatkarskiej Lidze Trójmiasta. Z nimi borykamy się również my, w związku z czym, ku zaskoczeniu graczy obu drużyn to właśnie Redakcja usiadła w piątkowy wieczór na protokole, by bliżej przyjrzeć się jak prezentują się drużyny Prometheus oraz Chilli Amigos. Oglądanie spotkania z boku, a będąc niejako w środku zmagań to całkowicie dwa inne rodzaje doświadczeń. Przejdźmy jednak do samego meczu. W drużynie Chilli Amigos okazję do debiutu miało aż trzech graczy: Michał Czyżykowski, Krzysztof Bona i Mateusz Rosa. Podczas, gdy ‘Amigos’ mieli w czym w piątkowy wieczór wybierać, drużyna Prometheus pojawiła się na sali tuż przed rozpoczęciem spotkania. Dwaj gracze – Anton Hukasov oraz Vladyslaw Bondar pojawili się wręcz po jego rozpoczęciu. Zgodnie z przepisami gracze Ci mogli zagrać dopiero od drugiego seta, ale piękną postawę fair-play zaprezentowali gracze ‘Papryczek’, którzy przekazali sędziemu, że nie mają nic przeciwko, aby rywale uzupełnili swój skład już w pierwszej odsłonie. Pierwsza partia należała do Prometheus, którzy zdołali wypracować sobie kilkupunktową przewagę, której nie sposób było roztrwonić. Wynik pierwszej odsłony to 21 do 13 dla graczy w niebieskich koszulkach. Drugi set był zdecydowanie bardziej emocjonujący. Od początku obie drużyny toczyły wyrównany pojedynek. Pierwsi z ‘paktu o nieagresji’ wyłamali się gracze Grzegorza Walukiewicza, którzy wyszli na prowadzenie 11-7. Niestety, w odróżnieniu od tego, co zrobił Prometheus w pierwszym secie, Amigos nie byli w stanie podtrzymać dobrej i równej gry. Chwilowa niemoc w ataku sprawiła, że po chwili mieliśmy zaledwie 12-11. W końcówce Chilli stanęło przed szansą na wygraną seta (20-19), ale po ataku Michała Szpaka ekipa w niebieskich koszulkach wybroniła piłkę setową, a następnie wygrała tę odsłonę. Trzeci set był w zasadzie bez historii. Bardzo dobra gra Prometheus poskutkowała wyjściem na wysokie prowadzenie i kontrolą przebiegu gry. MVP meczu wybrany został Danylo Ignatenko, którego występ sprawiał, że ręce same składały się do oklasków.

Ogrodnicy – Volley Kiełpino

Nie mogło być inaczej. To był mecz sezonu dla obu drużyn. Chęć udowodnienia dawnym kolegom z drużyny, ‘kto ma dłuższego’ wkroczyła na wyższy poziom. Mimo, że Volley Kiełpino borykał się w czwartkowy wieczór z problemami kadrowymi, w piątek wystawił pierwszy garnitur. Nieco gorzej pod tym względem wypadli Ogrodnicy, w składzie których próżno było szukać Dawida Kulara, Szymona Leznera, Karola Richerta czy Michała Bednarka. Mimo tego, zawodnicy Andrzeja Pipki pozostawali faworytami tego spotkania. Początek meczu to bardzo wyrównana gra. Na pierwsze, większe prowadzenie wyszli Ogrodnicy (18-14). Przy tym wyniku wydawało się, że spokojnie dowiozą je do końca. W końcówce Ogrodnicy mieli jednak spore problemy ze skończeniem akcji, przez co gracze z Kiełpina doprowadzili do wyrównania 20-20. Emocjonująca końcówka należała jednak do drużyny Andzeja Pipki, która wygrała 25-23. Przez długi fragment drugiego seta wydawało się, że nie wydarzy się nic ciekawego. Tym razem to Volley Kiełpino wyszło na kilkupunktowe prowadzenie (11-6 czy 15-7), by później zanotować bardzo długi przestój, który doprowadził do sytuacji, w której na tablicy wyników pojawiło się 19-17! Mimo szalonej gonitwy, drużyna z Kiełpina zdołała zamknąć partię i doprowadzić do wyrównania w setach. Sytuacja w trzeciej odsłonie zmieniała się jak w kalejdoskopie. Na początku to Volley Kiełpino prowadziło (6-3). Z czasem, na prowadzenie wyszli ‘Ogrodnicy’ (11-9), by po chwili to ponownie drużyna Fabiana Polita prowadziła (14-12). Ostatecznie, partia ta zakończyła się wygraną graczy z Kiełpina, którzy od dzisiaj są najbardziej nieprzewidywalną drużyną w drugiej lidze.