Matchday #30

Po trzydziestu dniach meczowych poznaliśmy mistrzów każdej z trzech lig. W elicie lata rządów Volley Gdańsk postanowili przerwać gracze Omidy Team, którzy mimo, że przegrali bezpośrednie spotkanie to jednak zapewnili sobie mistrzowski tytuł. Na zapleczu – w drugiej lidze, pewnym krokiem w kierunku drugiego miejsca zmierzają Sprężystokopytni & Kitku, którzy wygrali szóste spotkanie z rzędu z wynikiem 3-0. Zapraszamy na podsumowanie wtorkowej serii gier!

Volleyball Rebels – Sprężystokopytni & Kitku 0-3 (13-21; 10-21; 13-21)

Wspominaliśmy o tym wielokrotnie. Podczas, gdy inni faworyci w walce o podium rozgrywek tracili na przełomie sezonu punkty w spotkaniach z drużynami, w których byli zdecydowanymi faworytami to Sprężystokopytni & Kitku mógłby napisać poradnik dla innych ligowców – jak golić przeciwników 3-0. Cóż, przed spotkaniem byliśmy niemal przekonani, że właśnie taki przebieg będzie miało to starcie. Powiemy więcej, drużyna nieobecnego we wtorkowy wieczór Kacpra Goszczyńskiego pod kątem przewidywalności jest jak Piękni i Młodzi. Kiedy wydaje nam się, że ekipa wygra 3-0, oni to robią. Wtorkowa wygrana sprawia, że drużyna jest już o włos od tego, aby zająć drugie miejsce w drugiej lidze. Gdyby stało się jednak inaczej, byłoby to ogromne zaskoczenie. Wracając do meczu – ten rozpoczął się od prowadzenia S&K( 4-1). Z czasem, za sprawą świetnej gry blok-obrona, drużyna zdołała odjechać na 15-8 i kwestia wygrania tej partii była już zamknięta. Drugi set zaczął się od prowadzenia faworyzowanej drużyny w stosunku 6-2. Dość wyraźnie zarysowywała się tu różnica w ataku. Filary drużyny w tym meczu – Wojtek Kiełb oraz Michał Ryński zapewnili jej wygraną do 10. Trzeci set był niemal identyczny jak poprzednie. Volleyball Rebels nie byli w nim w stanie nawiązać równorzędnej walki, przez co rywale wygrali seta do 13, a cały mecz 3-0. Aktualnie, drużyna S&K może myśleć już o spotkaniu z DNV GL S*M*A*S*H, w którym postarają się zapewnić bezpośredni awans do elity.

Wirtualna Polska – Chilli Amigos 2-1 (21-10; 15-21; 21-15)

