Matchday #11

Za nami szalony wieczór, podczas którego doszło do obrazków, które my oraz główni bohaterowie tego spektaklu (Volley Gdańsk oraz Speednet) będziemy wspominać przez długi czas. Mimo, że w pozostałych spotkaniach też sporo się działo to jednak pierwszoligowy hit był kwintesencją sportowych i pozaboiskowych emocji. Zapraszamy na podsumowanie środowej serii gier!

Speednet 2 – Range Soft VT 0-3 (8-21; 16-21; 9-21)

Do momentu meczu, na pięć rozegranych spotkań, Speednet zdołał urwać swoim rywalom punkt zaledwie raz. Stało się tak w starciu z Wirtualną Polską, z którą z kolei w poniedziałek Range rozprawił się w stosunku 3-0. Nie ma się co oszukiwać, wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że o powtórzenie wyczynu z meczu z WP będzie Speednetowi bardzo trudno. W obecnym tygodniu sytuacja w tabeli się dość mocno wykrystalizowała i w przypadku kilku drużyn można łatwo ocenić, o jakie cele walczą. Jeśli chodzi o ‘Stranierich’ to ich ambicje sięgają wyłącznie zwycięstwa w lidze. Odnosimy wrażenie, że każdy inny wynik będzie odebrany przez nich jako katastrofa, której ekipa Mykoli Kisa za wszelką cenę będzie chciała uniknąć. Samo spotkanie zaczęło się wyśmienicie dla ‘Żółto-czarnych’, którzy zdawali się realizować plan nakreślony przed meczem. Range Soft już na początku wypracował sobie przewagę, którą z czasem tylko powiększali. Drużyna spisywała się kapitalnie na zagrywce, z którą potężne problemy mieli ‘Różowi’. W trakcie całego meczu aż trzynastokrotnie podnosili ręce w geście triumfu po tym, gdy jeden z ich zawodników znajdowali sposób na to, by oszukać rywali. Pod tym kątem świetnie spisywali się Selvam Bavidhram, Yuriy Potiekhin czy Rafał Środa, którego w ostatnim czasie widujemy na… rozegraniu. Wracając do meczu to poza pierwszym setem Range zdusił rywala również w ostatnim, kiedy wygrał do dziewięciu. Najbardziej wyrównaną partią była ta środkowa, w której do połowy seta obserwowaliśmy wyrównaną walkę. Ostatecznie partia ta padła łupem Range Soft VT. Po spotkaniu gracze drużyny mogli szybko odpalać przeglądarkę, aby sprawdzić, czy udało im się wyprzedzić Allsix by Decathlon. Tym razem się nie udało. O tym, że prowadzą gracze ze sklepu sportowego decyduje stosunek małych punktów, w których Allsix jest lepszy o cztery oczka. To pokazuje tylko jak istotna jest dosłownie każda piłka w meczu.

AXIS – 3city4students 3-0 (21-12; 21-13; 21-11)

Gdybyśmy napisali o udanym początku sezonu w kontekście drużyn AXIS oraz 3city4students stracilibyśmy jakąkolwiek wiarygodność. Do spotkania przystąpiły bowiem drużyny, które sumarycznie – w siedmiu spotkaniach wygrały zaledwie raz. Sztuka ta udała się graczom Fabiana Polita – AXIS. Niezależnie od tego, która drużyna wygrałaby środowy mecz to całkowicie zmieniłaby się optyka na bieżący sezon. Pierwszy set rozpoczął się od trzypunktowego prowadzenia Czerwonych, którzy z czasem nie stracili rezonu, a każdy kolejny punkt umacniał ich w przekonaniu, że są w stanie tego dnia zgarnąć pełną pulę. W pierwszym secie był co prawda moment, w którym ‘Studenci’ zaczęli gonić swojego rywala, byli już naprawdę blisko (14-12 dla AXIS), ale sytuacja przypominała raczej tę, którą znamy z życia codziennego. Tę, w której jesteśmy naprawdę blisko osiągnięcia jakiegoś celu, a później los płata nam figla i zadajemy sobie pytanie ‘czemu zawsze nas to spotyka?’ Od tej chwili do końca seta grała już tylko ekipa mająca siedzibę na ulicy Kartuskiej w Gdańsku. Set zakończył się do dwunastu i stało się jasne, że pogłoski o śmierci AXIS były przedwczesne. Jakby tego było mało, pacjent ni stąd ni zowąd zamienił się z gościa podłączonego pod respirator w ancymona, który za nic miał wrzaski lekarzy, odpiął się od aparatury i jak gdyby nigdy nic wyszedł ze szpitala. Tam już w pełni zdrowy i pełen wigoru ograł bez problemu Studentów w kolejnych odsłonach do trzynastu i do jedenastu. Tak, proszę Państwa, to był prawdziwy pokaz mocy ‘Czerwonych’, którzy z siedmioma oczkami plasują się na siódmej pozycji. Czy ta okaże się dla nich szczęśliwa, dowiemy się już niebawem.

