MATCHDAY #5

Wtorkowa seria gier stała głównie pod znakiem trzeciej ligi. W najciekawszym trzecioligowym spotkaniu wieczoru drużyna Dziki Wejherowo wygrała z Portem Gdańsk za 3 oczka. W elicie swoje spotkania zgodnie wygrały drużyny zaliczane do faworytów w wyścigu o mistrzowski tron. Zapraszamy na podsumowanie piątej serii gier!

Port Gdańsk – Niepokonani PKO Bank Polski 2-1 (12-21; 21-16; 21-19)

W ostatnim czasie dość często chwaliliśmy drużynę ‘Bankowców’. Aby nie było jednak zbyt cukierkowo, tym razem musimy drużynę skrytykować. Nie chodzi w tym przypadku o grę, bo ta wygląda lepiej z meczu na mecz i widzi to chyba każdy. Wydaje się, że problemem drużyny jest to, że wyjątkowo często spóźnia się na mecz. Nie inaczej było i we wtorkowy wieczór, kiedy o 18:55 próżno było szukać graczy w białych koszulkach. W pewnym momencie doszło nawet do sytuacji, że ‘Portowcy’ pytali co robimy i czy mecz zostanie rozstrzygnięty jako walkower. Ostatecznie, drużyna z Gdyni pojawiła się na sali, lecz po króciutkiej dla nich rozgrzewce, nieubłaganie wybrzmiał pierwszy gwizdek sędziego. Paradoksem opisanej powyżej sytuacji jest to, że niemal z marszu drużyna Niepokonanych prezentowała się bardzo dobrze i potrafiła przejąć inicjatywę w pierwszej odsłonie. Początek pierwszego seta to wysokie prowadzenie graczy w białych koszulkach (10-2) i kilkupunktową przewagę utrzymywali do końcówki seta. Przy okazji jednej z wielu piłek setowych doszło do rzadko spotykanego w SL3 obrazka. Przebywająca w danej chwili na ławce Joanna Drewczyńska (która zazwyczaj jest kapitanem) poprosiła o czas. Przebywający na boisku Tomasz Remer, który był w tym momencie kapitanem nie chciał się na to zgodzić. Widzący prośbę wspomnianej wcześniej zawodniczki, gracze Portu zeszli z boiska. Po chwili sędzia przywołała jednak graczy Portu tłumacząc, że oficjalnie czas nie został wzięty. Cała sytuacja wytrąciła najwidoczniej ‘Portowców’ z równowagi, ponieważ popsuli zagrywkę i finalnie PKO cieszyło się z wygranej w pierwszym secie. Drugi set był lustrzanym odbiciem pierwszej odsłony. Tym razem to Portowcy wyszli na prowadzenie 9-1 i w zasadzie set ten był skończony. Najbardziej wyrównaną partią była ostatnia, w której losy ważyły się do samego końca. Finalnie, wygrali ‘Portowcy’, ale w trakcie meczu mieli naprawdę spore ciężary. Z pewnością spodziewali się czegoś innego.

BES-BLUM Nieloty – BL Volley 2-1 (21-15; 17-21; 21-15)

Co tu dużo mówić, z pewnością nie tak wyobrażali sobie początek sezonu gracze BES-BLUM Nieloty. Przed spotkaniem z drużyną BL Volley drużyna ‘Pingwinów’ zdobyła zaledwie cztery na dziewięć możliwych punktów. Chcielibyśmy, aby osoby czytające to podsumowanie znały skalę. Być może dla kilku drużyn w ligowej stawce, cztery punkty nie oznaczałyby powodu do narzekań. Przypadek Nielotów jest o tyle inny, że zespół wciąż jest brązowym medalistą drugiej ligi i jedną z ekip, które przed sezonem stawiane były w roli faworytów do awansu. Aby poprawić sobie nieco nastroje, drużyna Mateusza Bone miała w planach ograć drużynę BL Volley. Skoro w poprzednim sezonie udało się sięgnąć po komplet punktów, czemu teraz miałoby być inaczej? Pierwszy set zdawał się potwierdzać plan nakreślony w głowach BES-BLUM. Po dość nerwowym początku 5-5, faworyzowana drużyna wyszła na prowadzenie 11-9. Od tego momentu mieliśmy spore przestoje ekipy Wojciecha Strychalskiego, które sprawiły że przewaga Nielotów co rusz się powiększała (14-10; 21-15). Drugi set, podobnie jak ten pierwszy zaczął się od wyrównanej walki, w której żadna ze stron nie zdołała wypracować sobie choćby 2 punktowej przewagi. Kiedy sztuka ta udała się BL Volley (7-4), po chwili ich rywale wyrównali. Była to jednak sytuacja tymczasowa, bowiem Nieloty zaczęły popełniać mnóstwo błędów własnych, dzięki którym rywale wyszli na prowadzenie 16-12. Taka zaliczka, mimo że przez chwilę nieco zagrożona (17-16), w ostatecznym rozrachunku wystarczyła do tego, aby na tablicy wyników przy setach pojawiło się 1-1. Trzecia odsłona rozpoczęła się od mocnego uderzenia Nielotów (4-0, i 12-3), które szybko ustawiły tę partię. Finalnie, BES-BLUM wygrywa trzecie spotkanie w obecnym sezonie w stosunku 2-1. Wydaje nam się, że we wtorkowy wieczór, w ich domach nie wystrzeliły jednak korki od szampanów.

