Matchday #29

Kilka tygodni temu zastanawialiśmy się, która z drużyn jako pierwsza przegra spotkanie. Mowa tu o liderach pierwszej, drugiej oraz trzeciej ligi. W poniedziałkowy wieczór każda z tych ekip miała okazję do wygrania kolejnego spotkania. Z zadania wywiązała się tylko drużyna Pięknych i Młodych, która zakończyła ligę z kompletem zwycięstw, a na dodatek bez straty seta. O ile porażka MiszMasz finalnie i tak zapewniła im mistrzostwo, tak w pierwszej lidze będzie się jeszcze działo. Zapraszamy na podsumowanie poniedziałkowej serii gier!

Speednet – AVOCADO friends 0-3 (16-21; 19-21; 13-21)

Time to say goodbye. Mimo, że kapitalny, to jednak utwór ten kojarzy się dość przykro. Niestety dla drużyny Speednetu piosenka ta przypomina o tym, że po czterech edycjach w Siatkarskiej Lidze Trójmiasta, drużyna ‘Programistów’ żegna się z elitą. Nie jest tak, że drużyna nie miała szans na zażegnanie kryzysu. Nie jest też tak, że drużyny, które rywalizowały z ‘Programistami’ na przestrzeni kilku sezonów były poza zasięgiem. Z czasem coś się jednak popsuło i zespół spada do drugiej ligi. Co ważne, sytuacja ‘Programistów’ bardzo mocno przypomina casus Straży Pożarnej, która dwa sezony temu wygrała w meczu barażowym, by w kolejnym sezonie spaść do drugiej ligi. Speednet? Wygrana w barażu z Team Spontan, by w kolejnej edycji spaść do niższej klasy rozgrywkowej. Mamy nadzieję, że tym razem nie będzie podobnie jak miało to miejsce w Straży Pożarnej, która po spadku nie zdołała się zebrać, by wystąpić w kolejnym sezonie. Sam mecz przebiegał pod dyktando AVOCADO. Nie był to bynajmniej jakiś super jednostronny pojedynek, ale trzeba przyznać, że wygrała drużyna lepsza. W pierwszej partii Speednet nie potrafił wykorzystać faktu, że prowadzili 14-12. Po chwili zanotowali przestój, który ich rywale świetnie wykorzystali. Drugi set przez większość jego trwania to dwupunktowa przewaga ‘Wegan’. To, co można było dostrzec to poziom emocji, na który wskoczyli gracze w czarnych koszulkach. Drużyna AVOCADO, co tu dużo mówić, była po prostu uskrzydlona własnym dopingiem. Ostatecznie, po bloku Marcina Makurata drużyna Wegan wygrała tę partię do 19. W trzecim secie ze Speednetu uszło już powietrze. Efekt tego był taki, że ‘Weganie’ spokojnie wygrali tego seta i mogą przygotowywać się do meczu sezonu z Oliwą.

Allsix by Decathlon – Port Gdańsk 2-1 (21-18; 19-21; 21-18)

W zapowiedzi przedmeczowej napisaliśmy kilka proroczych zdań. Pierwsze z nich dotyczyło tego, że Allsix by Decathlon będzie bez wątpienia bardzo zmotywowany. Gdyby ekipa wygrała dwa spotkania za komplet punktów…. Ok, nie będziemy się powtarzać. Przyznamy Wam szczerze, że nie sądziliśmy, że taki scenariusz jest realny. Nie wynikało to bynajmniej z tego, że nie wierzyliśmy w graczy Rafała Liszewskiego. Po prostu uznaliśmy, że drużyny z grupy mistrzowskiej trzeciej ligi prezentują tak wysoki i wyrównany poziom, że najprawdopodobniej dojdzie do jakiegoś podziału punktów. To właśnie ta druga rzecz, o której pisaliśmy. Podział punktów w spotkaniach pomiędzy drużynami to normalka. Jest równie zaskakujący jak to, że po nocy mamy dzień, że Marcin Najman przegra pojedynek lub swego czasu Tomek Adamek ogłosi czterdziestą siódmą pożegnalną walkę. Oczywiście nie inaczej było w poniedziałek, kiedy Allsix wygrał spotkanie 2-1. W pierwszym secie wydawało się, że to ‘Portowcy’ wygrają. Dzięki dobrej zagrywce prowadzili już 5-1, a następnie, a jakże – po serii zagrywek (15-10). Tym razem nie sprawdziła się jednak zasada – ‘zagrywasz – wygrywasz’ i po dłuższym przestoju to Decathlon wyszedł na prowadzenie i wygrał seta do 18. Drugi set stał na dużo wyższym poziomie. Do stanu 13-13 mieliśmy akcję za akcję, ale z czasem długie wymiany na swoją korzyść rozstrzygali ‘Portowcy’, którzy prowadzili 18-14 i 20-15. Gdy wydawało się, że zaraz drużyny zmienią strony, niespodziewanie Allsix zaczął gonić. Przy stanie 20-19 dla Portu, dobrze dysponowany w ataku Aleksander Bochan został zablokowany i w setach mieliśmy remis 1-1. Po wyrównanym początku, drugą cześć ostatniego seta lepiej zagrali gracze Allsix, którzy wyszli na prowadzenie 18-14, by następnie wygrać 21-18.

