Matchday #18

Poniedziałek był pierwszym dniem meczowym po podziale drugiej ligi na grupę mistrzowską i spadkową. Dziesiąte zwycięstwo z rzędu w lidze odniosła drużyna AVOCADO friends, która pewnym krokiem zmierza w kierunku elity. W trzeciej lidze o sporym rozczarowaniu mogą mówić gracze Portu Gdańskiego, którzy na sześć możliwych punktów zdobyli zaledwie trzy. Jeśli chodzi o elitę to największym zaskoczeniem okazała się wygrana Prototype Volleyball nad Epo-Project. Wygrana sprawia, że widmo spadku coraz bardziej oddala się od ‘Transformersów’, co z kolei martwi pozostałe drużyny – ze Strażą Pożarną na czele.

3city4students – Zmieszani 1-2 (14-21; 16-21; 21-18)

Już przed spotkaniem wiadomo było, że drużyna Zmieszanych ma zapewnione utrzymanie w drugiej lidze. Owszem, wiemy, że pocieszenie to było dla nich dokładnie takie samel jak dla osoby, która po wybuchu petardy straciła zaledwie trzy palce zamiast pięciu. Dla Zmieszanych gra w grupie spadkowej to coś, czego gracze Edyty Woźny nie wyobrażali sobie w najczarniejszych snach. Niestety, i te się czasem spełniają i zobaczyliśmy doświadczoną ekipę w zupełnie innych okolicznościach niż te, do których się przyzwyczailiśmy. Drużyna Zmieszanych zawsze grała o stawkę, a tym razem mecz przeciwko ‘Studentom’ był jakby treningowy. Owszem, drużyna chciała wygrać, ale mówiąc najdelikatniej nie czuliśmy, że byliby oni zdolni umrzeć za trzy punkty. Mimo to, w pierwszym i drugim secie byli stroną przeważającą. Szybko wypracowana kilkupunktowa przewaga była wystarczająca do tego, aby trzymać ‘Studentów’ na dystans. Pierwszy set padł łupem Zmieszanych do czternastu, a drugi do szesnastu. Już drugi set zwiastował, że w trzecim może dojść do niespodzianki. Tak też się faktycznie stało. Do połowy ostatniej odsłony gra była wyrównana. Z czasem, delikatną przewagę uzyskali dobrze grający ‘Studenci’ i nie roztrwonili jej już do końca. Punkt na wagę jednego punktu zdobył blokiem Andrzej Pikor. To z kolei sprawiło, że 3city4students zrównało się punktami z drużyną Mental Block i rywalizacja o pozostanie w lidze nabiera na finiszu rumieńców.

Port Gdańsk – Chilli Amigos 1-2 (21-15; 22-24; 16-21)

Nawet najlepsze plany, opracowania, kreślone scenariusze mają to do siebie, że zazwyczaj guzik z nich wychodzi. To oczywiście najdelikatniejsze określenie, które znaleźliśmy w swojej głowie. Drużyna Portu Gdańskiego miała plan w poniedziałkowy wieczór sięgnąć po komplet sześciu punktów. Pomysł ten nie wydawał się nierealny. Portowcy musieli w poniedziałkowy wieczór stawić czoła dokładnie tym samym drużynom, z którymi rywalizowali 8 czerwca. Wtedy ‘Granatowi’ wygrali dwa spotkania w stosunku 2-1. Tym razem miało być inaczej i ekipa celowała w dwie wygrane za trzy punkty. Początek meczu wskazywał na to, że wszystko idzie zgodnie z planem. Drużyna Portu szybko wypracowała przewagę, którą konsekwentnie powiększała. Ostatecznie wygrali seta do 15. Kto wie, jak potoczyłyby się losy ‘Portowców’, gdyby nie końcówka drugiego starcia. Środkowy set od początku był bardzo wyrównany, a drużyny walczyły ‘łeb w łeb’. Zwycięsko po walce na przewagi wyszła drużyna Grzegorza Walukiewicza – Chilli Amigos. O wygranej musiał zadecydować trzeci set. Chilli Amigos zaprezentowali się w nim dojrzalej od rywali. W ciągu całego seta wyglądali lepiej od swojego przeciwnika w obronie, a gdy dołożymy do tego mniejszą liczbę błędów własnych to mamy gotową receptę na sukces. Ostatecznie set kończy się wygraną Chilli 21-16, a cały mecz 2-1. Tym samym ‘Papryczki’ biorą udany rewanż za spotkanie sprzed trzech tygodni, kiedy to musiały uznać wyższość rywala.  Forma, którą osiągnęli pod koniec sezonu jest naprawdę imponująca.