Podobnie, jak miało to miejsce w przypadku MiszMasz, drużyna Chilli Amigos miała potwierdzić we wtorkowy wieczór, że drugie miejsce w trzeciej lidze nie było dziełem przypadku. Jak wyszło? Cóż, bywało lepiej. Ze wszystkich dwunastu spotkań, które jak do tej pory rozegrała ekipa Chilli Amigos w obecnym sezonie, pojedynek z Wirtualną Polską był meczem, w którym zaprezentowali się najsłabiej. Jak inaczej wytłumaczyć to, że srebrni medaliści obecnego sezonu przegrywają pierwszego seta do dziesięciu z drużyną, która nie dość, że jest niżej w tabeli to na dodatek wystąpiła w zaledwie pięciu graczy? Fakt ten w ogóle ‘biało-czerwonym’ zdawał się nie przeszkadzać. W pierwszym secie ‘Wirtualni’ błyskawicznie wypracowali sobie dużą przewagę (9-2), która ustawiła seta. To, co należy podkreślić to kapitalna dyspozycja rozgrywającej – Klaudii Kuźniewskiej, która zdobyła pięć asów serwisowych. Ostatecznie pierwsza partia zakończyła się wygraną ‘Wirtualnych’ do 10. Przed drugim setem było wiadomo, że powtórzenie takiego wyniku będzie raczej niewykonalne. W partii tej Chilli Amigos zagrało w końcu na miarę swoich możliwości. Drużyna lepiej radziła sobie w zasadzie w każdym elemencie siatkarskiego rzemiosła. Mimo startu, który wskazywał że dojdzie do powtórki z pierwszej partii (9-3), tym razem drużyna zdołała odmienić losy seta. Wirtualna Polska zaliczyła taki przestój, że z wyniku 9-3 zrobiło się 10-15. Ostatecznie asem serwisowym seta zakończył Krzysztof Gasperowicz i Chilli Amigos wygrało tę partię do 15. Przed trzecim setem wydawało się, że Chilli po początkowym niepowodzeniu zdoła wygrać ostatniego seta. Nic bardziej mylnego. Mimo, że ‘Amigos’ prowadzili już 6-2 to tym razem Wirtualna Polska zdołała odwrócić losy pojedynku i wyjść na prowadzenie 13-7, którego już nie oddali i wygrali seta do 15. Wygrana ta sprawia, że Wirtualna Polska na finiszu wyprzedziła Allsix by Decathlon i zajęła wysokie czwarte miejsce. Po spotkaniu kapitan drużyny – Jędrzej Matla, żartował że czwarte miejsce było celem drużyny, ponieważ dzięki niemu unikną meczu barażowego w przypadku, gdyby znaleźli się na najniższym stopniu podium. Chilli Amigos z kolei zepsuło sobie trochę humory. Te mogą zostać poprawione, jeśli drużyna wygra spotkanie z MiszMaszem.

Volley Gdańsk – Trójmiejska Strefa Szkód 3-0 (21-18; 21-13; 21-17)

Zestawienie ze sobą obu drużyn sprawiło, że mogliśmy mówić o starych znajomych. W Siatkarskiej Lidze Trójmiasta obie ekipy mierzyły się ze sobą już szósty raz. Co ciekawe, za każdym razem wygrywała drużyna Volley Gdańsk, co przy poziomie pierwszoligowym już taką oczywistością nie jest. Kto wie, czy mecz nie potoczyłby się inaczej, gdyby nie okoliczności, przy jakich drużyny przystępowały do spotkania. Podczas, gdy dla Volley Gdańsk mecz miał być okazją do przedłużenia mistrzowskich aspiracji, tak dla Trójmiejskiej Strefy Szkód spotkania pozostawał kwestią ambicjonalną. Drużyna Dominika Błońskiego straciła bowiem szansę na podium rozgrywek, spadek im również nie groził. Niezależnie od wszystkich czynników, w takiej sytuacji trudno jest wyzwolić w sobie jakąś nadzwyczajną mobilizację. To było widać od początku meczu. Do składu wrócił co prawda Patryk Plekszun, który doznał kontuzji stawku skokowego w meczu z AVOCADO friends rozgrywanym 30 września. Zabrakło natomiast nominalnego rozgrywającego, przez co pierwszy raz w tej roli zobaczyliśmy… Dominika Błońskiego. Mimo to, Trójmiejska Strefa Szkód radziła sobie całkiem dobrze i pierwszy set był wyrównany. Volley Gdańsk miał przez większość partii dwupunktową przewagę i ostatecznie wygrał do 18. Drugi set był już pod dyktando ‘Żółto-czarnych’, którzy po chwili wyrównanej gry zdołali odjechać rywalom. Podobnie jak w pierwszym secie, i w tym atakujący Volley Marek Sanewski co rusz posyłał kiwki tuż za blok. Ponadto, w drugiej części seta TSS miał często problemy z przyjęciem zagrywki Jakuba Roszyka, po której piłka wracała na stronę Volley Gdańsk, a co było dalej, każdy może się domyślić. Ostatecznie partia ta zakończyła się wynikiem 21-13 dla VG. Trzeci set zaczął się od prowadzenia Volley 10-6. Po stronie ‘Trójmiejskich’ brakowało trochę siły ataku. Drużyna miała problemy z wykończeniem akcji, przez co różnica punktowa zamiast topnieć, co chwilę się powiększała (18-12). Finalnie, TSS zdołał nadgonić w końcówce kilka punktów, ale było to za mało żeby ugrać choć seta z wciąż aktualnym mistrzem Siatkarskiej Ligi Trójmiasta.