Straż Pożarna Gdańsk – Epo-Project 0-3 (13-21; 12-21; 15-21)

W Straży Pożarnej chyba zamontowano ostatnio drzwi obrotowe. Do drużyny dołączył po rocznej absencji Karol Masiul, ale po raz kolejny w tym sezonie zabrakło między innymi Mateusza Pytla czy Przemysława Grzesiaka. Jeśli chodzi o drużynę Epo-Project to po raz kolejny stawili się w tak szerokim składzie, że zdołaliby rywalizować na dwóch boiskach jednocześnie. Mimo faktu, że istniała obawa o to czy w meczu przeciwko ‘Mundurowym’ nie zabraknie etatowych rozgrywających to finalnie do hali Ego Areny dojechało dwóch, z czego jeden – Daniel Bąba urządził sobie w spotkaniu festiwal udanych kiwek. Przechodząc do ogółu to nie da się ukryć, że ‘Zieloni’ chcieli wygrać spotkanie w stosunku 3-0. Tylko taka wygrana pozwoliłaby im utrzymać dosyć bliski dystans, który dzieli ich od lidera rozgywek – Omida Team. Jak widać, o mobilizację nie było trudno, co drużyna udowadniała od pierwszego gwizdka sędziego. Strażacy w pierwszym secie stawiali opór tylko do połowy jego trwania. Przy stanie 11-9 dla Epo gracze z Żukowa byli zmuszeni do wzięcia czasu, bowiem mieli pewne wątpliwości dotyczące swojego ustawienia. Przerwę te spożytkowali również na inne cele, co było widoczne już od pierwszej piłki. Od tego momentu Strażacy zdołali zdobyć jeden punkt, przy sześciu ugranych przez swoich rywali. Wypracowana przewaga nie została przez Epo roztrwoniona i set zakończył się ich wygraną do 13. W drugim gracze Przemka Walczaka zaprezentowali się jeszcze lepiej – tym razem wygrywając do 12. W drugiej części tej partii mieliśmy zmianę – iście zadaniową. Na parkiet, a raczej za linię zagrywki wszedł borykający się z kontuzją rozgrywający Michał Długozima, lecz nie przyniosło to oczekiwanego skutku punktowego. Tak czy inaczej, drużyny po chwili przystąpiły do trzeciego seta, w którym Straż zaprezentowała się najlepiej od początku tego meczu. Mimo tego faktu, drużyna Epo była tego dnia po prostu z innej półki i mogła się cieszyć z wygranej za trzy punkty.

Speednet – Volley Gdańsk 1-2 (18-21; 21-17; 26-28)

