MATCHDAY #23

Czwartkowe pojedynki, zgodnie z oczekiwaniami, przyniosły ogromną dawkę emocji. Dzień meczowy rozpoczął się od mocnego uderzenia, bowiem o 19:30 rozegrane zostały trzy spotkania w grupie spadkowej. Jeśli chodzi o drugą ligę to swoje spotkania wygrały drużyny, które obecnie znajdują się na podium. Zwycięstwa nie przyszły jednak łatwo. Thunder przegrał jednego seta z Mental Block, natomiast o tym co wydarzyło się w spotkaniu Omidy z DNV dowiecie się w opisie samego meczu. Zapraszamy na podsumowanie czwartkowej serii gier!

Prototype Volleyball – Trójmiejska Strefa Szkód 0-3 (23-25; 11-21; 21-23)

Przed spotkaniem zasadne było pytanie czy Prototype Volleyball tym razem dojedzie na spotkanie i będą w stanie nawiązać walkę z Trójmiejską Strefą Szkód. Poprzednia rywalizacja sprzed kilku tygodni była jednostronnym widowiskiem, w którym gracze Prototype byli tylko tłem dla bardzo dobrze dysponowanej drużyny TSSu. Początek meczu należał do drużyny powracającego po kontuzji Patryka Pleszkuna. Bardzo dobrze w mecz wszedł środkowy drużyny – Sławomir Mizeraczyk, który w pierwszej części seta atakował ze stuprocentową skutecznością. Gra środkiem, szczególnie w pierwszym secie, była kluczem do wypracowania sobie kilkupunktowej przewagi. W pewnym momencie na tablicy  widniał wynik 16-12 dla TSS i wydawało się, że ich wygrana nie jest zagrożona. W kolejnych wymianach ‘Czarni’ przypomnieli wszystkim zapominalskim, że są drużyną, która potrafi zepsuć nawet najlepszą okazję do zakończenia seta. Sytuacja jest analogiczna do tej, w której trzeba dokończyć pewien proces, a się tego nie robi. Niby napisałeś piękny wiersz, włożyłeś go do koperty, zakleiłeś, wpisałeś adresata i wrzuciłeś do skrzynki pocztowej, a nagle przypomina ci się, że nie nakleiłeś znaczka. Tym razem mimo, że ‘Czarni’ byli w tarapatach i obronili kilka piłek meczowych to udało im się nakleić znaczek, a zrobił to Patryk Pleszkun, który na przełomie pierwszego i drugiego seta zagrał koncert. W nim akompaniował mu Wojtek Ingielewicz i na tablicy wyników na początku drugiego seta widniał wynik 1-7 dla TSS. Tym razem ‘Czarni’ nie dopuścili ‘Transformersów’ do głosu i wygrali aż 21-11. W trzecim secie najciekawiej zrobiło się pod sam koniec. TSS tradycyjnie już roztrwoniło przewagę, choć trzeba przyznać, że większa w tym zasługa Karola Grajewskiego, który w trakcie meczu uzbierał aż sześć bloków, niż słabszej gry wicemistrzów poprzedniego sezonu. Ostatecznie, zwycięsko z końcówki trzeciego seta wyszła drużyna ‘Czarnych’ i na finiszu sezonu wypracowała sobie pięć punktów przewagi nad strefą spadkową. Chcielibyśmy napisać, że tego nie da się już zepsuć, ale… myśleliśmy tak wielokrotnie.

Straż Pożarna Gdańsk – Kraken Team 1-2 (19-21; 18-21; 21-18)