Bombardierzy – Team Looz 2-1 (21-19; 16-21; 21-16)

Przedostatnim rywalem Bombardierów w sezonie Jesień’20 była drużyna Team Looz, dla której było to ostatnie starcie ligowe w tym roku. W szeregach obu drużyn zabrakło w poniedziałkowy wieczór etatowych graczy. W Bombardierach zabrakło kapitana – Dawida Piankowskiego, natomiast w Team Looz Bartka Szcześniaka. Z drugiej strony, do Team Looz dołączył gracz, którego nie mieliśmy okazji w ostatnim czasie oglądać – Łukasz Grabka. W magazynach czy podsumowaniach meczowych dość często chwaliliśmy tego zawodnika. Ostatnio pokusiliśmy się nawet o tezę, że słabsze wyniki w grupie B nie są spowodowane tylko tym, że drużynie trudno wykrzesać pokłady energii. To właśnie absencję rozgrywającego drużyny wskazaliśmy jako poważny czynnik mający wpływ na dyspozycję drużyny. Czy ta teza po spotkaniu się broni? Cóż, ciężko wyciągnąć daleko idące wnioski, ponieważ Team Looz rywalizował w poniedziałkowy wieczór z Bombardierami, którzy są w ostatnim czasie w świetnej dyspozycji. Pół żartem, pół serio (tylko żartem) napiszemy, że nawet gdyby chodziło tu o Marcina Janusza, efekt prawdopodobnie byłby ten sam. Sam mecz był niezłym widowiskiem. Najciekawszą partią była ta inauguracyjna. Losy rywalizacji nie były znane do samej końcówki, w której lepiej zaprezentowali się Bombardierzy. Drugi set to udany rewanż wzięty przez lidera grupy ‘B’. Do pewnego momentu set ten był wyrównany, ale przy stanie 16-14 Team Looz dołożyło dwa oczka i czteropunktowa przewaga na finiszu seta okazała się zbyt duża do odrobienia przez rywali. Trzeci set zaczął się wyśmienicie dla Bombardierów (7-0; 11-3). Mimo gorszej dalszej części seta, tego naprawdę nie dało się zepsuć.

Omida Team – Tufi Team 1-2 (23-25; 22-20; 10-21)

Przyznamy szczerze, że brakuje nam słów po tym, co zobaczyliśmy. Jesteśmy tak rozemocjonowani, że prosimy Was o wybaczenie nam, jeśli uznacie, że ten tekst był bardziej żałosny od wszystkich wcześniejszych razem wziętych. Zacznijmy od początku. Do tego, aby Omida Team wygrała ligę, drużynie Konrada Gawrewicza wystarczyły dwa punkty. Dużo i niedużo. Z jednej strony zespół wygrał wszystkie dotychczasowe spotkania i gdyby wygrał z Tufi to w momencie czytania tego tekstu zawodnicy leczyliby kaca. Z drugiej strony, po przeciwnej stronie siatki mieli Tufi Team. Skurczybyków, którzy niczym walec przejeżdżali się po kolejnych rywalach, z Trójmiejską Strefą Szkód i Volley Gdańsk na czele. Pierwszy set był w całości bardzo wyrównany i z niecierpliwością wypatrywaliśmy finiszu. Końca, w którym stało się to, co z dużą dozą prawdopodobieństwa zadecyduje o ostatecznym kształcie podium rozgrywek.  Podczas gry na przewagi atakujący Omidy – Wojtek Ingielewicz przyznał się do dotknięcia piłki w bloku. Co ciekawe, miało to miejsce tuż po tym, kiedy sędzia prowadząca spotkanie przyznała im punkt, co oznaczało, że to właśnie ‘Logistycy’ wygrali pierwszą partię. Czujecie w ogóle ciężar gatunkowy tej decyzji? Gdyby pozostałe sety zakończyły się takim wynikiem, jak miało to miejsce w poniedziałkowy wieczór, a Wojtek nie wykazałby się najwyższą z możliwych postaw fair play to Omida byłaby już mistrzem. Gracze i kibice Omidy mają bez wątpienia ambiwalentne uczucia. Podobne dylematy, czy decyzja była dobra czy zła, miały ostatnio miejsce chyba wtedy, kiedy Mojżesz zatopił Egipcjan, którzy gonili uciekających Izraelczyków. Ta decyzja jest w teorii odbierana jako dobra, aczkolwiek wiele osób ma z tym problem. Ok, wiemy już, że Tufi Team wygrało pierwszego seta. W drugim również nie zabrakło emocji. Ponownie mieliśmy grę na przewagi, którą na swoją korzyść zakończyła Omida. To, co wydarzyło się w trzecim secie było istnym horrorem dla drużyny Omidy. Na początku najsprawiedliwszy gracz tej ligi – Wojtek Ingielewicz, a jakże – przyznał się do dotknięcia piłki, po czym sędzia słusznie przyznała punkt rywalom. Ci, dość szybko wypracowali sobie przewagę, którą sukcesywnie powiększali. Ostatecznie stłukli swojego rywala do 10. Co ważne, jeśli we wtorek Volley Gdańsk wygra dwa spotkania po 3-0 to wszystkie trzy drużyny będą miały taką samą liczbę punktów. Ponadto, mimo że Tufi znajduje się obecnie na drugim miejscu to sytuacja ta może się jeszcze zmienić i to oni mogą ostatecznie wygrać. Czy ktoś mógłby wymyślić bardziej emocjonujące zakończenie sezonu?

