Matchday #9

Za nami pierwszy dzień rozgrywek w sezonie Wiosna’20, w którym odbyło się aż dziewięć spotkań. W pierwszej i drugiej lidze mamy zmianę lidera. Omida w pierwszoligowym hicie pokonała drużynę Trójmiejskiej Strefy Szkód, czym potwierdziła swoje mistrzowskie aspiracje. W drugoligowym hicie Team Spontan ograł SV INVICTĘ w stosunku 2-1. W trzeciej lidze dwa zwycięstwa dołożyła drużyna Portu Gdańskiego. Zapraszamy na podsumowanie poniedziałkowej serii gier!

Trójmiejska Strefa Szkód – Omida Team 0-3 (19-21; 20-22; 17-21)

Obie drużyny mogły stanąć do meczu z pozycji gościa prężącego swoje muskuły. Omida rozbiła w ostatnim czasie Epo-Project, a Trójmiejska Strefa Szkód ograła swojego odwiecznego rywala – Straż Pożarną Gdańsk. Abstrahując od samych wyników, mecz był anonsowany jako ten, który zelektryzuje kibiców trójmiejskiej siatkówki. Dość powiedzieć, że spotkanie było transmitowane na dwóch niezależnych od siebie fanpageach. W przedmeczowej zapowiedzi uznaliśmy, że to drużyna Konrada Gawrewicza (Omida) będzie faworytem. Początek spotkania zdawał się potwierdzać nasze słowa. Mimo, że pierwsza partia była dość wyrównana, to jednak Omida zdołała wypracować sobie delikatną przewagę i wygrać seta. Drugi upłynął pod znakiem kontrowersji oraz bardzo wyrównanej gry. Niebiescy długo nie mogli pogodzić się z kilkoma decyzjami Pani sędzi i odnosimy wrażenie, że wpłynęło to na ich poczynania w dalszej części meczu. Ten, podobnie jak pierwszy set układał się po myśli ‘Logistyków’, którzy zagrali nieco inną siatkówkę niż ta, z której ich zapamiętaliśmy w ostatnich spotkaniach. Środek nie był tak skuteczny jak chociażby w spotkaniach z Epo czy Speednetem. Ciężar gry został przesunięty na przyjmujących – Dimę Moroziuka i Łukasza Wiktorko, którzy w ostatnim czasie imponują formą. Tak było i tym razem, obaj zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i atakowali z wysokim procentem skuteczności. Drugi set zakończył się zwycięstwem Omidy po przewadze 22-20. Trzecia odsłona zaczęła się, a jakże – od kontrowersji. Tym razem potencjalnie poszkodowanym zespołem, a jakże – Trójmiejska Strefa Szkód. Pomimo tego, w trzeciej odsłonie Omida była po prostu drużyną lepszą. Tu, w przeciwieństwie do pierwszych dwóch setów, nie było walki do samego końca. Podsumowując, Omida wygrywa zasłużenie, ale różnica pomiędzy drużynami sprawia, że wynik 2-1 zamiast 3-0 nikogo by nie skrzywdził.

Port Gdańsk – Allsix by Decathlon 2-1 (21-12; 17-21; 21-17)

Do spotkania przeciwko drużynie Portu Gdańskiego drużyna Allsix by Decathlon przystępowała w okrojonym składzie. Zabrakło etatowych graczy jak Aleksander Bochan, Dawid Zdzuj, Robert Rogaliński czy Paweł Woźniak. Szczególnie odczuwalny był brak tego pierwszego – Aleksandra Bochana. O powodzenie i zwycięstwo było równie trudno jak o wyrwanie najgorętszej dziewczyny na imprezie bez jedynki. Zarówno brak tego świetnego gracza, jak i uzębienia nie oznacza, że wymarzony cel jest niemożliwy do zrealizowania, a tylko sprawia, że o powodzenie jest znacznie trudniej. Tak samo było w meczu z Portowcam,i gdzie już początek meczu pokazał, która drużyna w poniedziałkowy wieczór jest w lepszej dyspozycji. Początkowo wypracowana przez Port przewaga była sukcesywnie powiększana, by ostatecznie wygrać do 12. Trzeba przyznać, że całkowicie kontrolowali przebieg tego seta i nie pozwolili swoim rywalom rozwinąć skrzydeł. Drugi set to metamorfoza graczy ze sklepów sportowych, którzy najwidoczniej przypomnieli sobie, że są obecnym liderem trzecioligowych rozgrywek i przegrana po prostu nie przystoi. Ekipa Rafała Liszewskiego zdołała odwrócić losy rywalizacji i doprowadzić do remisu 1-1. O wygranej musiała zadecydować ostatnia odsłona, w której Port zaprezentował dojrzalszą siatkówkę i zasłużenie wygrał. Przede wszystkim popełniali mniej błędów niż przeciwnicy. Poza tym, nie bez znaczenia był fakt, że w drużynie wystąpił nowy zawodnik – Karol Polanowski, który zaprezentował się z bardzo dobrej strony zdobywając dziewięć punktów. Nie skradł on show prawdziwej gwieździe ligi – Piotrkowi Bajowi, którego punkty w klasyfikacji wszechczasów jest w stanie zliczyć chyba tylko sam Rainman