To, jaka jest różnica pomiędzy graniem w sześciu a siedmiu graczy, dobitnie pokazały dwa ostatnie mecze Strażaków. W czwartkowy wieczór Mateusz Pytel desygnował do składu siedmiu zawodników i gra stała na zdecydowanie innym – wyższym poziomie. Inna sprawa jest taka, że rywal był również bardziej wymagający. Mając w pamięci pojedynek z ‘Bankowcami’, do którego doszło w sezonie zasadniczym, Strażacy wyszli na spotkanie skoncentrowani. Miesiąc temu zaczęli spotkanie bardzo słabo i później nie zdołali dogonić przeciwnika. Tym razem, po dobrej grze Przemysława Grzesiaka, zdołali wyjść na prowadzenie 12-9. Przewagi nie udało się utrzymać zbyt długo, ponieważ chwilę później ‘Biało-czarni’ zdołali doprowadzić do wyrównania, a następnie w końcówce seta przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. W drugiej odsłonie wydawało się, że ‘Mundurowi’ zagrają z głową. Tej dwukrotnie do gry musiał użyć Paweł Maj i śmiało można powiedzieć, że wychodziło mu to bardzo dobrze. W drugiej części seta, po bloku Mateusza Pytela, ‘Mundurowi’ prowadzili już 16-13. Przewagi tej nie potrafili jednak wykorzystać, w efekcie czego ostatecznie musieli uznać wyższość ‘Bankowców’. Gdy stało się jasne, że Biało-czarni wygrali kolejne spotkanie, w ich szeregach można było dostrzec nutkę rozluźnienia, co przełożyło się na wynik. Strażacy trzykrotnie byli blisko wygrania seta, ale w myśl zasady do trzech razy sztuka, udało im się to dopiero w trzecim secie. Punkt ten jest szalenie ważny w kontekście utrzymania. Na ich szczęście, patrząc na wyniki drużyn, które plasują się niżej w tabeli trzeba przyznać, że w czwartek zdobyli jeden punkt a nie stracili dwa.

Asy B Klasy – Speednet 0-3 (14-21; 14-21; 17-21)

Na kilka dni przed spotkaniem wydawało się, że może dojść do niespodzianki. Trudy sezonu dosyć brutalnie dały się we znaki ‘Różowym’, których dziesiątkują kontuzje i nie omija ich pech. Gracze Speednetu na poważnie muszą uważać, aby nie stać się jedynymi znanymi nam osobami, które pijąc herbatę wydłubały sobie oko łyżeczką. Odstawmy jednak żarty na bok. Ostatecznie, w szeregach Speednetu wystąpił kontuzjowany Kamil Lewandowski, który braki w fizyczności nadrabiał w trakcie meczu zmysłem strategicznym. Tu kiwka, tam dobry timing. Generalnie ręce same składały się do oklasków. Jednak to, co wyprawiali kapitan drużyny Piotr Przywieczerski oraz Grzegorz Gnatek to cytując klasyka: ‘zupełnie inny poziom’. Dwójka wspomnianych graczy wyglądała na parkiecie jak goście, którzy wynaleźli wehikuł czasu i w starożytnym Egipcie pokazują ludziom możliwości jakie oferują nam smartfony. Wzbudzają zachwyt, respekt, a także strach. Podsumowując, ‘Różowi’ zagrali w czwartek bardzo dobrą partię i nie dali szans Asom na osiągnięcie korzystnego rezultatu. To, co kłuje w oczy w grze Asów to fakt, że przy swoim niekorzystnym ustawieniu potrafią tkwić dłużej niż średnio wyględny nastolatek pod ścianą na dyskotece. W tym czasie rywale nabijają punkty, które ciężko później odrobić. Rezultat 0-3 sprawia, że Speednet może powoli chłodzić szampany. Utrzymanie w lidze jest już bardzo prawdopodobne.

Prometheus – Volley Gdańsk 1-2 (21-17; 17-21; 14-21)

