Matchday #10

Przy okazji kilku wtorkowych spotkań emocje były tak wielkie, że gdybyśmy mieli zliczyć wszystkie żółte i czerwone kartki tego dnia, zajęłoby nam to trochę czasu. W ostatnim czasie nasze rozgrywki sprawiają, że sędziowie mają tu poligon doświadczalny. We wtorek swoje mistrzowskie aspiracje potwierdziły drużyny Volley Gdańsk, Omida Team, AVOCADO friends czy Allsix by Decathlon. Zapraszamy na podsumowanie wtorkowej serii gier!

Zmieszani – Team Spontan 1-2 (21-18; 14-21; 12-21)

Jedno z najbardziej prestiżowych spotkań w drugiej lidze zaczęło się lepiej dla graczy Piotra Raczyńskiego – Team Spontan. ‘Spontaniczni’, zgodnie z tym co pisaliśmy w zapowiedziach, wyszli na parkiet w pełni zmobilizowani. Gdybyśmy kilka tygodni temu mieli wskazać faworyta meczu, bez wahania powiedzielibyśmy, że są to Zmieszani. Od tego czasu sporo się jednak zmieniło, o czym świadczy fakt, że’ Spontatniczni’ przystąpili do meczu dzień po wygranej przeciwko SV INVICTA, która to pokonała wcześniej Zmieszanych. Kierując się logiką oraz aktualną formą można było przypuszczać, że to ‘Pomarańczowi’ będą faworytem pojedynku. Zgodnie z tym co napisaliśmy, ‘Spontaniczni’ zaczęli bardzo mocno. Na początku prowadzili już 11-5, ale z czasem w ich szeregi wkradło się rozluźnienie, co tak doświadczona ekipa jak Zmieszani potrafi wykorzystać. Tak było i tym razem i po chwili z wyniku 11-5 zrobiło się 12-12. Od tego momentu pałeczkę przejęli gracze Edyty Woźny, a zwieńczeniem tego seta była końcówka, gdzie w tylko sobie znany sposób piłkę obronił najpierw Kuba Wałdoch, a po chwili Marcin Gorlikowski, by po chwili Jacek Kujałowicz zadał rywalom cios, który kosztował ich utratę punktu. W drugim secie Spontan zrobił to, czego nie udało się zrobić w pierwszym secie. Po wypracowanej kilkupunktowej przewadze ‘Spontaniczni’ trzymali swojego rywala na bezpieczny dystans. Bardzo dobrą partię rozegrał nasz ekspert – Maciej Kot, dla którego spotkanie przeciwko Zmieszanym było drugim w historii ligi zagranym na ataku. Maciej zdobył łącznie 14 punktów i po raz pierwszy w historii swoich występów cieszył się z tytułu MVP. Wracając do meczu trzeba przyznać, że Zmieszani nie mieli w drugim i trzecim secie pomysłu na rozkręcających się graczy Spontana. Drugi set do 14 a trzeci do 12 sprawia, że Spontaniczni czują się… rozczarowani. Pisząc te słowa mamy oczywiście na myśli fakt, że chcieli i mogli zgarnąć trzy punkty.

Trójmiejska Strefa Szkód – Volley Gdańsk 1-2 (21-17;17-21; 13-21)