AVOCADO friends – Oliwa Team 2-1 (21-14; 10-21; 21-18)

W podsumowaniu pierwszego meczu oraz zapowiedzi poniedziałkowego spotkania obu drużyn pisaliśmy, że chyba żadna inna drużyna nie sprawiła AVOCADO friends tylu problemów, co ekipa Oliwy. Przechodząc do sedna – nie inaczej było tym razem. O tym jednak za chwilę. Wróćmy do początku. Na długo przed pierwszym gwizdkiem, pod halą spotkali się ze sobą kapitanowie drużyn Agnieszka Pasternak oraz Arkadiusz Kozłowski. Treść ich rozmów pozostaje oczywiście tajemnicą, ale już pierwszy set pokazał, że gdy w grę wchodzą punkty, koleżeństwo schodzi na dalszy plan. Lepiej w mecz weszli ‘Weganie’,  którzy między innymi dzięki świetnej dyspozycji Patryka Okulewicza, szybko wyszli na prowadzenie 10-5. Mimo, że gracze Arkadiusza Kozłowskiego to jedna z najmłodszych drużyn w lidze to doświadczenia i cwaniactwa boiskowego mogą im pozazdrościć pozostałe ekipy. Owo doświadczenie zaprocentowało i AVOCADO nie roztrwoniło przewagi tylko spokojnie wygrało pierwszego seta do czternastu. Drugi set wyglądał już zgoła inaczej i to Oliwiacy kontrolowali jego przebieg. Na początku tej partii dobrze na zagrywce spisywał się ten, który dołączył do drużyny jako ostatni – Filip Pastuszak. Ponadto, po chwili dołączył do niego Rafał Artymiuk i trzeba przyznać, że ‘Weganie’ z przyjęciem zagrywki mieli potężne problemy. Nawet jeśli Oliwa nie zdobywała punktu bezpośrednio z zagrywki to bardzo często odrzucała nią od siatki rywali, dzięki czemu Ci, kilkukrotnie nadziali się na blok Tomasza Kowalewskiego. Tak naoliwiona maszyna wygrała seta z AVOCADO do dziesięciu. Jakież te dwie partie były podobne do pierwszego spotkania. To, że oba sety zostały wygrane z dużą przewagą punktową było zwiastunem tego, że trzecia parti, podobnie jak dwa tygodnie temu, będzie wyrównana. Trzecią odsłonę lepiej zaczeli ‘Weganie’, którzy wyszli na prowadzenie 6-1. Po chwili jednak Oliwa zdołała się obudzić i do końca seta mieliśmy wyrównaną grę z obu stron. Ostatecznie, więcej zimnej krwi zachowali gracze AVOCADO, dzięki czemu cieszą się z dziesiątej wygranej w lidze i są już naprawdę bardzo blisko tego, aby wygrać drugą ligę. W poniedziałek powiększyli przewagę punktową nad jednym z rywali, który o zwycięstwie w lidze może już w zasadzie zapomnieć.   