Wirtualna Polska – Range Soft VT 0-3 (12-21; 15-21; 21-23)

Ileż to razy słyszeliśmy, że nic nie zdarza się dwa razy. Wirtualni pokazali, że obce są im te frazesy i na spotkanie przeciwko Range Soft VT desygnowali zaledwie pięciu graczy. Cóż, ‘Biało-czerwoni’ od początku sezonu borykają się z problemami kadrowymi związanymi z faktem, że część zawodników powyjeżdżała, ale wystawić pięciu graczy na trzecioligową potęgę wydało nam się pomysłem dość oryginalnym. Początek meczu zdawał się tylko potwierdzać to, o czym przed chwilą napisaliśmy. Mimo, że gracze Range Soft nie lubią grać o tak wczesnej porze to wyglądali jakby chcieli szybko wygrać i wrócić do domu. Szczególnie w pierwszym secie prezentowali się bardzo dobrze. Ponadto, w sposób bezlitosny wykorzystywali błędy rywali i zdołali wygrać seta 21-12. Kolejna odsłona i kolejne rozdanie pod dyktando drużyny Mykoli Kisa. Kapitan akurat tę partię oglądał z boku, podobnie jak prawie wszyscy zawodnicy, którzy wystąpili w pierwszej odsłonie. W ekipie wystąpiło aż dziesięciu graczy i zespół, w przeciwieństwie do W,P może narzekać jedynie na kłopot bogactwa. Drugi set zakończył się wynikiem 21-15 dla Range i wydawało się, że wygrana w ostatniej odsłonie będzie jak dopełnienie formalności. Zadaniem prostym jak włączenie telewizora czy kupno gazety. Nic bardziej mylnego. Już dwukrotnie w tym sezonie Range po wygraniu dwóch pierwszych setów miewa problemy w tym ostatnim. Podobnie było w meczu z Allsix by Decathlon czy później z Portem Gdańskim. Przez większość trzeciego seta wydawało się, że i tym razem może być podobnie. ‘Biało-czerwoni’ zagrali na miarę swoich oczekiwań i napędzili stracha swoim przeciwnikom. Gdy Dawid Bartel asem serwisowym doprowadził do piłki setowej zdawało nam się, że dojdzie do podziału punktów. Na nieszczęście WP drużyna Range miała w swoim składzie Rafała Środę, który zdołał odmienić losy ostatniej partii i zapewnić swojej drużynie wygraną w stosunku 3-0.

Port Gdańsk – Chilli Amigos 2-1 (20-22; 21-17; 21-17)

Obawiamy się, że gdybyśmy zarządzili kolejną kolejkę na czwartą nad ranem to drużyna Chilli Amigos od godziny trzeciej odbijałaby piłkę na parkingu przed wejściem. Po ekipie widać prawdziwą pasję, tak uderzająco widoczną, że gracze kojarzą nam się z dziećmi, które krzyczą do swoich rodziców, że jeszcze chwilkę, jeszcze momencik, już idziemy, zaraz. Nawiązujemy tu oczywiście do sytuacji sprzed spotkania z Portem Gdańskim, gdzie Chilli Amigos urządzili sobie gierkę na parkingu. My to oczywiście rozumiemy, a co więcej – podziwiamy. Gdyby ktoś nagle zabronił tym chłopakom grać, zabrałby przy okazji dużą część ich tożsamości. Jesteśmy niemal pewni, że dla zawodników obu drużyn spotkanie miało bardzo duże znaczenie. Poszczególni gracze obu zespołów doskonale się znali więc ewentualna wygrana byłaby jeszcze bardziej prestiżowa. Wiecie jak to jest. Wygrać z przypadkową osobą partyjkę w szachy ma całkowicie inny smak niż tę z teściem prawda? Pierwszy set był bardzo wyrównany, a ostatecznie na przewagi wygrali go gracze Grzegorza Walukiewicza. Radość ‘Papryczek’ po tym secie potwierdza tylko to, o czym piszemy w tej zapowiedzi. W drugim i trzecim secie grę prowadzili już tylko gracze z doków. Niby Chilli Amigos walczyli, niby się nie poddawali, niby było to wyrównane starcie, ale koniec końców to ‘Portowcy’ pokazali lepszą siatkówkę i zasłużenie wygrali zarówno drugą, jak i trzecią partię. Prawdziwym game-changerem okazał się Karol Polanowski, który oficjalnie dołączył do drużyny dwie godziny wcześniej. Kto wie jak potoczyłby się mecz gdyby Portowcy zagrali w niezmienionym składzie? Cóż, takie ich prawo, a my nie zamierzamy bawić się we wróżbitę.