Po spotkaniu odwiecznych rywali nie możemy narzekać. W meczu było wszystko. Nie zabrakło emocji, kontrowersji, składnych akcji czy ich zwrotów. Przed spotkaniem zastanawialiśmy się czy możliwy jest scenariusz, w którym Volley przegra pierwszy raz w lidze. Trójmiejskiej bardzo zależało, Volley nie chciał dopuścić do takiego obrotu spraw, co złożyło się na to, że mobilizacja w obu zespołach była na bardzo wysokim poziomie. Mecz lepiej zaczęli gracze Volley. Po trzech asach serwisowych Michała Pysza, Patryk Pleszkun zmuszony był wziąć czas. Nie wiemy jakich słów użył kapitan, ale od tego momentu Trójmiejska weszła na całkiem inny poziom. Po chwili z wyniku 3-7 zrobiło się 11-11, by za moment ‘Niebiescy’ wyszli na prowadzenie, które zostało przypieczętowane atakiem Dominika Błońskiego. TSS wygrał tego seta do 17 i trzeba przyznać, że szczególnie w drugiej części seta prezentował się wybornie. Nie będziemy po raz setny chwalić Wojtka Ingielewicza, ale to, co wyrabiał w pierwszej części meczu sprawia, że nie wykluczamy wprowadzenia kontroli antydopingowej. Żal tylko tego, że kibicie nie mogą oglądać tych popisów na żywo. Drugi set zaczął się tak, jak skończył się pierwszy. Lepszą grą ekipy Patryka Pleszkuna. Do połowy partii ‘Trójmiejscy’ prowadzili i w powietrzu czuć było, że kroi się coś wielkiego. Niestety dla nich, ekipa Volley postanowiła zrobić wielkie wietrzenie i zaczęła w końcu grać na miarę swoich możliwości. Co ciekawe, ich lepsza gra zbiegła się z momentem, w którym czerwoną kartką ukarany został Przemysław Wawer. Nie minęło nawet pięć minut, a po drugiej stronie siatki żółtą kartką ukarany został libero TSS – Dawid Kopczyk. Oczywiście te słowa nie oddadzą atmosfery panującej w spotkaniu, ale musicie nam uwierzyć na słowo, że mniej więcej w połowie drugiego seta na boisku nr 2 niemal wrzało. Atmosferę tę lepiej okiełznali ‘Żólto-czarni’, którzy wygrali do 17. W trzecim secie potwierdzili, że grają jak na mistrza przystało. Wygrali do trzynastu, a cały mecz 2-1. Na koniec napiszemy mało polityczną rzecz. Mimo niesportowych zachowań, spotkanie to oglądało się naprawdę przyjemnie.

Craftvena – DCT Gdańsk 2-1 (16-21; 21-12; 21-15)

Pomimo faktu, że drużyna zanotowała we wtorkowy wieczór trzecią wygraną z rzędu, nie zmieniło to ich pozycji w tabeli. Wpływ na taki stan rzeczy miały rozmiary zwycięstwa nad drużyną DCT Gdańsk. Zamiast wymarzonych trzech punktów są zaledwie dwa i widać pewną zależność. Jeśli Craftvena wygrywała to czyniła to zazwyczaj właśnie w stosunku 2-1. Wyjątkiem było ostatnie spotkanie z czerwoną latarnią ligi – Speednetem 2. Mecz rozpoczął się dla ‘Kontenerowców’ wybornie. Mimo braku jednego z liderów drużyny – Adama Piotrowskiego godnie zastąpił go debiutujący w składzie Bartosz Wyczołek i DCT wychodziło w pierwszym secie wszystko. Wyglądali bardzo dobrze, zarówno w obronie jak i w ataku. Jakby tego było mało, bardzo dobrze prezentowali się również na zagrywce. Gdy te wszystkie elementy złożymy do kupy to nie można mieć innego rezultatu niż wygrana pierwszego seta. Po prostu, w drużynie w pierwszej odsłonie brakowało wąskiego gardła, dzięki czemu do ligowej tabeli mogli dopisać jedno oczko. To, co nas od pewnego czasu zastanawia to fakt,  że zespół jest w stanie rozegrać w kilkunastominutowym odstępie dwa tak różne sety. Jako modelowy przykład można podać dwie pierwsze odsłony meczu Craftveny z DCT. W przeciwieństwie do pierwszego seta, tym razem to DCT nie miało za dużo do powiedzenia. Byli zaledwie tłem dla swojego rywala, który ni stąd ni zowąd przypomniał sobie jak się gra w siatkówkę i wygrał seta do 12. Trzecia odsłona była dość nietypowa. ‘Kontenerowcy’ prowadzili na początku 5-1, by po chwili zrobiło się 5-11. Ogromny wkład w takie odrobienie wyniku miał Krzysztof Lewandowski, który swoją zagrywką odebrał ‘Kontenerowcom’ chęć grania. Słaby fragment zdołał po pewnym czasie przełamać Bartosz Wyczołek, ale efekt był podobny do tego, jakim jest użycie antyperspirantu na spocone pachy. Na pewne kroki było już za późno i ‘Rzemieślinicy’ spokojnie dowieźli zwycięstwo do końca.