Rywalizacja pomiędzy Prometheus a Volley Gdańsk była zupełnie innym spotkaniem niż pojedynek, który obie drużyny rozegrały pod koniec września. Znamiennym jest fakt, że spośród obu drużyn tylko siedmiu graczy wzięło udział w obu spotkaniach – czterech po stronie Volley Gdańsk oraz trzech po stronie Prometheus. To z kolei sprawiało, że kibice mogli spodziewać się innego – bardziej pasjonującego przebiegu spotkania. Spotkanie we wrześniu było jednostronnym widowiskiem i w zasadzie przeszło bez historii. Gładka wygrana Volley 3-0 sprawiła, że nie będziemy długo wspominać tego meczu. Początek czwartkowej rywalizacji był zgoła inny – ciekawszy. W zasadzie do końcówki seta rywalizacja była wyrównana i dopiero pod koniec Prometheus zdołał zdobyć trzy punkty z rzędu i wyjść na prowadzenie, którego nie oddali już do końca. Nie mamy zamiaru w tym miejscu umniejszać graczom zza wschodniej granicy, ale nie dało się nie dostrzec, ile razy myliła się drużyna Volley Gdańsk. Piszemy tu o tym, bowiem niezbyt często widzimy tyle niewymuszonych błędów, które dodatkowo mają swoje konsekwencje w postaci przegranej seta. Nie wiemy na ile z powagi sytuacji zdają sobie sprawę żółto-czarni, ale gdyby w czwartek wygrali 3-0 to ich wygrana w lidze byłaby pewniejsza niż to, że po nocy przychodzi dzień albo że prędzej czy później uderzysz małym palcem od nogi w któryś z mebli stojących w mieszkaniu. Wracając do meczu – przegrana pierwszego seta spowodowała obawę graczy, którzy wystąpili w spotkaniu, że spośród trzydziestu kilku chłopa występujących w drużynie to właśnie oni będą winni pierwszej porażki w SL3. Do siedmiu graczy zamiast łatki wspaniałych przytknęłaby łatka tych, którzy dostali bęcki. Perspektywa wytykania palcami na mieście podziałała na ekipę Adriana Ossowskiego mobilizująco, w efekcie czego wygrali drugiego seta do 17 i poprawili w decydującym o wygranej do 14. ‘Koniec historii, nie ma sensacji, możecie się rozejść’ – zdawali się mieć wypisane na czołach gracze VG po spotkaniu. MVP spotkania został rozgrywający ‘żółto-czarnych’, który niemal co piłkę dawał ciasteczko swoim partnerom. Jego gra była bardzo widowiskowa, a granie pipe’a staje się chyba jego znakiem firmowym. (w meczu aż czterokrotnie). Podsumowując jego grę nie da się nie dostrzec, że Paweł Huliński ma godnego zmiennika.

Thunder Team – Mental Block 2-1 (17-21; 21-17; 21-15)

Ambiwalentne uczucia. Nie jesteśmy psychologami, ale możemy się założyć, że właśnie takie uczucia  towarzyszą właśnie graczom Thunder Team. Z jednej strony jest to radość, bowiem dzięki wygranej z Mental Block drużyna na 100% znajdzie się na podium Siatkarskiej Ligi Trójmiasta, z drugiej zaś czuć ogromne rozczarowanie wynikające ze straty jednego punktu. Znacie to uczucie, gdy budzicie się nad ranem i przez ułamek sekundy wydaje się Wam, że jest weekend, a po chwili zdajecie sobie sprawę, że czas wstać i iść do pracy? Bez wątpienia – parszywe uczucie i kwintesencja rozczarowania. Do równie dobitnych przykładów dla Thunder możemy dodać właśnie mecz z Mental Block. Co ciekawe, strata jednego seta nie była jedynym zagrożeniem, które na nich czyhało. Tak naprawdę ‘Mentaliści’ po wygraniu pierwszej partii mogli pójść za ciosem i zwyciężyć również w kolejnej. Dopiero druga część środkowego seta zadecydowała o tym, która z drużyn wyjdzie na prowadzenie i w konsekwencji wygra również tę odsłonę. Trzeci set była wyrównany tylko do czasu. Thunderowcy zdawali się być na tyle podrażnieni dotychczasowym przebiegiem spotkania, że postanowili nie fundować sobie thrillera tylko grać konsekwentną i zdyscyplinowaną siatkówkę, której owocem była wygrana w tej partii oraz całym meczu. Decydujący cios zadał najlepszy na parkiecie Mateusz Truszczyński. Ma to znaczenie symboliczne gdy ostatni punkt w meczu zdobywa najlepiej grający w nim zawodnik. Gdybyśmy mieli szukać innych przyczyn wyniku 2-1 to nie da się nie zauważyć, że drużyna Mental Block po raz pierwszy w sezonie zagrała nie mając na boisku ani jednej kobiety. Proszę nie zrozumieć nas źle. Nie oceniamy czy była to dobra czy zła decyzja. Uważamy, że skład Mentalistów ekipę Thunder po prostu zaskoczył.