Oliwa Team – Epo-Project 1-2 (21-17; 13-21; 15-21)

Przed meczem przewidywaliśmy, że Epo-Project wygra spotkanie w stosunku 3-0. Za takim typem przemawiało kilka rzeczy. Pierwsza z nich to świetna forma, którą osiągnęli w ostatnim czasie gracze z Żukowa. Druga sprawa to fakt, że Epo-Project mimo zapewnionego utrzymania nie wyglądała na drużynę, która mogłaby się z kimkolwiek układać. Trzecia sprawa to chęć udowodnienia, że słabszy początek sezonu to wypadek przy pracy. Pisząc to wszystko w zapowiedzi zapomnieliśmy o bardzo ważnej rzeczy. Oliwa, jeśli już przegrywała w tym sezonie to zazwyczaj zdobywała choć jeden punkt. Licząc wtorkowe spotkanie z Epo, sytuacja taka miała miejsce aż w siedmiu spotkaniach. Dzięki temu, to właśnie Oliwa jest bliższa tego, aby utrzymać się w lidze. O tym zdecyduje oczywiście ostatni mecz przeciwko AVOCADO  friends, ale uważamy, że drużyna Dawida Karpińskiego powinna wtorkową zdobycz szanować. Jedyny punkt we wtorkowy wieczór drużyna zdobyła na początku – w pierwszym secie. Po dość wyrównanym początku, z czasem zarysowywała się przewaga ‘Oliwiaków’, którzy wyszli na prowadzenie 9-6; 12-7 czy 17-12. O tym, że set zakończył się takim, a nie innym wynikiem, zadecydowała liczba błędów popełnianych przez graczy z Żukowa. Seta najlepiej podsumował Damian Kolka słowami: ‘to jest kur*a dramat panowie’. Cóż, aż tak fatalnie nie było, ale powodów do optymizmu po pierwszej partii próżno było szukać. Te przyszły dopiero w drugim secie, w którym zobaczyliśmy odmienioną ekipę w zielonych koszulkach. Epo wyszło w nim szybko na prowadzenie 8-4, które ustawiło dalszy przebieg rywalizacji. Ostatecznie, przy dobrej grze graczy z Żukowa, ‘Oliwiacy’ pozostawali bezradni i Epo-Project wygrało tę partię do 13. Ostatni set był wyrównany do stanu 13-13. Po chwili asem serwisowym popisał się jednak Miłosz Szymczak, którego do tej pory we wszystkich spotkaniach widzieliśmy na pozycji libero. Po nim przyszło jeszcze kilka, między innymi Michała Butowskiego, po którym Epo odjechało na dobre i ostatecznie wygrało tę partię do 15.

Omida Team – Volley Gdańsk 1-2 (10-21; 21-18; 15-21)