PROtotype Volleyball – Omida Team – 0-3 (17-21; 15-21; 18-21)

Nie będziemy Was czarować. Po tym, jaką formę w ostatnim czasie osiągnęła drużyna Omida Team, nie mogliśmy się spodziewać innego wyniku. Obecnie drużyna ‘Logistyków’ wygląda jak Lambo na ulicach Dzierżoniowa – nie da się obok niej przejść obojętnie. Omida przejęła inicjatywę od początku meczu i w zasadzie pomimo chwilowego zastoju i utraty prowadzenia można powiedzieć, że kontrolowali przebieg partii i zasłużenie wygrali do 17. Kolejne odsłony ‘Logistycy’ wygrywali do 15 i 18, a całość meczu można podsumować frazesem, że wygrała drużyna lepsza. Ekipa z Olivia Business Centre wygrała spotkanie zasłużenie i znajduje się na pierwszym miejscu w ligowej tabeli. Pojedynek z Prototype nie był dla nich szczególnym wysiłkiem, ale przechodząc do indywidualności to gracze Konrada Gawrewicza z pewnością zapamiętają Michała Markiewicza. Zawodnik ten, pomimo przegranego spotkania, rozegrał swój najlepszy mecz w historii Siatkarskiej Ligi Trójmiasta. W pojedynku z Omidą zdobył 18 punktów i co ważniejsze atakował z niemal stuprocentową skutecznością. Nie ma co owijać w bawełnę. Ten indywidualny występ był wybitny. Prawdopodobnie te słowa nie spodobają się pozostałym graczom ‘Transformersów’, ale gdyby reszta zaprezentowała chociaż połowę z tego, co we wtorkowy wieczór pokazał Markus to jesteśmy przekonani, że Omida miałaby ogromny problem z wygraną. Jeśli jesteśmy przy indywidualnościach to nie sposób nie wspomnieć o ciekawym pojedynku, który obserwowaliśmy podczas meczu. Mowa tu oczywiście o środkowych. Na każdy atak Karola Grajewskiego, po chwili odpowiadali czy to Konrad Gawrewicz czy… były zawodnik Prototype Łukasz Karbowniczek. To właśnie on sprawił byłym kolegom z drużyny ‘fantastyczny prezent’, w sposób oczywisty przyczyniając się do zwycięstwa Omidy i zostając najlepszym graczem meczu.

Straż Pożarna Gdańsk – BES-BLUM Kraken Team 0-3 (14-21; 11-21; 16-21)