Oliwa Team – DNV GL S*M*A*S*H 2-1 (21-17; 21-10; 18-21)

Krótszy tydzień w pracy i perspektywa długiego weekendu sprawiła, że duża część zespołu DNV GL S*M*A*S*H wyjechała na urlopy. Przed obecnym tygodniem rozgrywek spory ból głowy miał kapitan drużyny – Stanisław Paszkowski. Jakby tego było mało, miał on w perspektywie bardzo trudne na papierze spotkanie przeciwko drużynie Oliwa Team, zajmującej najniższy stopień podium. Te czynniki sprawiły, że do drużyny musiały dołączyć posiłki. W weekend do składu dopisanych zostało dwóch graczy z czego jeden – Robert Jałowski wystąpił w spotkaniu przeciwko Oliwiakom. Nowy gracz musiał być dość zadowolony tym, jak wyglądał początek spotkania w wykonaniu jego drużyny. Ekipa DNV za nic miała ligową hierarchię i z początku wyglądali jak dzieciak z podstawówki, który wyzywa na pojedynek na pięści licealistę. Po początkowym szoku spowodowanym buńczucznym zachowaniem ‘Białych’ Oliwa Team zaczęła grać tak jak potrafi i zdołali odrobić przewagę, którą wypracowało sobie DNV GL. Poza niezłą grą Oliwiaków przyczynili się do tego sami gracze DNV, którzy zaczęli popełniać masę błędów własnych. Gdy Oliwiacy zdołali dogonić rywala, już go nie wypuścili, a na dodatek natarli mu uszy i wygrali do 17. Druga partia to taka, o których nie lubimy zbytnio pisać. Przez uprzejmość dla drużyny DNV napiszemy tylko, że byli tłem dla dobrze naoliwionej drużyny Agnieszki Pasternak. Gdyby ktoś powiedział nam po dwóch setach, że Oliwa zdoła wypuścić wygraną za 3pkt, pewnie byśmy nie uwierzyli. Niestety dla nich tak się właśnie stało i będąc całkowicie szczerym, Oliwa Team może mieć pretensje tylko do siebie. Tak właśnie kończy się w przypadku, gdy drużyna za bardzo przekombinuje. DNV GL zdobywa punkt i może skupić się na kolejnym spotkaniu. Oliwa z kolei wskakuje na pierwsze miejsce w tabeli, choć pewnie nie nacieszą się nim zbyt długo, zagrali bowiem więcej spotkań niż pozostałe liczące się w walce o podium drużyny.

Speednet 2 – Craftvena 0-3 (15-21; 16-21; 16-21)

Przygotowując się do spotkania przeciwko drużynie Speednetu, część graczy Craftveny postanowiła się zregenerować i odpocząć na domkach. Cóż, nieskromnie napiszemy, że Redakcja nie jest w ciemię bita i doskonale wie, jak się odpoczywa na takich wyjazdach. Z drugiej strony, w ekipie Speednetu pełna profeska. Po ostatnim spotkaniu przeciwko Wirtualnej Polsce drużyna zdobywając punkt otrzymała prawdziwego kopa mobilizującego. Gdy przed wejściem na salę Łukasz Anyszkiewicz ze Speednetu mówił, że przez weekend nie robił nic innego poza oglądaniem archiwalnym spotkań siatkówki oraz w zasadzie, że siatkówka to całe jego życie, nie ukrywaliśmy satysfakcji. Zastanawialiśmy się, czy Speednetowcy będą w stanie nawiązać równorzędną walkę ze swoim rywalem, który w ostatnim czasie zniszczył ostatni niepokonany bastion w lidze – Range Soft VT. Nie wiemy, na ile to kwestia zresetowanych weekendowych głów, a na ile samych umiejętności, ale ‘Czarni’ od początku, zgodnie z oczekiwaniami przejęli inicjatywę w grze i byli stroną dominującą, wygrywając przy tym trzy sety. Pierwszy do piętnastu, natomiast drugi i trzeci do szesnastu. To, co nas jednak cieszy to fakt, że mecze Speednetu 2 nie są w ostatnim czasie jednostronnymi pojedynkami. Kończą się powoli czasy, w których będziemy chuchać i dmuchać na ‘Programistów’, aby ich przypadkiem nie zniechęcić. ‘Różowi’ wyszli już ze szkoły podstawowej i przenieśli się do liceum. Wiadomo, że początki w nowym miejscu są trudne i czasem zdarzy im się dostać po głowie, jednak sam fakt, że Speednet nie będzie więcej ‘kiblować’ w podstawówce jest dość znamienny. Jeśli chodzi o ‘Czarnych’ to wygrywają drugie spotkanie z rzędu, po którym wskakują na podium. Jak wiadomo, apetyt rośnie w miarę jedzenia i spodziewamy się, że to jeszcze nie koniec z ich strony.