Allsix by Decathlon – Wirtualna Polska 1-2 (18-21; 18-21; 21-16)

Przystępując do spotkania, obie drużyny miały świadomość tego, że myśl o historycznym dla siebie podium w rozgrywkach Siatkarskiej Ligi Trójmiasta muszą odłożyć minimum do sezonu Wiosna’21. Mimo to, drużynom nie przeszkodziło to w stworzeniu naprawdę ciekawego widowiska. Co istotne – obie ekipy walczą o czwarte miejsce w grupie mistrzowskiej, które oznaczałoby zajęcie najwyższego miejsca od momentu, kiedy wystartowały w SL3. Pierwszy set rozpoczął się od mocnego początku Allsix by Decathlon, którzy wyszli na prowadzenie 7-2. Po kiepskim początku gracze  w ‘biało-czerwonych’ barwach zmuszeni byli wziąć czas, po którym w ich grze coś ewidentnie zaskoczyło. Konsekwentnie odrabiana strata sprawiła, że w drugiej połowie seta drużyna po raz pierwszy wyszła na prowadzenie (14-13) i ostatecznie, po wyrównanej końcówce, zdołali wyszarpać zwycięstwo w tej partii. Drugi set był jeszcze bardziej emocjonujący. Poza aspektami czysto sportowymi nie brakowało emocji po decyzjach sędziowskich. Pani sędzia co rusz musiała przywoływać do porządku raz jedną, raz drugą drużynę. Patrząc na poczynania boiskowe to do stanu 15-15 mieliśmy punkt za punkt, ale końcówka ponownie należała do ‘Wirtualnych’. Trzeci set przypominał pod wieloma względami pierwszą partię. Tu również Decathlon wyszedł na prowadzenie 7-2. Ponadto, podobnie jak wtedy i w tym Wirtualna Polska zdołała dogonić swoich rywali (13-12). To, co się różniło to końcówka tych setów. Tym razem Allsix by Decathlon wygrał set,a dzięki czemu znajdują się obecnie na czwartym miejscu w tabeli.

Port Gdańsk – MiszMasz 2-1 (12-21; 21-14; 21-17)

Ten mecz miał być postawieniem kropki nad ‘i’. Wisienką na torcie. Kolejnym dniem w biurze. Strzeleniem piłki do pustej bramki. Przełączeniem telewizora. Do diaska! Ten mecz miał być formalnością. Nie był. Z drugiej strony, zastanawiamy się, czy w drużynie MiszMaszu nie zadziałał pierwiastek minimalizmu. Drużyna Andrzeja Tararuja wygrywając pierwszego seta zapewniła sobie mistrzostwo trzeciej ligi. Czy w jakiś sposób zdeterminowało to dalsze poczynania boiskowe? O tym, że drużyna MiszMasz potrafi grać przekonaliśmy się już na początku meczu, w którym M&M prowadzili już 4-1. Ta trzypunktowa przewaga utrzymywała się do stanu 11-14. Później lider trzeciej ligi włączył drugi bieg, na co ‘Portowcy’ nie zdołali odpowiedzieć. Set zakończył się wygraną faworyzowanej drużyny do 12. Drugi set był wyrównany do stanu 5-5. Od tego momentu w szeregach drużyny MiszMasz zapanowała niemoc w ataku, która sprawiła, że ekipa miała problemy z wykończeniem akcji. Wypracowana przez ‘Portowców’ przewaga 4-5 punktów utrzymywała się przez większość seta i drużyna z doków wygrała go do 14. Przed trzecim setem zastanawialiśmy się, czy nadszedł dzień, w którym MiszMasz zazna goryczy porażki. Na to drużyna Arkadiusza Sojko odpowiedziała mocnym początkiem 8-4, po którym ich rywale musieli wziąć czas. Ten na krótszą metę pomógł, bo na tablicy wyników pojawiło się 13-12. Mimo, że rywale podgonili to finalnie ‘Portowcy’ zdołali wygrać tego seta do 17, a całe spotkanie 2-1. Niezależnie od tego, MiszMasz mógł cieszyć się z wygranej w lidze, co koniec końców było celem nadrzędnym.