Zmieszani – Bombardierzy 3-0 (21-12; 21-12; 21-13)

Ponad czternastodniowa przerwa od ostatniego meczu sprawiła, że Zmieszani dość niemrawo weszli w spotkanie. W ich szeregach brakowało zgrania oraz dynamiki, ale z każdą akcją drużyna rozkręcała się i przejmowała kontrolę nad meczem. Pierwszego seta Zmieszani rozpoczęli wyłącznie w męskim składzie, co nie zdarza się im często. Ostatecznie, najbardziej doświadczona drużyna w drugiej lidze potrafiła wygrać pierwszego seta do 12, choć początek tej odsłony na to nie wskazywał. Panie na parkiecie pojawiły się dopiero w drugiej odsłonie i trzeba przyznać, że były brakującym ogniwem drużyny, bowiem sama ich obecność sprawiła, że męska część drużyny grała jak z nut. Mimo, że set zakończył się takim samym rezultatem jak poprzedni to nie dało się nie dostrzec, że w szeregach drużyny było mniej nerwowości i błędów własnych. Trzeci set był tego potwierdzeniem, zakończył się wynikiem 21-13 i pewną wygraną w stosunku 3-0. Wygraną o tyle bardziej cenną, że na równoległym boisku punkt straciła drużyna Thunder Team – czyli bezpośredni rywal w walce o miejsce na podium. Być może mecz potoczyłby się inaczej gdyby wśród Bombardierów nie zabrakło Dawida Piankowskiego czy Aleksandry Basendowskiej. Po spotkaniu nie dało się uniknąć teorii spiskowych. Drużyna Zmieszanych za wygraną w meczu otrzymała od sędziego… ciasto, co wywołało niemałe zdziwienie wśród uczestników meczu J

Thunder Team – Seargin 3-0 (21-8; 21-10; 21-11)

Musimy Wam przyznać, że jesteśmy bardzo rozczarowani postawą drużyny Seargin. W pewnym momencie sezonu wydawało się, że drużyna złapała bakcyla i dobre wyniki sprawią, że mecze drużyny ‘Programistów’ będą przyciągać tłumy graczy, a wewnątrz drużyny dojdzie do rywalizacji o prawo do gry w pierwszym składzie. Niestety, było jak na popularnych memach w internecie, które zatytułowane są ‘expectation – reality’. Rzeczywistość okazała się dosyć brutalna i spotkanie przeciwko drużynie Thunder Team było już kolejnym, w którym Seargin nie zebrał kompletu graczy. Tym razem przeciwko wiceliderowi wystąpiło czterech graczy, co było sportowym samobójstwem. Żeby była jasność – przed meczem nie mieliśmy wątpliwości, która z drużyn jest faworytem, ale zaledwie czterech graczy po drugiej stronie siatki nie miało prawa przetrwać. Dla zobrazowania tragicznej pozycji wyjściowej Seargin wyobraźcie sobie nadjeżdżający pociąg, na którego drodze postawiono kartony. Szansa na to, że pociąg mógłby się wykoleić jest na tyle niska, że ciężko znaleźć nam sensowne porównanie. Seargin jak na okoliczności zaprezentowało się nieźle, ale oczywiście nie wystarczyło to, aby zagrozić Thunder Team. Ci drudzy byli przed meczem dodatkowo nabuzowani, na co wpływ miało ich wcześniejsze spotkanie z Mental Block i tym razem stanęli na wysokości zadania, dzięki czemu sięgnęli po trzy punkty.

Trójmiejska Strefa Szkód 2 – Bombardierzy 3-0 (21-11; 21-16; 21-19)