DCT Gdańsk – Range Soft VT 1-2 (21-16; 11-21; 15-21)

Nie ma się co oszukiwać. Drużyna DTC Gdańsk była w tym spotkaniu skazana na porażkę. Ekipa z ulicy Kontenerowej musiała się zmierzyć z pierwszą siłą trzeciej ligi – drużyną Range Soft VT. Zadania bez wątpienia nie ułatwiał fakt, że drużyna ‘Żółto-czarnych’ potrzebowała kompletu punktów do tego, aby zbliżyć się do upragnionego awansu. Dodatkowo, Range Soft posiadał przewagę psychologiczną wynikającą z faktu, że 26 maja dość gładko ograli swojego rywala. Gdybyśmy mieli podać kolejnych sto dwadzieścia powodów, dla których można było sądzić, że mecz zakończy się wynikiem 3-0 dla Range Soft to prawdopodobnie nie mielibyśmy z tym problemu. Oczywiście zespół DCT Gdańsk – nie po raz pierwszy w tym sezonie, postanowił w pierwszym secie zakpić z logiki. Od początku bardzo dobre spotkanie rozgrywali Piotr Kochanowski oraz Adam Piotrowski, którzy sprawiali sporo problemów swoim rywalom. Mimo, że pierwsza część seta była w miarę wyrównana to z czasem DCT Gdańsk zdołało sobie wypracować przewagę i wygrać tę partię do szesnastu. Kolejna odsłona nie była już tak widowiskowa i wyrównana. W niej ‘swoje’ zaczęli grać obecni liderzy rozgrywek. ‘Kontenerowcy’ zupełnie nie radzili sobie z zagrywką Selvema Bavidhrama czy atakami Rafała Środy lub Krzysztofa Fryzy. Ostatecznie Range Soft wygrało tę odsłonę do jedenastu. Trzeci set zaczął się lepiej dla ligowych ‘Stranieri’. Z czasem drużyna DCT zdołała złapać kontakt dzięki trzem asom serwisowym Adama Piotrowskiego. To było jednak za mało, aby myśleć o pokonaniu lidera rozgrywek. Mimo, że z problemami, ale Range wygrywa dziesiąte spotkanie w lidze.

Wirtualna Polska – Speednet 2 2-1 (21-12; 19-21; 21-12)

Do momentu rozpoczęcia meczu drużyna ‘Różowych’ miała na swoim koncie jedno oczko w dziesięciu spotkaniach. Ten jeden punkt udało im się zdobyć 4 czerwca, właśnie przeciwko Wirtualnej Polsce. Już wtedy Piotr Grodzki zapowiadał, że planem drużyny na ten sezon jest zdobycie minimum jeszcze jednego punktu. W kolejnych sześciu meczach ‘Programiści’ schodzili jednak z parkietu po przegranych w stosunku 0-3 i choć czasami było blisko to jednak sztuka ta się nie udawała. Po pierwszym secie poniedziałkowego pojedynku wydawało nam się, że o powtórzenie wyniku sprzed trzech tygodni będzie bardzo trudno. ‘Wirtualni’, pomimo braku dobrze dysponowanego w ostatnim czasie Michała Doroza, zaprezentowali dużo lepszą, a przede wszystkim dojrzalszą siatkówkę od swoich rywali i w pełni zasłużenie wygrali seta do dwunastu. Na początku tej partii ‘Programiści’ mieli spory problem z zagrywką Klaudii Kuźniewskiej. Mimo to humory zdawały się ich nie opuszczać i z każdą kolejną upływającą minutą Ci zaskakiwali nas coraz bardziej. Na początku drugiego seta zawodnicy przebywający na ławce rezerwowych ‘Programistów’ postanowili dopingować kolegów w dość niekonwencjonalny sposób. Aby wesprzeć swoich graczy zaczęli grać na…bębnie, który na co dzień służy jako kosz na śmieci. Jeśli coś jest z pozoru głupie, ale działa to czemu tego nie kontynuować? Odgłosy dochodzące z boiska numer trzy były dla graczy z ‘jedynki’ i ‘dwójki’ równie zastanawiające co charakterystyczne dźwięki z filmu ‘Jumanji’. Dobijając jednak do brzegu, drużyna ‘Programistów’ prezentowała się w tej partii bardzo dobrze. To, co jednak było doskonałe wśród dwóch ekip to postawa fair play. Na początku seta kapitan ‘Biało-czerwonych’ przyznał się, że atak jednego z graczy ‘Różowych’ był po palcach, dzięki czemu punkt zdobyli ich przeciwnicy. Tym samym w końcówce seta odpowiedziała drużyna Speednetu. Pomimo straty tego punktu, Speednet zdołał wygrać drugą partię do 19. W ostatnim secie wyrównany bój trwał mniej więcej do połowy odsłony. W dalszej części to ‘Wirtualni’ włączyli drugi bieg i wygrali seta do 12, a cały mecz, podobnie jak ten z pierwszej rundy 2-1.