Czy ktoś do cholery może nam wytłumaczyć to, co działo się przed, w trakcie i po spotkaniu Speednetu z Volleyem? W zapowiedzi przedmeczowej pisaliśmy, że przed sezonem wydawało nam się, że bezpośredni pojedynek między drużynami może zadecydować o tym, kto będzie mistrzem. Dodaliśmy również fragment o tym, że plany te były chyba jednak na wyrost, bowiem o ‘Różowych’ w obecnym sezonie mówiło się najczęściej w kontekście wciąż niewykorzystywanego potencjału. Zaznaczyliśmy jednak, że Speednet nie stoi na straconej pozycji, bowiem w ostatnim czasie notuje tendencję zwyżkową. Ponadto Volley w obecnym sezonie jak wygrywa, to najczęściej przy okazji traci punkty. Zostawmy już zapowiedzi, bo je zapewne zdążyliście już przeczytać. Sam mecz od początku był bardzo wyrównany. Wiecie jak to jest, nawet jeśli poziom sportowy i forma drużyn nie jest najwyższa to jeśli mecz jest wyrównany i zacięty, ogląda się go znacznie lepiej. Gdy dodamy do tego nutkę pikanterii w postaci kontrowersji to mamy już kawał meczu. Gdy spotkanie zmierza w kierunku zapisania się w historii SL3 jest już rewelacyjnie. Nie boimy się napisać, że uważamy ten mecz pod wieloma względami za najlepszy w historii Siatkarskiej Ligi Trójmiasta. Rozemocjonowanych graczy obu drużyn słychać było w okolicy Wejherowa i istniało realne zagrożenie, że okoliczni mieszkańcy z Żabianki zadzwonią na policję, aby uprzejmie donieść, że mimo zakazu w Ergo Arenie odbywa się jakiś koncert. Zaczęło się dość niemrawo, emocje były budowane wprost proporcjonalnie do upływających minut, by na końcu doszło do prawdziwej erupcji wulkanu. Pierwszą odsłonę wygrał faworyt – Volley Gdańsk, który zdołał odjechać ‘Programistom’ w końcówce seta. Druga odsłona to ponownie walka o każdą piłkę. Wśród zawodników obu drużyn widać było ogromną determinację i poświęcenie. Symbolem tych słów stała się akcja przy stanie 10-10 gdy środkowy Speednetu – Grzegorz Gnatek, próbując obronić piłkę, która nieuchronnie zmierzała w okolice trybun, wbiegł z ogromną prędkością po schodkach i tylko sobie znanym sposobem zdołał ją odbić. Mimo, że jego koledzy nie zdołali zdobyć z tego punktu to moment ten był dość szczególny. Od tej sytuacji graczom Speednetu zaczęło wychodzić wszystko i zdołali wypracować sobie kilkupunktową przewagę, której już nie wypuścili i wygrali drugą partię do 17. Był to mniej więcej moment, w którym połowa składu miała już chrypę, po której ciężko było zrozumieć wypowiadane przez nich słowa. O wygranej musiał zadecydować trzeci set.  Ten zaczęli lepiej Programiści i każdy punkt przybliżał ich w stronę wymarzonej wygranej. ‘Programiści’ wykorzystywali fakt, że w Volley coś się zacięło i stopniowo powiększali swoją przewagę. Każdy punkt zdobyty przez ‘Różowych’ sprawiał, że odnosiło się wrażenie, że hala zaraz eksploduje. To, co wyprawiał w środowy wieczór środkowy Grzegorz Gnatek było prawdziwym mistrzostwem świata. Gdy na tablicy wyników mieliśmy 14-9 trener drużyny Speednet – Mateusz Urbanowicz pokrzykiwał do swoich podopiecznych, że wystarczy zdobyć zaledwie siedem punktów. Wystarczyłoby, że drużyna grałaby od tego momentu punkt za punkt. Zadanie wydawało się tak proste, a równocześnie bardzo trudne. Tym bardziej, że po drugiej stronie siatki znajdował się Daniel Koska, który rozgrywał świetny mecz. Nie mylił się i jeśli piłka przeszła na stronę Volleya, można było być pewnym, że zaraz nastąpi egzekucja. Mimo, że Speednet roztrwonił sporą przewagę to w końcówce stanęli przed dwiema szansami na postawienie kropki nad ‘i’ i sprawienie, że dla Volleya licznik zwycięstw z rzędu biłby od nowa. Taki scenariusz był dla ‘Żółto-czarnych’ nie do zaakceptowania i po chwili to oni kilkukrotnie mieli piłki meczowe. Jeśli wydaje Wam się, że to koniec emocji to jesteście w ogromnym błędzie. To, co wydarzyło się przy stanie 27-26 dla Volley sprawiło, że emocje sięgnęły zenitu. Po ataku jednego z graczy Volley Gdańsk piłka poszybowała za linię ograniczającą boisko, co wywołało, po raz kolejny, fale sejsmiczne w Wejherowie. W tym momencie sędzia wskazał, że piłkę w bloku dotknął jeden z zawodników Speednetu i przyznał punkt dla Volleya, co wzbudziło bardzo duże oburzenie wśród ‘Programistów’. W tym momencie chcielibyśmy abyście dobrze nas zrozumieli w kontekście dalszych wydarzeń, które miały miejsce. Jako Redakcja i Organizator w jednym, przed pierwszym sezonem uznaliśmy, że nie będziemy ingerować w decyzje sędziowskie i konsekwentnie się tego trzymamy. Inna kwestia jest taka, że biegając z aparatem, dokładnie tej sytuacji nie widzieliśmy. Gdy Volley cieszył się już z wygranego meczu, nastąpiła bezprecedensowa sytuacja, w której sędzia, która zakończyła już swoje spotkanie podeszła do sędziego meczu i po konsultacji ten poprosił graczy Volley o powrót na boisko, zarządził bowiem powtórkę akcji. Patrząc na to z boku, nie zazdrościliśmy sędziemu, bowiem obojętnie jakiej decyzji by nie podjął, spotkałoby się to z ogromną krytyką jednej z drużyn. Ostatecznie, po chwili Przemysław Wawer zdobył punkt, który tym razem nie budził żadnych kontrowersji i Volley mogło się cieszyć z trzydziestego trzeciego zwycięstwa z rzędu! Niebywałe. Kończymy tę najdłuższą w historii naszej ligi relację wyrażając nadzieję, że podobnie emocjonujące spotkania jeszcze przed nami.