Team Spontan – SV INVICTA 2-1 (15-21; 21-15; 21-17)

Hasło, które przyświecało ‘Spontanicznym’ w tym spotkaniu było dość powszechnie znane – ‘ten, który stoi w miejscu, ten się cofa’. Pisząc te słowa mamy na myśli oczywiście fakt, że drużyna po raz pierwszy w ligowych zmaganiach zagrała na jednego rozgrywającego. Jak wyszedł pierwszy raz? Sądzimy, że takiego nie powstydziłby się współczesny Casanova. Przed spotkaniem gracze ‘Spontana’ w sposób żartobliwy kwestionowali wybór faworyta tego meczu przez Redakcję. Po bardzo dobrych ostatnich występach typowaliśmy drużynę SV INVICTA.  W gruncie rzeczy wiedzieliśmy jednak, że będzie to wyrównane spotkanie, a o wyniku zadecyduje kilka czynników – między innymi chłodna głowa. Tę, obie drużyny straciły już w pierwszym secie, za co zostali przez sędziego ukarani żółtą kartką. Zostawiając te pozasportowe aspekty to ekipą lepszą w pierwszym secie była SV INVICTA, do której w ostatnim czasie dołączył atakujący – Radosław Konieczny. Gracz ten dosłownie sterroryzował ‘Spontanicznych’, zdobywając w trakcie meczu aż 19 punktów! Set nr 1 zakończył się zwycięstwem drużyny Sławomira Cichosza 21-15. W drugim secie Spontaniczni zagrali zdecydowanie inną, lepszą siatkówkę. Bardzo dobrze funkcjonowało przyjęcie, a w związku z tym i rozgrywający bardzo dobre zawody Sławek Kudyba miał ułatwione zadanie. Generalnie odnosimy wrażenie, ze zmiana gry na jednego rozgrywającego dała ‘Spontanicznym’ takiego boosta, po którym ligowe drużyny powinny zacząć się obawiać.  Drugi set padł łupem ekipy Piotra Raczyńskiego do 15 a trzeci do 17. Gdybyśmy mieli wskazywać kolejne przyczyny zwycięstwa Spontana to wskazalibyśmy po prostu na większy wachlarz możliwości. INVICTA grała wczoraj jedno – wykorzystywała Radosława Koniecznego. Mimo, że gracz ten rozegrał świetne zawody to akcje drużyny były bardzo przewidywalne. W przypadku Spontana wygrał kolektyw. Kiedy trzeba było zagrać środkiem – było tak grane. Atak z trzeciego metra? Nie ma problemu. Obicie o blok? Proszę bardzo.

Prototype Volleyball – Epo-Project 0-3 (14-21; 16-21; 13-21)