Potwierdzają się słowa Redakcji dotyczące metamorfozy drużyny Trójmiejskiej Strefy Szkód 2. Nie ukrywamy, że odczuwamy satysfakcję porównywalną do tej, którą odczuwa statystyczny obywatel na wieść o tym, że jego szefa nie będzie dziś w pracy. Wszystko za sprawą tego, że ciągle wierzyliśmy w to, że do TSSu w końcu uśmiechnie się szczęście. Mecz z Bombardierami był już czwartym spotkaniem, w którym ‘Niebiescy’ zgarniają komplet punktów. Dwanaście punktów w czterech meczach sprawia, że TSS2 wskakuje na szóste miejsce w tabeli i jest to wynik bardzo obiecujący, który pozwala sądzić, że w kolejnym sezonie powalczą o awans do wyższej klasy rozgrywkowej. Obecny sezon sprawi, że drużyna okrzepnie i nabierze doświadczenia oraz wyciągnie wnioski ze spotkań, w których prezentowali się gorzej. Jeśli chodzi o Bombardierów to mamy tu do czynienia z przeciwległym biegunem. Drużyna Maćka Gruby przegrała piąte spotkanie z rzędu, co biorąc pod uwagę pierwszą część sezonu, w której byli wymieniani w jednym szeregu z drużynami takimi jak Omida Team, Thunder Team czy Zmieszani, nie jest dobrym wynikiem. Drużyna znajduje się obecnie na dziewiątym miejscu i w przyszłym tygodniu, w związku z dwoma spotkaniami, które mają zaplanowane, jako pierwsza z dwudziestu sześciu drużyn zakończy ligowe zmagania. Po tym czasie na pewno dojdzie do rachunku sumienia i ‘Czarni’ wrócą na wiosnę silniejsi.

DNV GL S*M*A*S*H – Omida Team 0-3 (19-21; 16-21; 31-33)

W tym spotkaniu działo się tyle, że ciężko nam zebrać nie tylko szczęki z podłogi, ale przede wszystkim myśli. Postanowiliśmy więc, że w opisie – podobnie jak w meczu, postaramy się zbudować napięcie. Pierwszy set ‘Logistycy’ zaczęli w swoim stylu – od straty kilku punktów, którą musieli nadganiać. Pod koniec pierwszego seta pachniało sporą niespodzianką, bowiem drużyna DNV prowadziła już 19-15, co wzbudziło w Rafale Środzie nieodkryte do tej pory moce. Rafał, stojąc za linią boczną, wyglądał na gościa, który zaraz przeobrazi się w bratobójcę i wyciągnie konsekwencje wobec współpartnerów. Mobilizacja krzykiem podziałała widocznie na drużynę skutecznie, bowiem uciekli spod topora i wykorzystali przestój ekipy z Łużyckiej. Koniec seta to wynik 21-19 dla Omidy. O przebiegu kolejnej partii wspomnimy tylko z kronikarskiego obowiązku, ponieważ było to zaledwie preludium wydarzeń, do których doszło w ostatnim secie. Omida wygrała drugą odsłonę do 16, a najciekawszym jej fragmentem był moment, kiedy Paweł Skrzypkowski oblał test grania w zbijaka i dał się trafić piłką, która po zagrywce jednego z gracza DNV leciała w aut. Widać, że u Pawła w kodzie DNA nadal jest cząstka walczaka, gdyż jako hokeista Stoczniowca nigdy nie unikał zwarć i kontaktu i w tym przypadku zapomniał, że tak byłoby lepiej. Wreszcie dochodzimy do punktu kulminacyjnego spotkania – trzeciego seta. Z przebiegu tej odsłony najbardziej zadowoleni są trójmiejscy farmaceuci, bowiem krążą plotki, że mecz wywołał wśród osób takie poruszenie, że zostały wyprzedane całe zapasy relanium. Gracze obu drużyn najwyraźniej zapomnieli, że sety w Siatkarskiej Lidze Trójmiasta trwają do 21 i że nazajutrz trzeba iść do pracy. W efekcie tego trwała pasjonująca wymiana ciosów między obiema drużynami. Sytuacja, którą obserwowaliśmy była bardzo dynamiczna, a liczby piłek setowych po jednej czy drugiej stronie nie jesteśmy w stanie nawet zliczyć. Ten set przejdzie do historii i nie mamy wątpliwości, że lepszej odsłony niż ta nie zobaczyliśmy wcześniej w ponad dwustu pięćdziesięciu spotkaniach rozegranych od początku istnienia ligi. Ostatecznie, seta wygrała ekipa ‘Logistyków’. Dla osób, które spóźniłyby się na to spotkanie i dotarły na samą końcówkę mogłoby to nie być oczywiste, ponieważ na tablicy wyników widniał stan 3-1 zamiast 33-31. Wpływ na to miał fakt, że producent tablic nie przewidział, że na parkietach SL3 może dojść do takiego spektaklu. Wszystkim aktorom tego widowiska dziękujemy, gratulujemy oraz co najważniejsze – prosimy o następne!

Start a Conversation

Twój adres email nie zostanie opublikowany.