AVOCADO friends – DNV GL S*M*A*S*H 2-1 (21-11; 19-21; 21-17)

Biorąc pod uwagę fakt, że zawodnicy DNV GL S*M*A*S*H porozjeżdżali się po Polsce w związku z długim weekendem, spory ból głowy miał kapitan tej drużyny – Stanisław Paszkowski. Do końca nie było bowiem wiadomo, ilu zawodników wystąpi w ekipie ‘Białych’ oraz którzy z nich będą do dyspozycji kapitana. Żartobliwie można powiedzieć, że do ostatniej chwili była to tajemnica strzeżona równie mocno jak receptura coca-coli i zdaje się, że odpowiedź na to pytania znał jedynie wspominany wcześniej kapitan drużyny. Jako potwierdzenie tych słów niech poświadczy fakt, że kilkanaście minut przed spotkaniem lider DNV – Sebastian Pietras stwierdził, że sam do końca nie wie z kim przyjdzie mu dziś walczyć ramię w ramię przeciwko niepokonanej jak dotąd ekipie ‘Wegan’. Karty zostały odkryte tuż przed spotkaniem i jeśli jesteśmy już przy tej nomenklaturze to powiemy, że gracze Ci nie byli zwykłymi waletami, a bardziej przypominali jokerów. Do protokołu meczowego zostali dopisani Przemysław Mieronowicz, który w trójmiejskim światku siatkarskim znany jest z występów w drużynie KAR-LAB oraz Marek Rostek, spod którego trenerskich skrzydeł wiedzę i umiejętności swego czasu czerpał nasz ekspert – Maciej Kot. Mimo tych niewątpliwych wzmocnień to ‘Weganie’ w pierwszym secie rządzili i po raz kolejny udowodnili, że miejsce które obecnie zajmują nie jest dziełem przypadku. Prawdziwa rywalizacja zaczęła się od drugiego seta, w którym pazur pokazali gracze DNV GL S*M*A*S*H. Partia rozpoczęła się od wyniku 5-1 dla DNV i podobna przewaga była utrzymywana aż do końcówki, w której zrobiło się naprawdę gorąco. Mimo faktu, że Gdynianie wygrywali 18-12, zaczęli seryjnie gubić punkty i było naprawdę blisko tego, aby ‘Weganie’ odrobili tę dużą stratę. Ostatecznie seta wygrali gracze Stanisława Paszkowskiego 21-19. W trzeciej odsłonie po ‘Czarnych’ widać było ogromną mobilizację do tego, aby uniknąć pierwszej porażki w sezonie. Ostatecznie sztuka ta się udała, gracze AVOCADO wygrali seta do 17, choć trzeba przyznać że nie była to dla nich łatwa przeprawa. Najlepszym graczem tego spotkania, po raz pierwszy w tym sezonie, został przyjmujący AVOCADO – Łukasz Czajkowski.

Letni Gdańsk – 3city4students 3-0 (21-11; 21-19; 21-11)

Znacie ten moment, w którym odczuwacie ogromną satysfakcję po tym, jak wygłosicie dość kontrowersyjną tezę, po której ludzie spoglądają w Waszym kierunku jak na przygłupa, a na sam koniec wychodzi na Wasze? Tak, właśnie odczuwamy taką satysfakcję. Nie dlatego, że ‘Studenciaki’ po raz kolejny musiały uznać wyższość rywali, ale dlatego, że mieliśmy nosa co do drużyny Letniego Gdańska. Gdy po nieudanym początku sezonu z uporem maniaka twierdziliśmy, że widzimy w ekipie ogromny potencjał, obawialiśmy się, że środowisko graczy zastosuje wobec nas ostracyzm. Inna kwestia jest taka, że nie pomagali nam sami gracze Letników, którzy miewali w lidze momenty, w których wyglądali jakby do baku ich super sportowego samochodu ktoś zamiast benzyny wlał diesla. Po szybkiej akcji w serwisie samochodowym nadal są w grze. Poza tym, ich gra jest najzwyczajniej w świecie przyjemna dla oka, a i strefa mentalna wydaje się być na pułapie, do którego niektóre drużyny jeszcze nie dojechały. Ta kombinacja sprawia, że póki co nie widzimy sufitu dla Letników i ekipa ta jest na bardzo dobrej drodze do grupy mistrzowskiej. W spotkaniu przeciwko ‘Studentom’ zagrali na wysokim poziomie i wyłączając drugiego seta, nie pozwolili swoim rywalom na zbyt wiele. Do puli dokładają trzy oczka, co winduje ich na wysokie – trzecie miejsce w tabeli. Oczywiście nie jest prawdą, że ekipa Michała Mysłka miała za przeciwnika chłystka. ‘Studenci’, szczególnie w drugim secie potwierdzili, że drzemie w nich spory potencjał i są w stanie powalczyć nawet z ligowymi tuzami. Na pocieszenie napiszemy, że ekipa Dawida Piankowskiego rywalizowała już z czterema drużynami z TOP5 i teoretycznie łatwiejsze mecze dopiero przed nimi. Po takim zahartowaniu, o punkty jesteśmy spokojni.

Start a Conversation

Twój adres email nie zostanie opublikowany.