Fedde Ogrodnictwo – BH Rent MiszMasz 1-2 (18-21; 15-21; 21-17)

Długo zastanawialiśmy się czy o tym w ogóle napisać. Zanim mecz się w ogóle rozpoczął, zrobiło się bardzo nerwowo. Wszystko za sprawą tego, że kibice MiszMasz nie dostosowali się do obowiązku zakrywania ust i nosa, przez co gracze BH Rent zamiast skupić się na meczu, musieli podjąć się mediacji. Napisaliśmy o tym w tym momencie, ponieważ nie chcemy krytykować graczy MiszMasz, którzy po spotkaniu wybrnęli z tej sytuacji w sposób wzorowy. Piszemy o tym dlatego, żeby przypomnieć wszystkim drużynom w ligowej stawce, że to właśnie oni odpowiadają za zachowania swoich kibiców. Wyrażamy głęboką nadzieję, że podobne sytuacje w Siatkarskiej Lidze Trójmiasta już nigdy nie będą miały miejsca. Skupiając się wreszcie na samym spotkaniu – jako faworyta wskazywaliśmy drużynę Fedde Ogrodnictwo. Tego, że drużyna celuje nawet w wygranie ligi nie próbowali przed sezonem jakoś specjalnie ukryć sami gracze. Po pierwszych dwóch spotkaniach, kiedy gracze w czerwonych koszulkach wygrywali, widzieliśmy z boku sporo obszarów, które nie funkcjonują jak należy. Drużyna BH Rent uskrzydlona poniedziałkowym zwycięstwem z ekipą z Kiełpina, najzwyczajniej w świecie te obszary obnażyła. Pierwszy set zaczął się od prowadzenia po dwóch asach serwisowych Mikołaja Muzolffa. W środkowej partii seta gra się co prawda wyrównała, ale końcówka ponownie należała do ‘Hotelarzy’. Druga partia w wykonaniu drużyny Tomasza Walaskowskiego była jeszcze lepsza. Wypracowana czteropunktowa zaliczka wystarczyła do tego, by ‘Hotelarze’ kontrolowali przebieg tej partii. Ostatecznie, set ten padł ich łupem do 15 i druga wygrana w sezonie stała się faktem. Na otarcie łez pozostał ‘Ogrodnikom’ trzeci set, którego drużyna Andrzeja Pipki wygrała do 17. Mimo to jesteśmy przekonani, że Fedde nawet w najczarniejszych snach nie spodziewało się takiego obrotu spraw.