Obie drużyny nie mogły się doczekać tego spotkania. Wszystko przez fakt, że przegrały swoje ostatnie mecze i chciały w poniedziałek poprawić sobie humory wygraną. W zapowiedzi przedmeczowej napisaliśmy, że faworytem spotkania będzie ekipa Epo-Project, aczkolwiek uznaliśmy, że ‘Transformersom’ gra się zdecydowanie lepiej w przypadku, kiedy to ich przeciwnicy są zdecydowanym faworytem. Cóż, zapowiedź sprawdziła się tylko połowicznie. Epo-Project zagrało tak, jak na faworyta przystało i odnieśli pierwsze w sezonie zwycięstwo za trzy punkty. Forma, jaką zaprezentowali w przeciągu całego meczu była istnie imponująca, ale to, co robiło ogromną różnicę w trakcie meczu to element zagrywki. Każdorazowo, gdy za linią ograniczającą koniec boiska stanął Cezary Labudda, wśród ‘Transformersów’ panował istny popłoch. Nawet gdy gracz ten nie zdobywał asa serwisowego to odrzucał swoich rywali od siatki na dobre kilka metrów, przez co większość ataków Prototype musiała przedrzeć się przez minimum podwójny blok ‘Zielonych’. Pokazując kontrast, który w elemencie zagrywki był między drużynami trzeba wspomnieć, że Prototype nie zdobyło w spotkaniu żadnego punktu bezpośrednio z zagrywki i była to pierwsza taka sytuacja od 21 listopada, kiedy to w zeszłym sezonie Prototype musiało uznać wyższość Speednetu. W poniedziałek ‘Zielonym’ wychodziło niemal wszystko i nie sądzimy, że gdyby zamiast Łukasza Dejko w ataku w drużynie Prototype hasał przebywający w Gdańsku  Mariusz Wlazły, to mecz zakończyłby się inaczej. Jesteśmy przekonani, że gdyby drużyna Przemka Walczaka grała tak od początku sezonu, obecnie byliby na pierwszym miejscu podium.

Speednet – BES-BLUM Kraken Team 2-1 (21-17; 18-21; 21-14)

Gdyby relacja z meczu miała trafić na czołówki gazet, chętnie podrzucilibyśmy gotowy tytuł, który brzmiałby: ‘Kryzys zażegnany, Speednet niepokonany’. Trzecie bezpośrednie spotkanie rywali to ponownie wynik 2-1, z tą różnicą, że tym razem wygrała ekipa ‘Programistów’, którzy są żywym przykładem, że ktoś, kto wymyślił maksymę ‘do trzech razy sztuka’ miał ku temu jakieś przesłanki. Nie da się ukryć, że do spotkania drużyny przystępowały będąc w małym dołku. Dolary temu, kto przed sezonem spodziewał się, że to właśnie poniedziałkowi rywale będą zajmować dwa ostatnie miejsca w lidze. Umówmy się, taka sytuacja była równie prawdopodobna co fakt, że kiedyś odzyskamy brakującego grosika od Pani z kasy w Biedronce. Początek meczu to szybkie wyjście na prowadzenie przez drużynę ‘Programistów’, po której uznaliśmy, że krzywda w tej partii im się nie stanie. Speednet prowadził już 16-9 i wydawało się, że za chwilę drużyny zmienią strony i rozpoczną drugą partię. BES-BLUM nie chciał jednak tanio skóry sprzedać i postanowił powalczyć, dzięki czemu zaczęli seryjnie zdobywać punkty. Z 16-9 zrobiło się 16-14 i koszmarne widmo powoli zaglądało w oczy ‘Różowym’. Sytuację opanował najlepszy gracz tego meczu – Kacper Iwaniuk zdobywając dwa punkty i doprowadzając do prowadzenia 18-14, którego Speednet już nie roztrwonił. Wracając do Kacpra i kluczowego momentu seta trzeba to zaakcentować. Gracz ten jest niejako gwarancją udanej akcji. Jest gościem, którego twarz mogłaby być na billboardach, dodając prestiżu różnym produktom czy usługom. Sądzimy, że gdyby po czasie Kacper uznał, że otwarcie Amber Gold 2 jest dobrym pomysłem to sporo ludzi, wiedząc jakim jest gwarantem, powierzyłoby mu swoje majątki. Wracając do meczu, drugi set był bardzo podobny do tego pierwszego. Tu również przez długi czas prowadzili ‘Programiści’, ale koniec końców BES-BLUM zdołało odwrócić losy seta, za co należy im się szacunek ludzi ulicy. W wygraniu go pomogły dwa udane bloki Mateusza Spechta, grającego na pozycji środkowego. O wygranej całego meczu zadecydować musiała trzecia partia. Speednet wszedł w nią jak gość z walizką pieniędzy na imprezę w Koziej Wólce. Wzbudzał zachwyt i robił co chciał, by po chwili prowadzić już 5-0. Ostatecznie set zakończył się wynikiem 21-14, a cały mecz 2-1 dla Speednetu. Drugie zwycięstwo z rzędu sprawiło, że drużyna wydostała się z czeluści pierwszoligowej tabeli i wskoczyła na szóste miejsce.

Start a Conversation

Twój adres email nie zostanie opublikowany.