Port Gdańsk – Allsix by Decathlon 2-1 (21-12; 21-12; 17-21)

Do pewnego momentu sezonu wydawało się, że drużyna Allsix by Decathlon może być ekipą, która wygra trzecioligowe rozgrywki. Dziś równie dobrze moglibyśmy typować, że Mława zostanie europejską stolicą mody. Po dziewięciu ligowych spotkaniach drużyna Rafała Liszewskiego miała na swoim koncie pięć wygranych i cztery porażki. Szczególnie bolesne były te dwie ostatnie – z drużyną Chilli Amigos oraz Range Soft VT. W obu tych spotkaniach gracze ze sklepu sportowego nie zdołali zdobyć choćby punktu, przez co w tabeli wylądowali na czwartym miejscu. Aby przedłużyć swoje szanse na podium, musieli wygrać z Portem Gdańsk i dodatkowo zrobić to najlepiej za trzy punkty. W zrealizowaniu tego celu pomóc miał powracający do składu po rekonwalescencji Aleksander Bochan. Początek seta należał jednak do drużyny Arkadiusza Sojko. Drużyna Allsix by Decathlon kompletnie nie radziła sobie z zagrywką, między innymi Karola Polanowskiego, dzięki czemu po chwili na tablicy wyników widniało już 8-1 dla drużyny z doków. Jak wiadomo, taką stratę trudno jest odrobić, a jeszcze trudniej kiedy za rywala ma się doświadczoną drużynę Portu, dla której był to dokładnie trzydziesty dziewiąty mecz w SL3. Ostatecznie set zakończył się wynikiem 21-12 dla ‘Granatowych’. Jeśli przed drugim setem drużyna Rafała Liszewskiego liczyła na to, że zdoła odmienić losy spotkania to musieli szybko zweryfikować swoje zakusy. Początek partii był niemal identyczny z tą tylko różnicą, że zamiast 8-1 na tablicy widniał wynik 8-2 dla Portu. Jak doskonale wiemy, przewagi takiej najzwyczajniej w świecie nie wypada zmarnować i tak też postąpił Port wygrywając seta, a jakże – ponownie do dwunastu. Kojarzycie z filmów ten moment, w którym główny bohater jest niemiłosiernie okładany przez rywala, w głowie ma przebitki z lat młodości, rodzinnego domu, pierwszej miłości i innych pozytywnych momentów w życiu, po których wstępują w niego nowe siły i tylko sobie znanym sposobem znajduje sposób na odpłacenie się rywalowi? Cóż, dokładnie tak to wyglądało w trzeciej odsłonie. Mimo, że do stanu 15-15 mieliśmy typową ligową rąbankę bez trzymanki to od tego momentu zaczęli dominować gracze z Decathlonu, dzięki czemu wygrali seta do 17. Cóż, lepiej późno niż wcale.

Prototype Volleyball – Epo-Project 2-1 (21-13; 22-20; 19-21)