Dziki Wejherowo – Port Gdańsk 3-0 (25-23; 22-20; 21-18)

W hitowym spotkaniu trzecioligowym, do którego doszło we wtorkowy wieczór, drużyna Dziki Wejherowo podejmowała trzecią siłę poprzedniego sezonu – Port Gdańsk. Ci drudzy przystępowali do spotkania po dość nieoczekiwanym podziale punktów, do którego doszło w meczu o godzinie 19:00, kiedy ich rywalem była drużyna Niepokonanych PKO Bank Polski. W każdym razie, mecz miał dać realną odpowiedź na co stać drużynę ze stolicy małego Trójmiasta w obecnym sezonie. Przed spotkaniem można było wysnuć tezę, że patrząc na terminarz graczy w czerwonych koszulkach, nastąpiło pewne stopniowanie trudności. Mecz z Portem miał być zwieńczeniem trzech spotkań, które drużyna stoczyła w ciągu ostatniego tygodnia. O ile wygrane z DNV i Decathlonem nie dawały nam stuprocentowej odpowiedzi jaką jakość na tle przeciwników prezentują Dziki, tak potencjalna wygrana meczu z ‘Portowcami’ sprawiłaby, że już chyba nikt nie śmiałby wątpić w jakość drużyny. Sam mecz był niezwykle ciekawym, emocjonującym i obfitującym w kontrowersję sędziowskie wydarzeniem. Mówiąc wprost – nie dało się na nim nudzić. Wystarczy spojrzeć na wyniki poszczególnych setów, aby dostrzec, jak wyrównany był to bój. W pierwszej partii, po grze na przewagi i ataku kapitalnego w obecnym sezonie Adama Śliwińskiego, górą byli gracze w czerwonych strojach. Nie inaczej było również w drugim secie. Mimo, że ten był nieco krótszy to kończył się – a jakżeby inaczej – po grze na przewagi. Aby było ciekawiej, seta ponownie ‘zabił’ Adam Śliwiński, który we wtorkowy wieczór zdobył aż… 24 punkty, czym zbliżył się do rekordu ligi. Trzeci set dla odmiany nie zakończył się grą na przewagi. To, co było w nim takie same to egzekutor ostatniej akcji. Podsumowując – trzeci mecz, trzecia wygrana, trzeci komplet punktów. Szacuneczek.

Prometheus – ACTIVNI Gdańsk 2-1 (21-13; 19-21; 22-20)

Zgodnie z tym, o czym pisaliśmy w zapowiedziach – spotkanie Prometheusa z ACTIVNYMI musiało przełamać liczbę meczów bez wygranej dla jednej z drużyn. Zanim jednak doszło do meczu, nastąpiła zmiana sędziego. Mając na uwadze kontrowersje, które nastąpiły w jednym z wcześniejszych spotkań z udziałem ACTIVNYCH oraz Pani sędzi, przychyliliśmy się do prośby i aby nie zaogniać temperatury, zawody poprowadziła inna osoba. Zostawmy jednak sędziowanie, bo w ostatnim czasie wokół tego tematu i drużyny ACTIVNYCH zrobiło się zbyt głośno. Można czasami podworować, ale zbyt niebezpiecznie zbliżyliśmy się do momentu, w którym mogłoby zrobić się niesmacznie. Jeśli chodzi o mecz to ten zaczął się od tak mocnego uderzenia, że graczy ACTIVNYCH ewidentnie zamroczyło. Zanim się obejrzeliśmy, zawodnicy w niebieskich koszulkach prowadzili już 9-1! I nie zwiastowało to niczego dobrego dla drużyny. Pozostając przy tematyce bokserskiej, w pewnym momencie szykowaliśmy już aparat, aby uchwycić moment, w którym ktoś z narożnika ACTIVNYCH rzuca białym ręcznikiem. Pomoc ta jednak nie nadeszła i ACTIVNI zostali pozostawieni sami sobie. W tym momencie mieli oni do wyboru albo sami się poddać, albo spróbować nawiązać walkę. Musimy przyznać, że come-back był naprawdę niesamowity. ACTIVNI w drugiej partii zaprezentowali się zupełnie inaczej niż w pierwszej odsłonie i po małym dreszczowcu – wygrali seta do 19. Oznaczało to, że o wygranej zadecyduje ostatni set. Ten nie zawiódł nawet najbardziej wymagających kibiców. Mimo, że przez większość partii to ACTIVNI prowadzili, Prometheus zdołał wyszarpać w końcówce zwycięstwo. Na koniec małe wyznanie. Ten mecz przerósł nasze oczekiwania. Nie spodziewaliśmy się, że w trakcie jego trwania będzie się aż tyle działo.