Speednet 2 – Niepokonani PKO Bank Polski 0-3 (16-21; 10-21; 15-21)

Jeszcze dwa miesiące temu, a konkretnie 8 września czyli dzień po porażce Niepokonanych PKO Bank Polski ze Speednetem nie sądziliśmy, że drużyna może przejść taką metamorfozę. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ekipa, która przegrała dziewięć spotkań z rzędu w lidze nagle pokonuje wszystkich rywali w grupie B. To doprawdy niesamowite. Musimy Wam się do czegoś przyznać. Zaczynamy podejrzewać, że ‘Bankowcy’ poznali tajną recepturę na gumisiowy sok, dzięki któremu ich możliwości znacząco wzrosły. Obecnie drużyna Joanny Drewczyńskiej może żałować tego, że sezon dobiegł końca. Słowa piosenki Ryśka Riedla są obecnie bardzo trafne. Gdyby istniał wehikuł czasu to z pewnością byśmy z niego skorzystali i sprawdzili, jak potoczyłyby się losy ‘Bankowców’ w aktualnej dyspozycji. Nie ma się co jednak łudzić. Gdyby takowy kiedyś powstał, już dawno poznalibyśmy przybyszów z przyszłości. Obecnie ‘Bankowcy’ mogą przenieść się myślami w przyszłość i snuć marzenia o jeszcze większej liczbie wygranych w kolejnym sezonie. Sam mecz ze Speednetem 2 przebiegał dokładnie pod dyktando drużyny w białych koszulkach.  Speednet, mimo, że wygrał poprzednie bezpośrednie spotkanie, tym razem okazał się bezbronny i nie był w stanie przeciwstawić się dobrze dysponowanym rywalom. Wyniki setów do 16, 10 oraz 15 tylko to potwierdzają.

Dream Volley – Piękni i Młodzi 0-3 (16-21; 15-21; 14-21)

Nie będzie to typowy opis meczu. Skupimy się raczej na mini podsumowaniu sezonu drużyny Pięknych i Młodych. To, czego dokonała ekipa Radosława Koniecznego to jakiś kosmos. Stan po trzynastu spotkaniach to trzynaście wygranych. Stosunek setów: 39 zdobytych, 0 straconych. Dodatkowo, drużyna grała w tym sezonie spotkania z SV INVICTA, która ostatecznie nie dograła sezonu. Jak zakończyło się tamto spotkanie? A jakże, 3-0! Najlepsze w tym wszystkim jest to, że obecnie nie widzimy sufitu drużyny. Nie jest tak, że myślimy sobie: nie no, w pierwszej lidze to im dopiero pokażą. Jest wręcz odwrotnie. Myślimy, że drużyna jest w stanie śrubować swój rekord nawet w pierwszej lidze, nawet z dużo silniejszymi rywalami. Sylwia Grzeszczak śpiewała o tym, że ‘niech nasza bajka trwa’. Uważamy, że ta ‘bajka’ w przypadku Pięknych może trwać jeszcze wiele odcinków. Słówko o Dream Volley? Cóż, przegrać z takim rywalem to nie wstyd. Nie ma się co oszukiwać – drużyna Pięknych i Młodych była poza zasięgiem całej ligowej stawki. Na ten mecz trzeba było po prostu wyjść i wyłapać prosto w karczycho. Przeciwko ekipie ‘Granatowych’ większość ligowej stawki walczyła raczej o to, żeby przez Redakcję nie została odświeżona legendarna okładka faktu (wstyd, żenada, kompromitacja, hańba, frajerstwo, nie wracajcie do domu). W przypadku drużyny Dream Volley absolutnie tak nie było. Uważamy, że zaprezentowali niezłą siatkówkę, ale gra się tak, jak przeciwnik na to pozwala. Przed drużyną Dream Volley najważniejszy mecz sezonu przeciwko drużynie BES-BLUM Nieloty.

Start a Conversation

Twój adres email nie zostanie opublikowany.