Nie ukrywamy, że spodziewaliśmy się bardziej wyrównanego spotkania. Nic bardziej mylnego. Drużyna dowodzona przez Ryszarda Nowaka miała widocznie dosyć ligowych upokorzeń i w starciu z ‘Mundurowymi’ zaprezentowali zupełnie inną niż dotychczas siatkówkę. Jest takie powiedzenie, które ktoś wymyślił wiedząc, że kiedyś dojdzie właśnie do tego meczu: ‘miłe złego początki’. Strażacy na początku meczu wyglądali na ekipę, która tanio skóry nie sprzeda, co zwiastowało, że będzie to wyrównane spotkanie. Od wyniku 10-10 zaczęła grać już tylko jedna drużyna i stan ten utrzymywał się praktycznie do końca spotkania. Pierwszy set zakończył się wynikiem 21-14 dla BES-BLUM i drużyny po zmianie stron, mogły przystąpić do drugiego seta. W tym, różnica pomiędzy oboma zespołami jeszcze bardziej się uwypukliła. ‘Mundurowi’ popełniali w tej partii tyle błędów własnych, że w połączeniu z dobrą i skuteczną grą na siatce swoich rywali mieli mniej więcej takie szanse jak czternastoletni chłopak na zostanie lekarzem medycyny. Cudu tu nie było, Straż nie wcieliła się w rolę Doogiego Howsera. Drugi set zakończył się wynikiem 21-11 dla BES-BLUM, a jakże – po błędzie własnym Strażaków. Przez chwilę wydawało nam się, że scenariusz tego spotkania będzie dla Strażaków podobny do tego, który nakreślili w meczu z Trójmiejską Strefą Szkód. Tam, po nieudanych dwóch pierwszych setach drużyna odmieniła losy spotkania i zdołała na koniec wygrać choć jeden punkt. Tym razem było inaczej i ‘Mundurowi’ ponownie musieli uznać wyższość ekipy Ryszarda Nowaka. Set zakończył się wynikiem 21-16 i cały mecz w stosunku 3-0 dla BES-BLUM Kraken Team, który dzięki wygranej za trzy oczka awansował z przedostatniej lokaty w tabeli na… czwarte miejsce.

Letni Gdańsk – Mental Block 3-0 (21-11; 21-4; 21-14)

Drużyny, które grają w lidze troszkę dłużej dobrze nas już znają. Wiedzą, że zamiast raz pochwalić wolimy dwa razy przyłożyć, co finalnie ma doprowadzić do tego, że drużyna nie osiądzie na laurach, tylko jak zdolny uczeń zostaje skarcona po to, by wzięła się do pracy. Tym razem nie zamierzamy się pastwić nad Mentalem u których coś się ewidentnie zaBLOCKowało. Mając na uwadze to, co działo się przed, w trakcie oraz po spotkaniu musimy sparafrazować słowa jednego z udanych coverów Roda Stewarta. ‘Someone told me long ago, there’s calm before the storm’. Przed spotkaniem owszem, spodziewaliśmy się, że to ‘Letnicy’ będą faworytem meczu, jednak styl oraz rozmiar tego zwycięstwa nas zaskoczył. Tuż przed początkiem spotkania drużyny nie szczędziły sobie miłych słów i generalnie panowała bardzo pozytywna atmosfera. To oczywiście nie zmieniło się w trakcie spotkania i szacunek pomiędzy rywalami był godny odnotowania. Patrząc jednak na aspekty stricte sportowe, nie dało się nie zauważyć, że ‘Letnicy’ nie będą się litować nad swoim rywalem. Uznali, że jeśli można ograć rywala do czterech to trzeba to wykorzystać. Gracze w granatowych trykotach co rusz posyłali grzmoty i poza tym, że byli skuteczni to dodatkowo nie popełniali błędów. Nawet gdy prowadzili kilkunastoma punktami byli skoncentrowani jak neurochirurg pochylający się nad operowanym właśnie mózgiem. Tyle o samym meczu. Letnicy wygrywają trzy sety. Do 11, do 4, i do 14. Patrząc tak po ludzku, bardzo szkoda nam ‘Mentalistów’. Już po poprzednim spotkaniu drużyna na parkingu długo analizowała przyczyny porażki, więc zakładamy że tym razem również się bez tego nie obyło. Na koniec zamienimy się na chwilę w motywatora i napiszemy, że Mental powinien sobie wziąć do serca, że droga do sukcesu jest zawsze w budowie.