Volley Gdańsk przystępowało do spotkania z Omidą ze stratą nie sześciu, a zaledwie trzech oczek. Dodatkowo, w małych punktach tracili do Tufi już nie 35, a 20 oczek, co sprawiało, że drużyna miała prawo myśleć, że dokonają największego come-backu w historii Siatkarskiej Ligi Trójmiasta. Jakby tego było mało, w pierwszym secie wyszli niezwykle zdeterminowani i pewni siebie, co sprawiło, że drużyna prezentowała się znacznie lepiej od Omidy. Nie wiemy, czy wpływ na taką dyspozycję Konrada Gawrewicza miała ogromna presja, ale w grze ‘Logistyków’ ewidentnie coś się nie kleiło. Jako tako, gra Omidy wyglądała do stanu 11-9. Od tej chwili Volley zdobyło dziesięć punktów przy zaledwie jednym punkcie zdobytym przez graczy Omidy. Wynik pierwszego seta to 21-10 dla Volley. Oznaczało to mniej więcej tyle, że drużynie do mistrzostwa brakuje dwóch wygranych setów, przy jednoczesnym ‘zadbaniu’ o małe punkty. Mimo, że drugiego seta Volley zaczął mocniej (3-1), to z minuty na minutę gracze Omidy przypomnieli sobie, że bądź co bądź, ale to oni przez większość sezonu byli niepokonaną drużyną. Bardzo istotne znaczenie dla przebiegu meczu miał przestój Volley. Drużyna prowadziła już 10-7, by po chwili na tablicy wyników pojawiło się 13-10 dla Omidy. W wypracowaniu tej przewagi pomogły rewelacyjne ataki Dmytro Moroziuka i zagrywka Łukasza Wiktorko. Trzy-czteropunktowa przewaga utrzymywała się do samego końca seta, którego Omida wygrała 21-18. Konsekwencje tego były takie, że Omida zapewniła sobie tym samym mistrzowski tytuł i jednocześnie sprawiła, że Volley Gdańsk po trzech sezonach dominacji musiał zadowolić się trzecim miejscem. Trzeci set dla układu tabeli nie miał już żadnego znaczenia. Partię tę wygrali gracze Volley Gdańsk do 15, lecz była to dla nich radość podobna do tej, kiedy pod choinką zamiast wymarzonego prezentu dostaliby skarpetki.  

Volleyball Rebels – ACTIVNI Gdańsk 1-2 (18-21; 21-14; 15-21)

Do utrzymania w drugiej lidze drużyna ACTIVNYCH Gdańsk potrzebowała zaledwie jednego punktu. Plan swój zrealizowała już w pierwszym secie, kiedy ograła rywali do 18. Oczywiście w secie tym nie zabrakło emocji i, co już jest pewną normą w przypadku spotkań ACTIVNYCH – kontrowersji sędziowskich. Zacznijmy jednak od początku. To ACTIVNI zaczęli lepiej pierwszą partię (10-3). Ich rywale musieli do tego czasu skorzystać z dwóch przerw. O ile pierwsza, przy stanie 7-3 nie przyniosła oczekiwanego skutku to druga na coś się jednak przydała. Rebelsi zaczęli nadrabiać zaległości po przespanym początku. Szło im to na tyle dobrze, że doprowadzili do stanu 13-14 i walki punkt za punkt. W tym momencie doszło do wspomnianych wcześniej emocji, których na boisku numer trzy nie brakowało. Być może sytuacja ta wpłynęła negatywnie na obie drużyny, bowiem końcówka seta nie zachwyciła. Obie drużyny popełniały sporo błędów, czy to w komunikacji, czy teoretycznie łatwych piłkach, o zagrywce nie wspominając. Z tej końcówki zrodziła się jednak wygrana ACTIVNYCH do 18, co jak zaznaczyliśmy na wstępie sprawiło, że drużyna osiągnęła swój cel. W drugim secie ACTIVNI prowadzili 8-6, jednak po chwili ‘Rebelsi’ zdołali odwrócić losy seta po dobrej zagrywce Grzegorza Myślińskiego. W ogóle – w partii tej czy to na przyjęciu, czy w obronie to drużyna Dawida Byczkowskiego prezentowała się znacznie lepiej i uważamy, że miało to kluczowe znaczenie dla wyniku seta 21-14. Do połowy trzeciego seta wydawało się, że to właśnie ta partia będzie najciekawsza i najbardziej wyrównana. Taki stan rzeczy trwał do drugiej połowy odsłony. Przy stanie 13-12 dla ACTIVNYCH drużyna Artura Kurkowskiego złapała wiatr w żagle i zdołała odjechać swoim rywalom, wygrywając do 15. Przed ‘Rebelsami’ w czwartek – mecz o życie.

Start a Conversation

Twój adres email nie zostanie opublikowany.