Chwilę po godzinie 21 rywalizację rozpoczęła pierwsza liga. Na boisku numer jeden doszło do starcia pomiędzy drużynami Prototype Volleyball a Epo-Project. Dość wyraźnym faworytem tego spotkania byli gracze z Żukowa, którzy nie dość że w dziewięciu spotkaniach uzbierali o sześć oczek więcej od swojego rywala to na dodatek 8 czerwca dotkliwie ich zlali. Gdy dołożymy do tego fakt, że z protokołu meczowego przed meczem został wykreślony najskuteczniejszy gracz ‘Transformersów’ – Michał Markiewicz to można było mieć obawy, czy spotkanie będzie choć trochę emocjonujące. Ostatecznie, Markusa zastąpił debiutujący w drużynie – Maciej Wysocki i trzeba przyznać, że był to debiut bardzo udany. Obawy o to, czy spotkanie będzie wyrównane, zostały rozwiane już w pierwszym secie, w którym lepsi okazali się gracze Tomasza Nurzyńskiego. O pierwszej partii nie można bynajmniej powiedzieć, że było to najpiękniejsze spotkanie, które widzieliśmy w życiu. Obie drużyny popełniały bardzo dużo błędów własnych, a o tym, że to Prototype wygrało, zadecydowała wyraźna różnica w przyjęciu pomiędzy drużynami. W przypadku ‘Transformersów’ wyglądało ono naprawdę dobrze, podczas gdy w drużynie Epo było całkiem na odwrót. Nie dało się nie dostrzec analogii z pierwszego spotkania. Wtedy to Prototype miało problem z przyjęciem, co ‘Zieloni’ niemiłosiernie wykorzystywali. Drugi set był już zdecydowanie bardziej wyrównanym widowiskiem, w którym sytuacja co chwilę się zmieniała. Gdy w końcówce seta Damian Kolka skończył dwie bardzo ważne piłki i doprowadził do wyrównania 20-20 wydawało się, że to Epo będzie bliższe wygrania seta. Niestety dla nich, Prototype zakończyło seta – a jakże, asem serwisowym. Trzecia odsłona była podobna do drugiej, z tą tylko różnicą, że zmieniła się drużyna, która go wygrała. Na otarcie łez, bo tak to trzeba traktować, Epo wygrało ostatnia partię do 19, dzięki czemu zachowują trzecią lokatę w lidze. Niemniej jednak, ich przewaga nad TSS-em stopniała do zaledwie jednego oczka. Prototype z kolei powiększa dystans do ostatniej w tabeli Straży Pożarnej i na chwilę obecną nie wyglądają absolutnie na drużynę, która mogłaby parafrazując Franciszka Smudę: ‘bić się o spadek’.

Straż Pożarna Gdańsk – Trójmiejska Strefa Szkód 1-2 (14-21; 20-22; 23-21)

Dla obu drużyn spotkanie miało bardzo ważne znaczenie w kontekście realizacji swoich celów. Drużyna Trójmiejskiej Strefy Szkód walczy o podium w rozgrywkach, natomiast Straż Pożarna walczy o utrzymanie. Początek meczu wskazywał na to, że to ‘Trójmiejscy’ zrobią kolejny krok w kierunku trzeciego miejsca. ‘Mundurowi’ w pierwszej odsłonie wyglądali tak, jakby kilka minut wcześniej wrócili z całonocnej służby, w której usuwali skutki ulewnych deszczów. Nie szukając jednak jakiś kwiecistych porównań, musimy napisać to wprost. Wyglądali bardzo słabo. Taką postawę ‘Trójmiejscy’ musieli wykorzystać i już na początku wypracowali sobie przewagę 12-5. Z biegiem czasu, jak to w TSSie wkradło się rozprężenie, dzięki czemu ‘Mundurowi’ zdobyli kilka punktów, co z kolei sprawiło, że rozmiary porażki nie były aż tak druzgocące. Druga odsłona była w wykonaniu drużyny Mateusza Pytla zdecydowanie lepsza. Kto wie, jak potoczyłoby się spotkanie, gdyby nie sporo nieporozumień na linii Damian Buźniak – Karol Masiul. Gołym okiem widać było, że ta dwójka zbyt często ze sobą nie grywała i jeśli tylko Panowie się dotrą to mogą stworzyć naprawdę niebezpieczny duet. Mimo to, Strażacy w końcówce drugiej partii za sprawą udanych kiwek i bloku wspomnianych wcześniej Damiana Buźniaka i Karola Masiula doprowadzili do wyrównania 20-20. Ostatecznie, mimo sporego zagrożenia, Trójmiejskiej Strefie Szkód udało się wygrać seta 22-20. Niestety dla Straży, taki obrót spraw był dość tragiczny. Nie dość, że nie udało im się wygrać drugiej partii to na dodatek z równoległego boiska dowiedzieli się, że ich rywal w walce o utrzymanie – Prototype Volleyball właśnie zdobył dwa punkty. To, co było beznadziejną wiadomością dla Straży, ucieszyło Trójmiejską Strefę Szkód, ponieważ ich główny rywal Epo-Project straciło właśnie dwa oczka. To z kolei sprawiło, że obie drużyny podeszły do trzeciej odsłony jeszcze bardziej zdeterminowane. Tym razem to ‘Mundurowi’ w końcówce zdołali osiągnąć przewagę. Gdy na tablicy wyników pojawiło się 20-18, wydawało się, że dowiozą prowadzenie do samego końca. Nic bardziej mylnego – i tym razem nie obyło się bez emocji. Ostatecznie udało im się dociągnąć wygraną w tej partii i cały mecz wieńczą jednym oczkiem na swoim koncie. Wynik ten można interpretować dwojako. Umówmy się, nie wszystkie drużyny walczące o utrzymanie zdołają urwać punkt TSSowi. Z drugiej strony, nie dziwimy się, że po spotkaniu nie było w nich przesadnego optymizmu. Tym bardziej, że we wtorkowy wieczór zagrają z Volley Gdańsk, który nie ma już marginesu błędu.  