Allsix by Decathlon – Niepokonani PKO Bank Polski 3-0 (21-15; 21-15; 21-13)

Jako, że w drużynie Allsix by Decathlon nie jest problemem znaleźć inteligentnych ludzi to byliśmy przekonani, że zawodnicy tej ekipy zdają sobie doskonale sprawę, jak niebezpiecznym przeciwnikiem potrafią być ‘Bankowcy’. Ci nie dość, że w poniedziałkowy wieczór byli o włos od tego, by urwać Zmieszanym punkt to na dodatek, już we wtorkowy wieczór zrobili to w meczu z brązowymi medalistami poprzedniego sezonu – drużyną Port Gdańsk. Niezależnie od tego, nadal to gracze z ulicy Kartuskiej byli faworytem starcia. Aby zrealizować swój cel, jakim było wygranie spotkania i zgarnięcie przy okazji kompletu punktów, drużyna musiała być skoncentrowana od początku do samego końca. Patrząc na wynik meczu, sztuka ta im się udała, choć ze wspomnianą wcześniej koncentracją było różnie, szczególnie na początku spotkania. Cztery pierwsze punkty ‘Bankowców’ w spotkaniu Allsix pochodziły z… zepsutej zagrywki faworyzowanej drużyny. To przyczyniło się do objęcia prowadzenia przez PKO (7-3). Mimo, że z czasem Allsix doprowadził do wyrównania to nadal psuł zagrywkę. W pewnym momencie stwierdziliśmy nawet, że szkoda nam czasu na liczenie błędów w tym aspekcie. Gracze Aleksandra Bochana ‘ogarnęli się’ dopiero w momencie, kiedy na tablicy wyników widniał wynik (14-14). Od tego momentu byli stroną dominującą i wygrali seta do 15. Drugi set rozpoczął się serią punktów PKO przy zagrywce Marcelego Kłosowskiego. Gdy dołożyliśmy do tego autowe ataki graczy Decathlonu to wynik 6-1 dla Niepokonanych nie mógł dziwić. To, co obecnie wydaje się problemem graczy z sektora bankowego to fakt, że drużyna miewa często długie przestoje. Nie inaczej było i tym razem, co chętnie wykorzystali ich przeciwnicy, którzy najpierw doprowadzili do wyrównania (7-7), by później spokojnie wygrać seta do 15. Trzeci set to z kolei pełna kontrola nad przebiegiem jego trwania przez Allsix by Decathlon. Rywale w tej partii nie mieli zbyt dużo do powiedzenia i gracze z Allsix zgarniają w spotkaniu komplet punktów.

AVOCADO friends – Omida Team 0-3 (17-21; 19-21; 15-21)

Obojętnie, jak byśmy się w zapowiedzi przedmeczowej nie gimnastykowali to nie oszukalibyśmy faktów. Te były takie, że w przekonaniu zdecydowanej większości osób interesujących się Siatkarską Ligą Trójmiasta to Omida Team była faworytem tego pojedynku. Owszem, w AVOCADO można się było doszukiwać pewnych plusów, które mogły potencjalnie zaskoczyć rywala. Wszystko to miałoby sens, gdyby drużyna miała rywalizować z FC Drzewce, a nie Omidą Team. Nie chcemy zbyt przesadnie gloryfikować drużyny ‘Logistyków’, ale we wtorkowy wieczór ci udowodnili, że ich przeciwnicy, mimo że wzmocnieni, mimo że z trenerem, zapałem i przeambitnymi zawodnikami to muszą swoje odczekać. Sukces nie przychodzi od razu. Ten jest zarezerwowany dla wytrwałych. Samo spotkanie rozpoczęło się od walki punkt za punkt. Jako pierwsi z paktu o nieagresji wyłamali się obecni mistrzowie Siatkarskiej Ligi Trójmiasta, którzy wyszli na dwupunktowe prowadzenie, które stało się po chwili dużo bardziej okazałe. Wszystko za sprawą Bartosza Plasuna, z którego zagrywką rywale mieli potężne problemy. Wypracowana kilkupunktowa przewaga wystarczyła do tego, by spokojnie dograć pierwszą odsłonę. Drugi set był dużo ciekawszym widowiskiem. Od samego początku do końca mieliśmy sytuację, w której żadna ze stron nie zdołała wypracować sobie 2-3 punktowej przewagi. W końcówce, po egzekucji przeciwnika w wykonaniu najlepszego gracza spotkania – Bartka Plasuna, Omida sięgnęła po drugi punkt. Trzeci set nie był już tak emocjonujący jak chociażby drugi. Wypracowana na początku zaliczka pozwoliła na, to by Omida wygrała tę partię do 15 i cały mecz 3-0.