SV INVICTA – AVOCADO friends 1-2 (13-21; 17-21; 23-21)

Na drugoligowy hit pomiędzy SV INVICTĄ a AVOCADO friends patrzyło się całkiem przyjemnie. Nie ukrywamy, że przed spotkaniem zastanawialiśmy się, jak na tle środkowych Mikołaja Kohnke i Przemysława Motyki wypadnie lider klasyfikacji zdobytych punktów w drugiej lidze – Mateusz Nowik. Ostatecznie, mimo, że gracz ten był na rozgrzewce, po chwili ubrał się i oglądał poczynania swoich partnerów z boku. Na szczęście nie była to kontuzja, a sprawa wewnątrz drużyny. Możemy się jedynie domyślać jak potoczyłoby się spotkanie gdyby zagrał ten rewelacyjny zawodnik. Tego się już nie dowiemy, ale to, czego jesteśmy pewni to fakt, że drużyna musi się zmierzyć ze swoimi demonami. Gdy w ekipie dochodzi do jakichś tarć czy zgrzytów to efekt mamy taki jak w pierwszym secie. W nim AVOCADO było zespołem o klasę lepszym. Przewaga, którą wypracowali na początku była sukcesywnie powiększana. Marcin Makurat i Patryk Okulewicz byli bezwględni i pomogli drużynie w pokonaniu rywali do 13. W drugiej odsłonie INVICTA zaczęła grać na miarę swojego potencjału. Sygnał do ataku dał najlepszy po stronie INVICTY – Radosław Konieczny. Jego zespół zdołał sobie wypracować kilkupunktową przewagę i przez dłuższy czas wydawało się, że o wygranej w meczu zadecyduje ostatni set. Gracze INVICTY zapewne do chwili czytania tego podsumowania zastanawiają się, jak mogli roztrwonić taką przewagę. Prowadzili już 14-8, by ostatecznie przegrać seta do 17. Myślimy, że poza wolą wygranej przez ‘Wegan’ swoje zrobiły nerwy w drużynie INVICTY. Po raz kolejny w tym sezonie kartką ukarany został jeden z graczy. Jakby tego było mało zawodnicy zaczęli mieć do współpartnerów pretensje, a jak wiadomo, nie jest to najlepszy budulec silnej drużyny. Finalnie AVOCADO dogoniło rywala, a następnie wykorzystało okazję i cieszyło się z wygranej drugiej partii. Apetyt rośnie w miarę jedzenia i ‘Weganie’ mieli chrapkę na wygranie trzeciej odsłony, która była najbardziej wyrównana z całego spotkania. Pod koniec seta, przy grze na przewagi doszło do niemałej sędziowskiej kontrowersji, po której drużyna Sławomira Cichosza uniosła ręce w geście radości po ugraniu jednego punktu. AVOCADO friends wciąż jednak pozostaje jedyną drużyną w drugiej lidze, która nie zaznała goryczy porażki.

Wirtualna Polska – Allsix by Decathlon 0-3 (14-21; 8-21; 16-21)