BES-BLUM Kraken Team – Speednet 2-1 (21-18; 21-17; 20-22)

Bez wątpienia – nie jest to najlepszy okres drużyny Speednetu, który pamiętamy. Gdyby Quebonafide mógł cofnąć czas to w piosence Bubbletea zapewne nie omieszkałby wspomnieć, że tęskni za starym dobrym Speednetem. Czy któraś z osób, które czytają to podsumowanie jest w stanie jakkolwiek wytłumaczyć co dzieje się ze Speednetem? Zrozumcie nas dobrze, ale gdy ma się TAKIE indywidualności w składzie, osiąganie TAKICH wyników po prostu nie przystoi. Drużyna ma dosłownie wszystko, aby wciągać kolejnych rywali nosem. Mają w składzie byłego zawodnika z I ligi, kilku wychowanków Trefla Gdańsk, dwóch zawodników z pierwszej drużyny Intermarine, trenera, stroje, treningi, fizjoterapeutę, a także zaplecze, o którym inni mogą tylko pomarzyć. Czego nie ma? Wyników, gry i co chyba najbardziej smutne – atmosfery. Czy jest perspektywa lepszego jutra? Cóż, to okaże się już niebawem. Na chwilę obecną ‘Programiści’ wyglądają na drużynę, która obrała azymut na drugą ligę. Pisząc te słowa wyrażamy nadzieję, że słowa te będą pewnym wstrząsem dla Speednetu, za które się nie obrażą, a zakasają rękawy do pracy. Jeśli chodzi o sam mecz to od początku lepiej prezentowali się gracze BES-BLUM. Zdołali wypracować kilkupunktową przewagę, której nie wypuścili już do końca i zasłużenie tryumfowali do 18. Druga odsłona to potwierdzenie dobrej dyspozycji graczy Ryszarda Nowaka. Swoją cegiełkę do zwycięstwa dołożył rozgrywający Paweł Pallach, który każdą udaną akcję swojej drużyny świętował jak zdobyte mistrzostwo świata, czym niejednokrotnie doprowadzał do furii ‘Programistów’. Można powiedzieć, że ‘mind-games’ siało się gęsto. W meczu nie brakowało emocji oraz kontrowersji. Drugi set padł łupem BES-BLUM do 17. W trzecim secie, kiedy Speednet miał nóż na gardle, wreszcie zaprezentowali się nieco lepiej. To sprawiło, że po wyrównanej końcówce zdołali ograć swojego rywala 22-20. Z perspektywy meczu trzeba przytoczyć znaną prawdę: ‘jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma’. BES-BLUM z kolei potwierdza, że mówienie o nich w kontekście spadku to spore nieporozumienie i nadużycie.  

Start a Conversation

Twój adres email nie zostanie opublikowany.