Allsix by Decathlon – Team Looz 2-1 (21-19; 19-21; 21-16)

W zapowiedzi przedmeczowej jako faworyta wskazaliśmy drużynę Allsix by Decathlon. Redakcja może wam zdradzić, ze wcale co do tego typu nie była przekonana. Wszystko za sprawą kapitalnego spotkania w wykonaniu Team Looz, do którego doszło w przeddzień spotkania z Allsix. Początek meczu zdawał się potwierdzać nasze obawy. To Team Looz zdecydowanie lepiej wszedł mecz (5-0). Po chwili jednak, Decathlon zbliżył się do swojego rywala (8-7), by w mgnieniu oka ponownie pozwolić rywalom na kolejny odjazd (12-7). Jakby dotychczasowy opis był za mało zagmatwany dodamy, że i tym razem Allsix doprowadził do wyrównania (12-12). Od tego momentu set ten przestał być… dziwny. Obie drużyny zaczęły walkę punkt za punkt, jednak dwa ostatnie zdobyli gracze z Kartuskiej i to oni cieszyli się z wygrania pierwszej partii. Drugi set, podobnie jak pierwszy – lepiej rozpoczęli gracze Team Looz. Na półmetku prowadzili już (12-8) i tym razem nie dopuścili do sytuacji z pierwszego seta. Zamiast dać się rozpędzić przeciwnikom, grali konsekwentną siatkówkę i zamiast roztrwonić – powiększyli swoją przewagę (17-10) i doprowadzili do wyrównania w setach. Ostatni set zaczął się od wyrównanej walki, ale w odróżnieniu od dwóch pierwszych partii, tym razem to Allsix pierwszy wyszedł na kilkupunktowe prowadzenie, którego już nie wypuścił i wygrał spotkanie w stosunku 2-1.

Trójmiejska Strefa Szkód – EviRent VT 0-3 (13-21; 12-21; 16-21)

Mimo, że przed spotkaniem mniej więcej spodziewaliśmy się, czego można oczekiwać po meczu, to jednak łudziliśmy się, że będzie inaczej, nieco bardziej interesująco, a sam mecz będzie nieco bardziej zacięty. Nie chcemy napisać, że było nudno, ale spotkanie to dla wielu było bardzo przewidywalne. Zanim zabrzmiał jednak pierwszy gwizdek sędziego, zaległe statuetki z sezonu Jesień’20 odebrali Radosław Konieczny oraz Arkadiusz Kowalczyk. O samym meczu złośliwi mogliby powiedzieć, że to, co było w nim najciekawsze to moment, kiedy jeden z graczy z boiska nr 1 wpadł w kotarę i zniszczył statuetkę, którą kilka minut wcześniej odebrał kapitan drużyny. Króciutko o meczu. Ten zgodnie z przypuszczeniami zaczął się lepiej dla drużyny EviRent (12-5). Ich rywale – Trójmiejska Strefa Szkód popełniali sporą liczbę błędów własnych, w czym również rzecz jasna spora zasługa ich przeciwników, którzy poniekąd ich do tego zmuszali. Przy stanie 16-6 coraz poważniej zastanawialiśmy się, czy TSS zdoła ugrać w tej partii 10 punktów, co finalnie się udało. TSS obronił trzy piłki setowe i partia ta zakończyła się wynikiem 21-13. W drugim secie – o dziwo, lepiej rozpoczęli gracze Trójmiejskiej Strefy Szkód (3-1). Prowadzenie to nie trwało jednak zbyt długo, bo po chwili pełną kontrolę nad poczynaniami boiskowymi przejęła faworyzowana drużyna. Ostatecznie, w secie tym TSS zdobył jedno oczko mniej niż w pierwszej odsłonie. Najciekawiej (nie utożsamiać z tym, że było ciekawie) zrobiło się w ostatnim secie. TSS przez długi czas miał podobną liczbę punktów co ich rywal. Wtedy, kiedy było to konieczne, EviRent dokręciło śrubę i mecz z TSSem stał się historią.

Start a Conversation

Twój adres email nie zostanie opublikowany.