Aby przedłużyć swoje mistrzowskie aspiracje drużyna Decathlonu ze wszelką cenę chciała wygrać spotkanie w stosunku 3-0. Do meczu przystąpili po sporym rozczarowaniu, jakim była przegrana z drużyną Portu Gdańskiego. Przed meczem zastanawialiśmy się, jak na ekipę wpłynie ponowna absencja Aleksandra Bochana. Do składu wrócili natomiast między innymi Patryk Gelo czy Paweł Woźniak. Mimo tego, mecz lepiej rozpoczęli ‘Biało-czerwoni’, którzy po asie serwisowym najlepszego w tym sezonie gracza WP – Łukasza Rosy prowadzili 8-6. Po dobrym fragmencie ‘Wirtualnym’ zdarzył się bardzo długi przestój dzięki czemu, po chwili Allsix by Decathlon zdobył pięć punktów i wyszedł na prowadzenie 11-8. Bardzo duża w tym zasługa świetnej zagrywki Patryka Gelo, z którą ‘Wirtualni’ mieli spore problemy. Od tego momentu inicjatywę przejęli gracze ze sklepu sportowego, którzy nie pozwolili swoim rywalom na zbyt wiele, a dodatkowo ’Wirtualni’ popełniali sporo błędów własnych. Drugi set przebiegał podobnie jak końcówka tego pierwszego – pod dyktando graczy Rafała Liszewskiego. Decathlon ponownie spisywał się wybornie na zagrywce, a ‘Wirtualni’ nie mieli pomysłu jak temu zaradzić. Gdybyśmy ten set mieli przenieść na boiska piłkarskie to napisalibyśmy, że był to mecz do jednej bramki. Allsix wygrało tę partię do ośmiu i była to najbardziej dotkliwa porażka drużyny WP w jednym secie w obecnym sezonie. Taka sytuacja sprawiła, że w WP wstąpiły nowe moce i w trzeciej odsłonie prezentowali się już znacznie lepiej. Na zagrywce tym razem świetnie radził sobie kapitan drużyny WP – Jędrzej Matla, który zdobył aż pięć punktów w tym elemencie i pod tym kątem był to jego najlepszy wieczór w historii występów w SL3. Mimo tego, Wirtualni nadal nie potrafili przeciwstawić się graczom ze sklepu sportowego i ponownie musieli uznać ich wyższość. MVP spotkania został został Paweł Woźniak i duża w tym zasługa, a jakże – dobrej zagrywki.

Zmieszani – 3city4students 3-0 (21-16; 21-16; 21-12)

Spotkanie przeciwko Studentom było drugim, do którego we wtorkowy wieczór przystąpili Zmieszani. Do meczu doszło po sytuacji iście bezprecedensowej. Zmieszani przegrali dwa ostatnie spotkania z rzędu, co wcześniej nigdy im się nie zdarzyło. Jakby tego było mało, w całym poprzednim sezonie przegrali również dwukrotnie, ale te porażki były rozłożone na cały ich występ w lidze. Podobnie jak w poprzednim sezonie, w tym również przegrali ze Spontanem, a wszystko to działo się na boisku nr 1, na którym kilkadziesiąt minut później miało dojść do rywalizacji z 3city4students. Umówmy się, niezależnie od tego, że chwilowo Zmieszani przypominali raczej Misia Koralgola niż budzącego respekt Grizzly, nie zmieniło to faktu, kto w spotkaniu będzie faworytem. Nie dajmy się jednak zwieść pozorom, że przy zdobyczy punktowej drużyny 3city widnieje zero punktów. Na inaugurację rywalizowali bowiem z ligowymi tuzami, więc zadanie było trudniejsze niż powstrzymanie się od wieczornego podjadania. Przed spotkaniem dowiedzieliśmy się, że drużynę ‘Studentów’ wzmocni trzydziestopięcioletni Dariusz Kurowski. Zawodnik ten nie jest bynajmniej studentem, a w samym spotkaniu bliżej było mu do wykładowcy. Poza tym, ‘Studenci’ zagrali naprawdę dobre, mimo iż przegrane spotkanie. Po meczu Andrzej Pikor żartował, że jeśli dalej tak pójdzie to na koniec sezonu może uda się coś wygrać. My jesteśmy o to spokojni i nos nam podpowiada, że dojdzie do tego szybciej niż się ‘Studentom’ wydaje. Zmieszani byli dziś poza ich zasięgiem. Kolejny dobry mecz rozegrali dwaj przyjaciele z boiska – Kuba Wałdoch i Michał Kocbuch. Wygrana 3-0 sprawiła, że drużyna poprawiła sobie humory po spotkaniu ze Spontanem i pozwoli im to z optymizmem spoglądać w przyszłość.

Start a Conversation

Twój adres email nie zostanie opublikowany.